grudnia 30, 2025

Stanisław Święch (1902-1985) - Wspomnienia Adama Gryczyńskiego

Stanisław Święch
Stanisław Święch archiwum prywatne

Wspomnienia ze Szkoły Podstawowej nr 39 na Dąbiu w Krakowie

(fragmenty)

Od momentu rozpoczęcia mojej nauki w szkole na Dąbiu minęło prawie pół wieku, nic więc dziwnego, że jedne okruchy wspomnień zacierają się, inne zaś giną w otchłani niepamięci. Spośród nauczycieli jednych przypominam sobie lepiej, drugich słabiej, a innych wcale. Kiedy przymykam oczy, przywołuję w wyobraźni niektóre postaci, zwykle w klasie na lekcjach. Pamiętam nazwiska, ale nie mogę ich skojarzyć z konkretną postacią. Bywa też na odwrót, kiedy wyraźnie widzę ich postać, ale nie pamiętam już ich imion ani nazwisk, jak np. mojej ulubionej polonistki z VII i VIII klasy, starszej, siwej i utykającej na nogę pani, której tak wiele zawdzięczam, o czym w pełni przekonałem się po latach.

Stanisław Święch (na zdjęciu) uczył mnie matematyki w kl. V–VII. Był przedwojennym nauczycielem i wychowawcą. Prawdopodobnie dość szybko zorientował się, że raczej nie będę orłem z „matmy”, ale jakoś mnie tolerował, a ja starałem się przynajmniej nie zawieść jego minimalnych oczekiwań. We wszystkim, co robił, był bardzo skrupulatny i pedantyczny.

Prowadził spółdzielnię uczniowską, organizował zbiórkę makulatury. Zawsze przychodził do szkoły w garniturze (stalowym, granatowym lub ciemno-brązowym, często pod krawatem). W klasie V i VI, gdy u paru uczniów pojawiły się problemy z nauką matematyki, Stanisław Święch zorganizował tzw. „douczanie” dla kilkuosobowej grupy, w skład której wchodzili uczniowie z innych klas.

(Pamiętam, jak któregoś dnia tuż przed „douczaniem” pyskata woźna wyprosiła mnie z wrzaskiem ze szkoły za brak obuwia na zmianę. Byłem za to wściekły, tym bardziej, że do reprymendy przyłączył się p. Święch. Poczułem się na nich obrażony, bo buty miałem czyste. Niby to posłusznie poszedłem do domu, ale z zamiarem pozostania, ale później, gdy nieco ochłonąłem, zabrałem z sobą pantofle i wróciłem do klasy.)

Po zajęciach p. Święch na korytarzu podszedł do mnie i ku mojemu zaskoczeniu, w serdecznych słowach podziękował mi za to, że mimo doznanych przykrości i upokorzenia nie opuściłem zajęć.

Nie wiem, i nie jest ważne, czy przez te kilka miesięcy Stanisław Święch pracował z nami społecznie czy nie. Liczy się, że nikt z naszej klasy nie repetował, i to, że znalazł się z nami w tym samym miejscu i czasie, ten znakomity Nauczyciel i Wychowawca.

Człowiek niesłychanie skromny i uczciwy, wyrozumiały, ale i wymagający, dla którego najważniejszym celem było dobro ucznia; jego wiedza i rozwój. Wartość jego pracy wychowawczej uświadomiłem sobie w pełni dopiero, gdy stałem się dorosły.

Był przyjacielem dzieci i młodzieży, co zważywszy na jego dorobek i udział w wychowaniu kilku pokoleń brzmi jak truizm, ale tak właśnie było. Nie należałem do jego ulubieńców, a mimo to łączyła mnie z tym „profesorem” – jak się do niego z honorem zwracano – mocna nić sympatii.

Dotąd widzę wyraźnie jego zadumaną, lekko uśmiechniętą twarz i łagodne, siwo-niebieskie oczy, w których odbijała się niekiedy troska, ale i radość z sukcesu, kiedy ujrzał wyraźny postęp w nauce swoich uczniów.

Widzę, jak niesie do pokoju nauczycielskiego lub do swojego domu, w wypchanej do granic wytrzymałości, ciężkiej, skórzanej torbie zeszyty z zadaniami do oceny, jak chodzi – gdy pełnił dyżur – podczas przerwy korytarzem lub po podwórku szkolnym, czuwając nad bezpieczeństwem dziatwy.

