Stanisław Święch - Wspomnienia Adama Gryczyńskiego


 

 
 
Wspomnienia ze Szkoły Podstawowej nr 39 na Dąbiu w Krakowie
(fragmenty)
 
Od momentu rozpoczęcia mojej nauki w szkole na Dąbiu minęło prawie pół wieku, nic więc dziwnego, że jedne okruchy wspomnień zacierają się, inne zaś giną w otchłani niepamięci. Spośród nauczycieli jednych przypominam sobie lepiej, drugich słabiej, a innych wcale. Kiedy przymykam oczy, przywołuję w wyobraźni niektóre postaci, zwykle w klasie na lekcjach. Pamiętam nazwiska, ale nie mogę ich skojarzyć z konkretną postacią. Bywa też na odwrót, kiedy wyraźnie widzę ich postać, ale nie pamiętam już ich imion ani nazwisk, jak np. mojej ulubionej polonistki z VII i VIII klasy, starszej, siwej i utykającej na nogę pani, której tak wiele zawdzięczam, o czym w pełni przekonałem się po latach. Była jeszcze przedwojenną nauczycielką i apologetą wieszczów narodowych, zwłaszcza Juliusza Słowackiego. Była też aniołem dobroci i łagodnej perswazji. Z przyjemnością pisałem obszerne wypracowania, a ona zwracała mi uwagę na zbyt rozwlekły „barokowy” styl pisemnej wypowiedzi, co jak widać, zostało mi do dziś.
Stanisław Święch (na zdjęciu) uczył mnie matematyki w kl. V –VII. Był przedwojennym nauczycielem i wychowawcą. Prawdopodobnie dość szybko zorientował się, że raczej nie będę orłem z „matmy” ale jakoś mnie tolerował, a ja starałem się przynajmniej nie zawieść jego minimalnych oczekiwań. We wszystkim co robił był bardzo skrupulatny i pedantyczny. Prowadził spółdzielnię uczniowską, organizował zbiórkę makulatury. Zawsze przychodził do szkoły w garniturze (stalowym, granatowym lub ciemno-brązowym, często pod krawatem). W klasie V i VI, gdy u paru uczniów pojawiły się problemy z nauką matematyki, Stanisław Święch zorganizował tzw. „douczanie” dla kilkuosobowej grupy, w skład której wchodzili uczniowie z innych klas. (Pamiętam, jak któregoś dnia tuż przed „douczaniem” pyskata woźna wyprosiła mnie z wrzaskiem ze szkoły za brak obuwia na zmianę. Byłem za to wściekły, tym bardziej, że do reprymendy przyłączył się p. Święch. Poczułem się na nich obrażony, bo buty miałem czyste. Niby to posłusznie poszedłem do domu, ale z zamiarem pozostania, ale później, gdy nieco ochłonąłem, zabrałem z sobą pantofle i wróciłem do klasy. Po zajęciach p. Święch na korytarzu podszedł do mnie i ku mojemu zaskoczeniu, w serdecznych słowach podziękował mi za to, że mimo doznanych przykrości i upokorzenia nie opuściłem zajęć. Nie wiem, i nie jest ważne, czy przez te kilka miesięcy Stanisław Święch pracował z nami społecznie czy nie. Liczy się, że nikt z naszej klasy nie repetował, i to, że znalazł się z nami w tym samym miejscu i czasie, ten znakomity Nauczyciel i Wychowawca. Człowiek niesłychanie skromny i uczciwy, wyrozumiały, ale i wymagający, dla którego najważniejszym celem było dobro ucznia; jego wiedza i rozwój. Wartość jego pracy wychowawczej uświadomiłem sobie w pełni dopiero gdy stałem się dorosły. Był przyjacielem dzieci i młodzieży, co zważywszy na jego dorobek i udział w wychowaniu kilku pokoleń brzmi jak truizm, ale tak właśnie było. Nie należałem do jego ulubieńców, a mimo to łączyła mnie z tym „profesorem” – jak się do niego z honorem zwracano – mocna nić sympatii. Dotąd widzę wyraźnie jego zadumaną, lekko uśmiechniętą twarz i łagodne, siwo-niebieskie oczy, w których odbijała się niekiedy troska, ale i radość z sukcesu, kiedy ujrzał wyraźny postęp w nauce swoich uczniów. Widzę, jak niesie do pokoju nauczycielskiego lub do swojego domu, w wypchanej do granic wytrzymałości, ciężkiej, skórzanej torbie zeszyty z zadaniami do oceny, jak chodzi - gdy pełnił dyżur - podczas przerwy korytarzem lub po podwórku szkolnym czuwając nad bezpieczeństwem dziatwy. Owszem, potrafił się mocno zdenerwować, kiedy przyłapał uczniów na paleniu papierosów, najczęściej gdzieś po kątach czy w toalecie. Nie tolerował (właściwie, uważał to za skandal) żucia gumy na lekcjach, zaśmiecania, plucia, przekleństw i bójek, szczególnie wtedy, gdy ofiara pochodziła z młodszej klasy i była bezbronna. Stanisław Święch czuł się odpowiedzialny za każdego ucznia. Nie był co prawda obdarzony jakąś wyjątkową charyzmą, ale, miał za to powołanie do zawodu nauczycielskiego, tak rzadko dziś spotykane. Może w dobie nieustannie „reformowanych reform” szkolnictwa niezmiernie trudno jest nauczycielowi osiągnąć ten pożądany stan? Albo błąd tkwi w samej strukturze szkolnictwa i programach nauczania? W każdym razie póki system oświatowy nie zostanie zbudowany na zdrowych fundamentach, to trudno będzie spotkać nauczycieli tego formatu co Stanisław Święch. W Kronice Szkolnej natrafiłem na dwie notatki prasowe dotyczące jego osoby, pierwsza prawdopodobnie pochodzi z „Dziennika Polskiego”, druga zaś z „Echa Krakowa”:
„W październiku1923 r. Rada Szkolna Miejska skierowała nauczyciela Stanisława Święcha do pracy w szkole podstawowej na Dąbiu, wówczas dzielnicy peryferyjne, po trosze robotniczej, po części chłopskiej. Od tamtej daty minęło już okrągłe 50 lat, przez które Stanisław Święch bez przerwy związany był z tą szkołą, z tutejszą młodzieżą. Minione półwiecze Jego życia wypełniała jedna pasja – praca z młodzieżą. Matematyk z wykształcenia, w razie potrzeby (a chwil takich było wiele) uczył również innych przedmiotów. Swej działalności pedagogicznej nie ograniczał tylko do kształcenia – był twórcą jednej z najstarszych w Krakowie, istniejącej do dziś, spółdzielni uczniowskiej, a przez ostatnie lata przewodniczył Szkolnej Społecznej Komisji Wychowawczej. W czasie okupacji nieprzerwanie brał udział w tajnym nauczaniu. Wczoraj szkoła nr 39, w której Stanisław Święch przepracował 50 lat uczciła zasłużonego nauczyciela uroczystością, z udziałem innych emerytowanych nauczycieli, pedagogów dziś tu pracujących i młodzieży. Dyrektorka szkoły, Stanisława Szopa, życząc jubilatowi dalszych sukcesów w społecznej już pracy pedagogicznej podkreśliła, że Stanisław Święch może być dla wszystkich wychowawców młodzieży wzorem człowieka i nauczyciela.(pł)”
„W kronice Szkoły nr 39 im. Bartosza Głowackiego na Dąbiu pod datą 8. X. 1923 zanotowano: Rada Szkolna Miejska w Krakowie przesyła odpis Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego z dn. 22.09.1923 asygnaty dla p. Stanisława Święcha. Uposażenie X stopnia służbowego i dodatek drożyźniany I grupy...Tak przed 50 laty zaczęła się praca pedagogiczna Stanisława Święcha w szkole nr 39. Dziś w dniu jubileuszu tak wspomina tamte dni: „Była to parterowa szkoła pięcioklasowa, na budyneczku znajdowała się wieżyczka z dzwonkiem, dookoła stały małe chałupki. Tramwaj w tym czasie dojeżdżał do Poczty Głównej, a dalej odbywało się pieszą wędrówkę. Było to ani miasto, ani wieś.”
Z ta właśnie szkołą przy ul. Jachowicza związał się na całe Zycie matematyk, który w różnych okresach czasu uczył, w zależności od potrzeb, nawet śpiewu. Założył tu jedną z pierwszych szkolną spółdzielnię uczniowską. Uczył i wychowywał. Były więc w szkole kursy kroju i szycia, szkolny zakład fryzjerski. Przyszła okupacja. Nie przerywając pracy w szkole od października 1944 po dzień 16 stycznia Stanisław Święch brał udział w tajnym nauczaniu. Po wyzwoleniu organizował szkołę w nowych warunkach. Jego energii zawdzięczała szkoła to, że…jako pierwsza w naszym mieście została odmalowana w 1945 r. Był kierownikiem szkoły, następnie społecznym zastępcą. Związek Nauczycielstwa Polskiego powołało go na superarbitra w sadzie koleżeńskim. Wychował wiele pokoleń, służył pomocą i doświadczeniem swym młodszym kolegom. Otacza go sympatia wychowanków, dla których szczególnie wiele zdziałał w społecznej komisji wychowawczej, w której pracach, mimo przejścia na emeryturę, bierze nadal czynny udział. W dniu jubileuszu 50-lecia pracy profesora Stanisława Święcha przyłączamy się i my do gratulacji i najlepszych życzeń. (j.r.)”
Józef Długosz – był najstarszym nauczycielem pracującym w tej szkole od 1921 roku. Znakomity pedagog, wychowawca i społecznik. Chętnie podejmował się pracy z tzw. trudną i zaniedbaną młodzieżą. Cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem ze strony uczniów i ich rodziców. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek krzyknął na ucznia, bo wystarczało jego przenikliwe spojrzenie i wymowne milczenie. Zawsze chodził w garniturze, często pod krawatem. Opiekował się miejscem straceń na Dąbiu. Każdego roku w kwietniu – miesiącu pamięci narodowej, odnawialiśmy tam wraz z harcerzami i starszymi chłopakami ze szkoły, w jego obecności metalowe ogrodzenie. Organizował spotkania i apele. Uczył różnych przedmiotów; fizyki, chemii, a w okresie mojego pobytu w szkole prowadził zajęcia z wychowania muzycznego, chór szkolny, zajęcia praktyczno-techniczne, wygłaszał pogadanki na różne tematy, także dla rodziców. Za długoletnią pracę został odznaczony Krzyżem Kawalerskim II Klasy.