Owszem, potrafił się mocno zdenerwować, kiedy przyłapał uczniów na paleniu papierosów, najczęściej gdzieś po kątach czy w toalecie. Nie tolerował (właściwie uważał to za skandal) żucia gumy na lekcjach, zaśmiecania, plucia, przekleństw i bójek, szczególnie wtedy, gdy ofiara pochodziła z młodszej klasy i była bezbronna.

Stanisław Święch czuł się odpowiedzialny za każdego ucznia. Nie był co prawda obdarzony jakąś wyjątkową charyzmą, ale miał za to powołanie do zawodu nauczycielskiego, tak rzadko dziś spotykane.

W Kronice Szkolnej natrafiłem na dwie notatki prasowe dotyczące jego osoby, pierwsza prawdopodobnie pochodzi z „Dziennika Polskiego”, druga zaś z „Echa Krakowa”:

„W październiku 1923 r. Rada Szkolna Miejska skierowała nauczyciela Stanisława Święcha do pracy w szkole podstawowej na Dąbiu, wówczas dzielnicy peryferyjnej, po trosze robotniczej, po części chłopskiej. Od tamtej daty minęło już okrągłe 50 lat, przez które Stanisław Święch bez przerwy związany był z tą szkołą, z tutejszą młodzieżą. Minione półwiecze Jego życia wypełniała jedna pasja – praca z młodzieżą.”

„W kronice Szkoły nr 39 im. Bartosza Głowackiego na Dąbiu pod datą 8. X. 1923 zanotowano: Rada Szkolna Miejska w Krakowie przesyła odpis Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego z dn. 22.09.1923 asygnaty dla p. Stanisława Święcha. Uposażenie X stopnia służbowego i dodatek drożyźniany I grupy...”

Józef Długosz – był najstarszym nauczycielem pracującym w tej szkole od 1921 roku. Znakomity pedagog, wychowawca i społecznik. Chętnie podejmował się pracy z tzw. trudną i zaniedbaną młodzieżą. Cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem ze strony uczniów i ich rodziców.

Ewa Zaremba – uczyła matematyki, a w IV klasie, w ramach zajęć pozalekcyjnych zacząłem do niej chodzić na kurs gry na gitarze. Kiedyś jednak mocno jej podpadłem, bo podczas wizytacji z kuratorium nie potrafiłem rozwiązać dość prostego zadania na tablicy.

A oto nazwiska innych nauczycieli: Fryderyka Kantyka, Maria Zajączyska, Maria Rokita, Barbara Babecka, Tadeusz Boroń, Maria Burek, Danuta Chytła, mgr Stefania Duma, Małgorzata Kapturkiewicz, Stanisława Kurzydym, Władysława Machnik, Władysław Michałek, mgr Teresa Miśków, Krystyna Pająk, Barbara Pintscher, Krystyna Plata, Maria Poteć, Marta Sidzina, Danuta Skorecka, mgr Władysława Stasiowska, Helena Stożek, Alina Szewczyk, Wiesława Urbaniec, Marta Myszak, mgr Julia Kret, Barbara Gąsior, Zofia Zelek.

We wrześniu 1968 r. powstała świetlica „środowiskowa”, której kierownictwo objął Ryszard Kunc. Mimo trudności lokalowych chodziło do niej sporo młodzieży. Można tam było uczestniczyć w różnych zajęciach w ramach „Ogniska Prac Pozalekcyjnych”.

Wychowania muzycznego uczyła mnie najpierw pani Ewa Zaręba, a od klasy V do VIII mgr Ewa Węgrzyn. Będąc w najstarszej klasie występowaliśmy na akademiach szkolnych wraz z Piotrem Malikiem, który świetnie grał na pianinie, zaś jego starszy brat Andrzej na gitarze, od którego się wtedy wiele nauczyłem.

Z początkiem mojej edukacji w tutejszej szkole sala gimnastyczna znajdowała się w dawnej stacyjce kolejowej „Dąbie”, po której pozostał teraz tylko mały placyk. Z uwagi na jej niewielkie rozmiary, dopóki nie wybudowano nowej, dużej sali, zajęcia odbywały się również w starym skrzydle szkoły w korytarzu na parterze.

Na przełomie lat 60/70 Dąbie gwałtownie zmieniało swój wygląd. Małe, niekiedy kryte strzechą niebieskawe domki zostały wyburzone, a na ich miejscu powstawały nowe bloki i wieżowce, do których sprowadzały się rodziny z różnych dzielnic Krakowa i spoza miasta, najczęściej już z dziećmi w wieku szkolnym.

W szkole na piętrze funkcjonowała biblioteka z pokaźnym księgozbiorem. Począwszy od III klasy byłem tam dość częstym gościem, a pierwszą wypożyczoną książeczką był „Król Jęczmionek” Henryka Spaczila.