Ewa Zaremba - uczyła matematyki, a w IV klasie, w ramach zajęć pozalekcyjnych zacząłem do niej chodzić na kurs gry na gitarze. Kiedyś jednak mocno jej podpadłem, bo podczas wizytacji z kuratorium nie potrafiłem rozwiązać dość prostego zadania na tablicy. Naukę gry na instrumencie jednak kontynuowałem, tak, że wraz z innymi oraz chórem szkolnym wystąpiłem na zakończenie roku szkolnego 1967/68. Pan Kindykiewicz – j. polski,
mgr Wanda Janda – moja wychowawczyni w IV kl., mgr Mirosława Kieszkowska – j. polski,
Zdzisław Krajewski – zajęcia techniczne, mgr Irena Cebulska – uczyła mnie historii od VI kl.,
mgr Julia Flis – wychowanie plastyczne. (Na jednej z lekcji prowadzonych przez p. Flis moja koleżanka Ewa Ciosek wyraziła nie tylko swoją wątpliwość, że czegoś tam nie narysowałem osobiście i że ktoś mi w tym pomagał, w związku z czym poprosiłem ją o miękki ołówek, kartkę brystolu i w ciągu jednej lekcji przerysowałem z zamieszczonej w podręczniku fotografii gotycką katedrę Notre Dame gdzie było mnóstwo ornamentów i szczegółów. Widać próba ta wypadła pomyślnie, bo widząc efekt końcowy, Ewa wykrzyknęła: „Już ci teraz wierzymy! ) Kiedy byłem w VIII klasie, dyrektorem szkoły była mgr Stanisława Szopa, a jej zastępcą Cecylia Guśtak, bardzo miła nauczycielka matematyki, zawsze uśmiechnięta i wyrozumiała, była wtedy moją wychowawczynią. Pamiętam też Stefanię Sawicz nauczycielkę od jęz. rosyjskiego, która była nad wyraz surowa i bardzo wymagająca, może aż zanadto, jej sprawdziany zyskały miano najtrudniejszych w szkole. Mgr Władysława Molitor uczyła mnie biologii i chemii, Teresa Dubis – fizyki, Zofia Bajorek (po wyjściu za mąż zmieniła nazwisko na Zapart) – geografii, mgr Stanisława Miklowska – wychowania fizycznego i historii, a mgr Władysław Kaniewski w-fu, mgr Ewa Węgrzyn – wychowania muzycznego, wspaniale grała na fortepianie, posiadała wyższe wykształcenie muzyczne.
A oto nazwiska innych nauczycieli: Fryderyka Kantyka, Maria Zajączyska, Maria Rokita, Barbara Babecka, Tadeusz Boroń, Maria Burek, Danuta Chytła, mgr Stefania Duma, Małgorzata Kapturkiewicz, Stanisława Kurzydym, Władysława Machnik, Władysław Michałek, mgr Teresa Miśków, Krystyna Pająk, Barbara Pintscher, Krystyna Plata, Maria Poteć, Marta Sidzina, Danuta Skorecka, mgr Władyslawa Stasiowska, Helena Stożek, Alina Szewczyk, Wiesława Urbaniec, Marta Myszak, mgr Julia Kret, Barbara Gąsior, Zofia Zelek.
We wrześniu 1968 r. powstała świetlica „środowiskowa”, której kierownictwo objął Ryszard Kunc. Mimo trudności lokalowych chodziło do niej sporo młodzieży. Można tam było uczestniczyć w różnych zajęciach w ramach „Ogniska Prac Pozalekcyjnych”. Było kółko krajoznawczo-turystyczne, choreograficzne, rytmiki, tańca oraz techniczne. Organizowano też zbiórki harcerskie w ramach pracy Komendy Szczepu „Dąbie” im. Hm Janka Bytnara, gdzie drużynowymi byli druhowie: Wiatr i Orzechowski.
Wychowania muzycznego uczyła mnie najpierw pani Ewa Zaręba, a od klasy V do VIII, mgr Ewa Węgrzyn. Będąc w najstarszej klasie występowaliśmy na akademiach szkolnych wraz z Piotrem Malikiem, który świetnie grał na pianinie, zaś jego starszy brat Andrzej na gitarze, od którego się wtedy wiele nauczyłem. Instrumentalnie ćwiczyliśmy z Piotrkiem u niego w domu przy ul. Bajecznej różne kawałki np. Skaldów a także bluesa. To u niego właśnie po raz pierwszy słuchałem z dobrych płyt Jimmy Hendrixa, Mika Olfdielda, Eltona Johna, Procol Harum czy Pink Floyd. Podczas szkolnych uroczystości grywaliśmy takie utwory jak „Love Story”, „Zabawa w śnieżki”, „Błękitna miłość” czy Michelle”, ten ostatni z repertuaru The Beatles”. Grając na 12 strunowej gitarze akompaniowałem pewnej koleżance z młodszej o rok klasy (jej imienia ani nazwiska nie pamiętam, była uroczą, blondynką), która soczystym, łagodnym altem śpiewała popularną wtedy piosenkę „Butterfly”. Nie przypominam sobie aby nam robiono szkolne dyskoteki, ale wcześniej w latach 60, grała na zabawach 3-4 osobowa „orkiestra”, z niezłym skrzypkiem, już nieco starszym panem. Grywali stojąc na niewielkim podeście, bez jakichkolwiek wzmacniaczy i mikrofonów, a mimo to doskonale było ich słychać w całym korytarzu gdzie urządzano potańcówki. To były lata, gdy królowały przeboje takie jak: „Cała sala” - walczyk z repertuaru Jerzego Połomskiego, co zresztą niezbyt nam pasowało do tańca, ponieważ już wtedy słuchaliśmy raczej „Czerwonych Gitar”, „Trubadurów”, Kasi Sobczyk, „Czerwono-Czarnych”, „No To Co”, „Marka Grechuty i „Anawa”, no i oczywiście „Skaldów”. Kolega Jurek Staruch mieszkający w pobliżu szkoły przy ul. Zwycięstwa czasami przynosił do klasy adapter „Bambino”, a potem magnetofon ZK 120, i po lekcjach sporadycznie zostawaliśmy w VII-VIII klasie, by trochę potańczyć z dziewczynami, na co przymykała oko nasza zawsze pogodna i uśmiechnięta wychowawczyni Cecylia Guśtak.
Z początkiem mojej edukacji w tutejszej szkole sala gimnastyczna znajdowała się w dawnej stacyjce kolejowej „Dąbie”, po której pozostał teraz tylko mały placyk. Z uwagi na jej niewielkie rozmiary, dopóki nie wybudowano nowej, dużej sali, zajęcia odbywały się również w starym skrzydle szkoły w korytarzu na parterze. Zimą wychodziliśmy na podwórko szkolne zamienione od czasu do czasu na małe lodowisko, lub jeździliśmy z mgr Władysławem Kaniewskim, nauczycielem od w-f , na lodowisko pod Halę Targową. Udawaliśmy się czasem na pobliskie szańce i okopy leżące w widłach Wisły i Białuchy aby pojeździć na sankach i nartach. Zimą w klasie V-tej przydarzył mi się podczas takich zajęć przykry wypadek; zjeżdżając w pojedynkę na sankach ze stromego, oblodzonego stoku szańca (obok miejsca gdzie dziś stoi kościół), spadłem z nich mocno uderzając głową do tyłu w twarde podłoże, tracąc na dłuższą chwilę przytomność. Nauczyciel zachował się wtedy dość lekkomyślnie (tu będzie mała łyżeczka dziegciu do beczki miodu na temat moich nauczycieli) i zamiast zadzwonić z budki telefonicznej lub ze szkoły na pogotowie ewentualnie zawieźć poszkodowanego do szpitala, wsadził mnie na wpół przytomnego na sanki i przyciągnął do mieszkania, skąd przerażona mama zawiozła mnie na pogotowie, a nauczyciel jak gdyby nic - prędko się oddalił. Skończyło się krwiakiem na głowie, wstrząsem mózgu, krwotokiem z nosa i blisko 2 miesięcznym zwolnieniem z zajęć szkolnych oraz zwolnieniem z zajęć w-fu do końca roku. Szkolnym Kółkiem Sportowym opiekowała się mgr Stanisława Miklowska. Wiosną 1972 r. będąc w VIII klasie, w zastępstwie kolegi wziąłem udział w biegu na 800 m międzyszkolnych zawodach sportowych rozgrywanych na bocznym stadionie KS „Wisła”, gdzie zająłem jedno z ostatnich miejsc. Opiekunka Koła miała potem do mnie pretensje. Szło jej nie tyle o słaby wynik, lecz o to, że na ostatniej prostej, dobiegając do mety odwróciłem się w stronę widowni na trybunach, i dopingującym mnie „dla jaj” kolegom posłałem obraźliwy „gest Kozakiewicza” znany wówczas pod określeniem „wał”. Wystartowałem wtedy bez wcześniejszego przygotowania i jakichkolwiek treningów (nie licząc kilku rund wieczornych wokół bloku podczas deszczowej pogody), choć w młodszych klasach wprost uwielbiałem biegać z kolegami „na wytrzymałość”. Pamiętam, że moimi towarzyszami podczas tych podwórkowych zawodów był Wiesiek Zakrzewski, Jurek Kośnik, Mietek Kasprzyk i in. Wykonywaliśmy w porywach do 35 okrążeń, czyli ok. 6 km, co stanowiło dla nas niezły wynik. Czasu raczej poza krótszymi dystansami nie mierzyliśmy, liczyło się tylko kto zajmie pierwsze 3 miejsca. Czasami startowało nas 10-ciu, a bieg kończyło 2 – 3 chłopców. Grało się wtedy jeszcze w „zośkę”, chociaż jej popularność znacznie spadła w porównaniu z okresem, kiedy mieszkałem w Rynku. W „zośkę” grało się pęczkiem równo przyciętej i rozprowadzonej koliście, zwykle kolorowej włóczki, przymocowanym do ołowianego krążka z dwoma dziurkami. Wyśmienicie nadawały się do tego większe ciężarki stosowane podczas połowu ryb na tzw. grunt. Podbierałem te ołowiane ciężarki za wiedzą taty z pudełka jego akcesoriów wędkarskich, za co chłopaki były mi bardzo wdzięczne, bo „zośki” co rusz to gdzieś się zapodziewały. Na szkolnym boisku, ale też na korytarzach lub nawet w klasie, jako 10-13 letni chłopcy chętnie braliśmy udział w walkach, tzw. „wywracankach”, co trochę przypominało zapasy w stylu wolnym. W VI –VII klasie byłem jak na swój wiek dobrze wyrośnięty, i choć nie miałem usposobienia sportowego, zaliczałem się do ścisłej czołówki klasowej, może nawet szkolnej. Bardzo często graliśmy w piłkę na „Łąkach”, jak nazywaliśmy trawiasty obszar pomiędzy szkołą, blokami nr 22 i 24 przy Al. Pokoju a nasypem kolejowym popularnie zwanym „wałem”. Teren ów był porośnięty wysoką trawą i różnym zielskiem, ale w jego środkowej części znajdowało się obszerne, wydeptane „boisko” z palikami zamiast bramek, na którym po skompletowaniu drużyn grywaliśmy „w piłę” czasem do zmroku. Wybór drużyn najczęściej odbywał się w ten sposób, że dwóch najlepszych graczy wybierało na przemian swoich zawodników. W piłkę nożną nie grałem zbyt dobrze, stawałem z reguły na bramce, lub grałem w obronie. Byłem dumny, kiedy podczas naszych osiedlowych rozgrywek obroniłem nie jeden rzut karny. Kiedy wybudowano tam garaże, nową drogę i przedszkole, po naszych „Łąkach” pozostał tylko niewielki trawnik. Wkrótce otrzymaliśmy jednak do dyspozycji nową salę gimnastyczną, duże podwórko szkolne, a obok niego boisko i kawałek trawiastego terenu, gdzie na lekcjach w-fu uprawialiśmy takie dyscypliny jak: bieg na 60 m., skok w dal, skok wzwyż. Wiosną i jesienią podczas ładnej pogody robiliśmy tam gimnastykę, która kończyła się zwykle „przeciąganiem liny” przez dwie drużyny utworzone z jednej klasy.