Po zaciemnieniu okien storami czasami wyświetlano nam w szkolnym korytarzu filmy przygodowe lub dydaktyczne na popularnym projektorze AP-14, 16 mm. Seanse często były przerywane z uwagi na wyeksploatowaną taśmę, która dość często pękała.

Oglądaliśmy też programy szkolne w TV, a kiedy przed ich rozpoczęciem pojawiała się plansza z zapowiedzią cyklu z fortepianowym podkładem muzycznym opartym na jakimś motywie z klasyki, gdy akurat nie było w pobliżu nauczycieli, ku zgorszeniu dziewcząt chłopcy nucili niekoniecznie pod nosem pewien wyjątkowo debilny tekst.

Na msze św. i na lekcje religii uczęszczaliśmy (kto chodził, to chodził) do kościoła pw. Św. Kazimierza. Po II Soborze Watykańskim pojawił się tam, jak wszędzie, nowy porządek mszy św. odprawianej w języku ojczystym.

Początkowo w latach 1967–69 najczęściej szło się na własnych nogach do pawilonu „Merkury”. Droga prowadziła pod wiaduktem skonstruowanym z drewnianych bali, które później zastąpiła nowa, betonowa konstrukcja.

Co najmniej dwa razy w roku chodziliśmy na grób 79 mieszkańców Dąbia pomordowanych przez hitlerowców dnia 15 stycznia 1945 roku, który zwykle sprzątaliśmy pod opieką Józefa Długosza, a następnie czyściliśmy granitowy nagrobek, malowaliśmy na czarno metalowe pręty ogrodzenia i paliliśmy znicze.

Przygotowując materiały o szkole na terenach dzisiejszej Nowej Huty i jej okolicach, w lutym 2010 r. trafiłem do Zespołu Szkół w Raciborowicach, gdzie Dyrektor mgr Joanna Karyś-Róg udostępniła mi tamtejszą kronikę szkolną.

Kiedy rok później przeglądałem stronę internetową Aldony Widłak „Dąbie – historia i teraźniejszość”, dotyczącą także miejscowej szkoły, spostrzegłem tam nazwisko jej wieloletniego kierownika – Stanisława Szarka, który pracował wcześniej w Raciborowicach.

Dzięki uprzejmości Dyrektora mgr inż. Iwony Janek z Gimnazjum nr 7 w Krakowie mogłem zapoznać się z bogatą kroniką szkolną (dawnej Szkoły Podstawowej nr 39 na Dąbiu) i wkrótce doszedłem do przekonania, że powinienem tej szkole poświęcić własne wspomnienia, ponieważ będąc absolwentem tej szkoły, miałem szczęście poznać tam wspaniałych Nauczycieli-Wychowawców.

Nie ulega wątpliwości, że ich praca, a w kilku przypadkach autentyczne powołanie do służby nauczycielskiej, zwłaszcza kadry przedwojennej, oparte było na solidnych fundamentach: na odpowiedzialności i szacunku do Człowieka, Rodziny i Ojczyzny.

Oni uczyli mnie, młodego człowieka starającego się niezdarnie znaleźć cel swojego życia, że zamiast dreptać w kółko zawężając świadomość, trzeba szukać odpowiedzi w konstrukcji własnego losu w harmonii ze światem; przyrodą i społeczeństwem, w pracy na rzecz dobra wspólnego i walki z własnymi słabościami.

Dziś wiem, że zawdzięczam im wiele, ale muszę to wyznać, że właściwie nigdy wcześniej, zwłaszcza kiedy Oni jeszcze żyli – nie umiałem im tego powiedzieć ani okazać.

Mogę wreszcie zaświadczyć, że Oni, zmuszając młody rozum do wysiłku poznawczego, uczyli tego, by samemu odważyć się myśleć!

Tego rodzaju kształcenie i wychowanie rozpoczyna się już od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole zaś tylko pogłębia, ale trwa i doskonali się przez całe życie.

Może tym wspomnieniem choć w małej części spłacę zaciągnięty u nich dług? Miarą satysfakcji będzie to, jeśli zechcą sięgnąć do nich młodsze pokolenia.

Niech przeczytają o cichych ludziach wielkiego formatu i honoru, dla których nie liczyły się zaszczyty, sława i zysk materialny, lecz najważniejszą rzeczą pod słońcem była pewna misja – chęć służenia innym i czynienia świata nieco lepszym.

Oryginalny wpis udostępniony za zgodą autora.

Źródło / oryginalny wpis na Facebooku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.