Na przełomie lat 60/70 Dąbie gwałtownie zmieniało swój wygląd. Małe, niekiedy kryte strzechą niebieskawe domki zostały wyburzone, a na ich miejscu powstawały nowe bloki i wieżowce, do których sprowadzały się rodziny z różnych dzielnic Krakowa i spoza miasta, najczęściej już z dziećmi w wieku szkolnym. W zależności od indywidualnych zdolności i poziomu szkół, do których wcześniej chodziły, posiadały one zróżnicowany zasób wiedzy, co jak sobie to dziś uświadamiam, przysparzało naszym nauczycielom dodatkowych trudności. Aby sprostać nowym wyzwaniom rozrastające się klasy wciąż dzielono, przenoszono uczniów i nauczycieli, dochodzili nowi uczniowie. Pamiętam, że trwały przepychanki i nieporozumienia wynikłe z rozrywania przyjaźni i znajomości, co znajdowało swój wyraz na dodatkowych spotkaniach z rodzicami i tzw. „wywiadówkach”, które organizowano początkowo raz na kwartał, a potem na półrocza. Efekty tego rodzaju dawnego zamieszania widoczne są choćby na portalu internetowym „Nasza Klasa”, gdzie znającym nazwiska wychowawców i uczniów w przedziale lat 1968-72, daje się łatwo zauważyć ten galimatias, na który dodatkowo nałożyła się fala wyżu demograficznego. Powiększenie szkoły stało się palącym problemem. W rok po moim przyjściu rozpoczęto (sierpień 1968 r.) jej rozbudowę. Jeszcze przed wakacjami 1969 r. stanęło nowe skrzydło w stanie surowym, rok później rozbudowa została ukończona. Oddano 13 nowych sal lekcyjnych z pracowniami; do zajęć technicznych, fizyko-chemiczną, biologiczną, języka rosyjskiego oraz dużą salę gimnastyczną, gdzie odtąd odbywały się nie tylko zajęcia z wychowania fizycznego ale i wszelkie uroczystości szkolne. Do użytku oddano także szatnie, prysznice, gabinet dentystyczny i lekarski, bibliotekę i świetlicę. Od września 1971 r. w szkole odbywała się nauka jednozmianowa. Szkoła liczyła wówczas 17 oddziałów o łącznej liczbie 530 uczniów. Na terenie szkolnym wykonano asfaltowe boiska do piłki ręcznej, kosza i siatkówki. (Źródło: Kronika SP nr 39)
W szkole na piętrze funkcjonowała biblioteka z pokaźnym księgozbiorem. Począwszy od III klasy (wcześniej chodziłem do SP nr 2 w Krakowie przy ul. Łobzowskiej bocznej) byłem tam dość częstym gościem, a pierwszą wypożyczoną książeczką był „ Król Jęczmionek” Henryka Spaczila. W tym samym okresie czytałem ze łzą w oku „Baśnie” Hansa Christiana Andersena i „Serce” Amicisa. A te, zapewne dla jednych sentymentalne, nie do przebrnięcia lektury – urzekały mnie swym pięknem a zarazem smutną, romantyczną tematyką. Czytałem je zachłannie po kilka razy, a niektóre fragmenty znałem prawie na pamięć. W czasie wakacji po ukończeniu V klasy przeczytałem wiele książek, ale zapamiętałem tylko trzy tytuły: „Stary człowiek i morze” Ernesta Hemingwaya oraz „Przygody Meliklesa Greka” i „Diossos” Witolda Makowieckiego, które otrzymałem od swoich rodziców w nagrodę za dobre świadectwo. Porywające ale i pełne dramatycznych przeżyć historie moich rówieśników, napisane w czasie wojny przez Makowieckiego z myślą o swoich dzieciach, dostarczyły mi sporej dawki wiedzy o historii i kulturze antycznej Grecji. Są to mądre i piękne opowieści o wartościach uniwersalnych: honorze, wierności, odwadze i o prawdziwej przyjaźni, która potrafi wiele przezwyciężyć, jeśli się tylko tego bardzo pragnie. Zadaję sobie w tym miejscu pytanie; czy współczesne dzieciaki wychowane na Harrym Potterze, Cartoon Network i MTV znają tamtą klasykę? Oprócz wspomnianych lektur czytałem też inne książki jak: „Robin Hooda”, czy „Winnetou”, a potem przyszła kolej na „Trylogię”, „Krzyżaków” i „Quo wadis” Henryka Sienkiewicza, którego bardzo lubiłem za to, że dawał radość i łzy wzruszenia, za dumę i narodowy etos – co zresztą w pełni uświadomiłem sobie znacznie później. Poznałem też jego biografię i zwiedziłem muzea w Oblęgorku i w Poznaniu. A dzisiaj, kiedy w dyskursie społecznym pojawia się, w pejoratywnym znaczeniu, pojęcie „nacjonalizm”, warto przypomnieć, że tuż przed I Wojną Światową Henryk Sienkiewicz, nasz wielki pisarz, laureat Nagrody Nobla, ogłosił „List otwarty Polaka do ministra rosyjskiego” w którym tak napisał: „Tylko nikczemne i złośliwe indywidua lub absolutni głupcy mogą porównywać nacjonalizm polski z charakterystycznym nacjonalizmem niemieckim lub czarnosecinnym rosyjskim. Nacjonalizm polski nie tuczył się nigdy cudzą krwią i łzami, nie smagał dzieci w szkołach, nie stawiał pomników katom. Zrodził się z bólu, największej tragedii dziejowej. Przelewał krew na rodzinnych i na wszystkich innych polach bitew, gdzie tylko chodziło o wolność. (…) Wypisał na swych chorągwiach najszczytniejsze hasła miłości, tolerancji, oswobodzenia ludu, oświaty, postępu.”
Po zaciemnieniu okien storami czasami wyświetlano nam w szkolnym korytarzu filmy przygodowe lub dydaktyczne na popularnym projektorze AP-14, 16 mm. Seanse często były przerywane z uwagi na wyeksploatowaną taśmę, która dość często pękała. Pamiętam, że będąc w klasie IV, po otrzymaniu darmowych biletów do kina znajdującego się w „Pałacu Młodzieży” przy ul. Krowoderskiej w centrum Krakowa, po raz pierwszy w życiu wybrałem się (nie mówiąc o tym rodzicom) samodzielnie do miasta z którymś kolegą, chyba Godulą. Pojechaliśmy tramwajem linii „17”, drzwi były zamykane ręcznie, a my udając dorosłych staliśmy w jedną stronę na tzw. pomoście przy drzwiach otwartych, które zresztą ciężko było takim małym „smykom” zamknąć. Mimo spóźnienia seans kreskówek z serii „Bolek i Lolek” i „Zaczarowany ołówek” zaliczyliśmy, których treść musiałem potem opowiedzieć swemu tacie, bo widać nie bardzo mi wierzył, że mówię prawdę. O ile sobie przypominam była to wczesna jesień, i miałem pozwolenie na przebywanie poza domem tylko do godziny siedemnastej, a wróciłem wtedy ok. dwie godziny później. Co do innych filmów obejrzanych w kinie w tamtych i nieco późniejszych latach, szczególnie utkwił mi w pamięci „Żółty” oraz „Biały kieł” W. Disneya. Z filmów zagranicznych oglądało się niezwykle popularne serie westernów, produkcji niemiecko-jugosłowiańskiej z Pierrem Brice jako Winnetou i Lexem Barkerem w roli Old Shatterhanda. Wyświetlano też „Flipa i Flapa”. Z filmów polskich, oglądanych w ciągu młodszych i starszych lat „podstawówki” mogę chronologicznie jednym tchem wymienić takie tytuły jak: „Zakazane piosenki”, „Kanał”, „Eroica”, „Ewa chce spać”, „Popiół i Diament”, „Krzyż Walecznych”,„Krzyżacy”, „Zezowate szczęście”,„Faraon” „Sami swoi”, „Czterej pancerni i pies”, „Szatan z siódmej klasy”, „Godzina pąsowej róży”, „Westerplatte”, „Rejs”. Skoro mowa o polskich filmach, to w już liceum będąc, zobaczyłem: „Wesele”, „Potop”, „Hubala”, „ Ziemię obiecaną” czy „Noce i dnie” na które to filmy chodziło się całymi klasami, a na zadanie domowe z j. polskiego lub historii należało czasem napisać recenzję lub na lekcji omówić jakieś zagadnienie związane z obejrzanym filmem. Na filmy chodziło się do kina: „Związkowiec” przy ul. Grzegórzeckiej, gdzie z Dąbia było najbliżej, i zasuwało się tam najczęściej na piechotę lub jeśli kto woli - „na nogach” jak mówią krakusy. Były też czynne kina takie jak: „Maskotka”, „Wanda”, „Uciecha”, „Apollo”, „Warszawa”, „Wrzos”, „Wisła” a potem zbudowano nowoczesne i największe: „Kijów”, którego nazwa budziła wtedy we mnie zdziwienie.
Oglądaliśmy też programy szkolne w TV, a kiedy przed ich rozpoczęciem pojawiała się plansza (nieraz przez kilka minut) z zapowiedzią cyklu z fortepianowym podkładem muzycznym opartym na jakimś motywie z klasyki, gdy akurat nie było w pobliżu nauczycieli, ku zgorszeniu dziewcząt chłopcy nucili niekoniecznie pod nosem pewien wyjątkowo debilny tekst, rozpoczynający się od słów: „Szedł chłop drogą i mruczał i jajami podrzucał…” Innym razem prześcignęliśmy szympansa z porażeniem mózgowym mocno zawiązując koledze wystające spod marynarki rękawy koszuli, a to w nawiązaniu do lecącej w TV równie głupawej „Wieczorynki” czy „Dobranocki” pt. „Supelki-węzełki”, o „Jacku i Agatce” już nie wspominając, przy których czeskie kreskówki z cylku „Krecik”. „Sąsiedzi”, „Rozbójnik Rumcajs” czy „Z mchów i paproci” – to o Żwirku i Muchomorku, były przejawem dowcipu i poczucia dobrego smaku. W tamtych, późnych latach 60. dość często w domu u kolegi Artka Frejka. Razem bawiliśmy się i odrabialiśmy lekcje, a póki nie pojawił się u nas w domu telewizor, chodziłem do niego w poniedziałki by obejrzeć jeden z najdłużej ukazujących się programów dziecięcych „Zwierzyniec” z Michałem Sumińskim, który gawędził coś o zwierzętach, a zwłaszcza z animowanymi kreskówkami o przygodach dzielnego Psa Huckellbury jako szeryfa oraz misia Jogi lub goryla Maguilli w roli uciekinierów-przestępców. Kiedy indziej leciały w TV seriale: „Wojna domowa”, „Czterej pancerni i pies” z Janem Gajosem czy „Pan Wołodyjowski” z Michałem Łomnickim. Oglądaliśmy też szpiegowskie historie ze Stanisławem Mikulskim w roli głównej jako Hansem Klosem, czyli „Stawkę większą niż życie”, oraz emisje filmów animowanych Wolta Disneya, które nie były wtedy dobrze traktowane przez władze i wyświetlano je o całkowicie przypadkowej porze, nie były tez ujęte w programie TV. W latach 70-tych powstał „Teleranek”, składający się z części: „Klubu śmiałych”, „Niewidzialnych” i serialu telewizyjnego oraz amerykańskich kreskówek. Powstawały też programy „Telewizji Dziewcząt i Chłopców”, które oczywiście lansowały określone wzorce i bohaterów, ale wtedy nikogo z nas to nie obchodziło, prawdopodobnie nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.
Na msze św. i na lekcje religii uczęszczaliśmy (kto chodził, to chodził) do kościoła p.w. Św. Kazimierza. Po II Soborze Watykańskim pojawił się tam, jak wszędzie, nowy porządek mszy św. odprawianej w języku ojczystym. Narastał kult bł. O. Maksymiliana Kolbe, którego sporych rozmiarów obraz zawisnął po prawej stronie od ołtarza. Przypominam sobie kazania o nim i poświęcone mu tematy na lekcjach religii. Proboszczem był wtedy ks. Zbigniew Bubak, a katechetą m.in. ks. Tadeusz Szarek i ks. Jan Czyrek. Sakramentu bierzmowania udzielił mi w 1971 r. bp Julian Groblicki.
Początkowo w latach 1967-69 najczęściej szło się na własnych nogach do pawilonu „Merkury”. Droga prowadziła pod wiaduktem skonstruowanym z drewnianych bali, które później zastąpiła nowa, betonowa konstrukcja, i dalej szło się skręcając lekko w lewo albo ul. Grzegórzecką w kierunku kościoła p.w. Świętego Kazimierza, albo na wprost Aleja Pokoju. Potem przez Dąbie wiodła arteria komunikacyjna łącząca Kraków z Nową Hutą przez Czyżyny. Jeździły tam tramwaje „przegubowce” linii 22 i 22 bis .Uwielbiałem sam lub z kolegami chodzić ścieżką prowadzącą bulwarem wiślanym w kierunku Beszcza i Łegu, a czasami zapuszczaliśmy się nawet daleko poza granicę wyznaczoną przez most na Wiśle. Bywało, że jesienią chodziliśmy w pobliżu do sadów na tzw. grandę, w wyniku czego stawaliśmy się zwykle nielegalnymi posiadaczami paru jabłek lub gruszek. Nie pamiętam, aby z tego powodu wynikły jakieś problemy, inna sprawa, że takie „wypady” były dla mnie rzadkością, i wynikały raczej ze swoiście rozumianej solidarności z grupą rówieśników, niż potrzebami. Czasem zbierałem tam do papierowej torebki szczaw, z którego mama przyrządzała pyszną zupę z dodatkiem ryżu. Obok pętli tramwajowej na Dąbiu gdzie nawracały tramwaje linii „7” i „17”, tuż przy wąskiej ulicy stał dość duży kiosk z długą „ladą”, a wcześniej była tam nieco mniejsza budka pani Sierantowej, która przeniesiona się potem na ul. Widok. Jej budka pomalowana była na zielono, i zarówno u niej jak i u tej drugiej, można było kupić głównie warzywa, i owoce. Pamiętam, że po lekcjach w upalne dni kupowaliśmy tam z kolegami oranżadę „na miejscu”. Sierantowa gniewała się, i nie pozwalała nam zabierać butelek oranżady na lekcje, i trzeba było wtedy zapłacić za nie kaucję. Sprzedawała nam najczęściej po 10 dkg pysznych żółtawo-przezroczystych cukierków ślazowych, które po zważeniu, były sprawnie przez nią pakowane do rożków zrobionych z gazety. Późnym latem i jesienią kupowaliśmy tam kolby kukurydzy przeznaczonej do gotowania oraz jabłka, gruszki, pestki z dyni i słonecznika, a do domu zanosiło się papierowe zawiniątko z „jarzyną”. Naprzeciwko była mała piekarnia, gdzie przez ogródek wchodziło się po stopniach do sklepu po świeże, pachnące, a przede wszystkim smakowite pieczywo. Bardzo lubiłem tamtejsze bułki, tzw. ślimaki z makiem i strucle, po które w Wigilię stało się czasem przez pół godziny od rana. Latem zaś chodziliśmy nad pobliskie stawy, nieopodal stadionu KS „Dąbski”, gdzie zwykle urzędował p. Żuwała, znajomy mojego taty z połowów wędkarskich na rzece Stradomce, gdzie w latach 60. nieraz go widywałem. Mieszkał w małym ceglanym domku nad rzeką Białuchą tuż przy wiadukcie na ul. Mogilskiej, gdzie zamiast iść naokoło ul. Kosynierów, chodziliśmy do domu na skrót przez nasyp, lub co gorsza, nie zważając na niebezpieczeństwo nadjeżdżającego z tyłu pociągu – wzdłuż niego. Kiepskim usprawiedliwieniem może być to, ze ścieżki po deszczu stawały się błotniste i znacznie wygodniej szło się stąpając po podkładach kolejowych. Nieraz zbieraliśmy tam (nie wiadomo po co), kawałki siarki, które spadały z wagonów. Czasem braliśmy z sobą różne metalowe przedmioty jak widelce, łyżki a nawet drobne monety np. 50 gr., które kładliśmy na torze bezpośrednio przed nadjeżdżającym pociągiem. Sporo było potem uciechy, gdy zamiast wcześniejszego kształtu pojawiał się zupełnie nowy, taki „plaskaty” jak go zabawnie nazywano. Na osiedlu pełno było wykopów. Jedne, głębokie na jakieś 2,5 m i niebezpieczne robiono pod centralne ogrzewanie, inne, płytsze - pod drogi i chodniki. U schyłku lat 60. na Dąbiu były też wykopy robione pod powstające tu bloki i garaże. Przez niektóre z nich przerzucone były niewielkie, drewniane mostki o metalowej konstrukcji z drewnianym podestem. Jako 11-12 letni chłopcy bardzo lubiliśmy się tam bawić, zapewne zdając sobie sprawę, że ten stan jest tylko przejściowy, i minie bezpowrotnie wraz z zakończeniem prac budowlanych. Jedną z ulubionych, była wówczas zabawa „w chowanego” lub – gdy było nas nieco więcej – „w podchody” lub "w wojnę".
Co najmniej dwa razy w roku chodziliśmy na grób 79 mieszkańców Dąbia pomordowanych przez hitlerowców dnia 15 stycznia 1945 roku, który zwykle sprzątaliśmy pod opieką Józefa Długosza, a następnie czyściliśmy granitowy nagrobek, malowaliśmy na czarno metalowe pręty ogrodzenia i paliliśmy znicze. Odbywały się tam także apele i zbiórki z fanfarami i dźwiękiem werbli. Były przemówienia, patriotyczne pieśni i deklamacje. Pamięć tamtego traumatycznego wydarzenia była przez ówczesną Szkołę nr 39 dobrze pielęgnowana. Pan Długosz, (ale i inni nauczyciele także) mówili nam, abyśmy potrafili docenić to, że żyjemy w czasie pokoju, że tamte niewinne osoby poniosły najwyższa Ofiarę - zginęli za naszą Ojczyznę, tylko za to, że byli Polakami ale ich zbiorowa egzekucja i śmierć nie będzie daremną, jeżeli pamiętając o ich straszliwej kaźni, my - młodzi, będziemy się pilnie i dobrze uczyć po to, aby w przyszłości móc jak najlepiej służyć Ojczyźnie, zwłaszcza wtedy, kiedy będzie w potrzebie. Żadną miarą nie mogłem pojąć swoim młodzieńczym umysłem, dlaczego to wszystko się wydarzyło, i w dodatku zaledwie na 3 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej i „wyzwoleniem” Krakowa, dlaczego dokonano tak straszliwego mordu na niewinnych, bezbronnych ludziach, w dodatku na oczach ich własnych rodzin? Dzisiaj można zobaczyć tę zbrodnię przeciwko ludzkości w znacznie głębszej perspektywie; w świetle wiedzy o „lobotomii tkanki narodowej”, o setkach i tysiącach takich miejsc rozsianych po całym kraju i poza jego granicami, o rzeziach, czystkach etnicznych, kradzieży ziemi i lekceważeniu międzynarodowego prawa, o nieoszacowanych stratach, wreszcie o przyczynach i mechanizmach lucyferycznego okrucieństwa, którego dokonywano z premedytacją od pierwszych do ostatnich dni wojny, ale także wcześniej i potem. Nie, tego ot tak sobie, zapomnieć ani beztrosko wybaczyć nie można, szczególnie dziś, kiedy pisząc na nowo historię usiłuje się zrobić z Polaków gorliwych współpracowników Hitlera, zwłaszcza jako szmalcowników, którzy zajmowali się wiadomo czym. Nie jest to zresztą niczym nowym w podejściu pewnych gremiów do zagadnień historycznych, bowiem już u schyłku XIX w. w wierszu „Historyczna nowa szkoła” (przytaczam tylko 2 zwrotki; pierwszą i ostatnią) Adam Asnyk tak pisał:
Historyczna nowa szkoła
Swą metodę badań ścisłą,
Sprowadzoną hurtem z Niemiec,
Rozpowszechnia ponad Wisłą
I, nabywszy pogląd świeży,
Nowym łokciem dzieje mierzy.
[…]
I tak dalej... i tak dalej...
Coraz śmielsze wnioski przędzie
I, nicując dawne sądy,
Nie powstrzyma się w zapędzie,
Aż dowiedzie, że król Herod
Dobroczyńcą był dla sierot.
Przygotowując materiały o szkole na terenach dzisiejszej Nowej Huty i jej okolicach, w lutym 2010 r. trafiłem do Zespołu Szkół w Raciborowicach, gdzie Dyrektor mgr Joanna Karyś-Róg udostępniła mi tamtejszą kronikę szkolną w której m. in. można przeczytać:
1876 r. W tym roku Rada Szkolna Okręgowa mianowała Stanisława Szarka zastępcą nauczyciela szkoły pospolitej w Raciborowicach. Ten przybywszy rozpoczął rok szkolny z dniem 1 września. Grunt został zupełnie wyniszczony i wyjałowiony[…]. 1892 r. Reskryptem Rady szkolnej krajowej został przeniesiony z posady w Raciborowicach tutejszy nauczyciel Stanisław Szarek (na marginesie widnieje data 29/6.) na posadę kierującego nauczyciela przy 2 kl. Szkole w Dąbiu pod Krakowem.
Kiedy rok później przeglądałem stronę internetową Aldony Widłak „Dąbie – historia i teraźniejszość”, dotyczącą także miejscowej szkoły, spostrzegłem tam nazwisko jej wieloletniego kierownika - Stanisława Szarka, który pracował wcześniej w Raciborowicach. Dzięki uprzejmości Dyrektora mgr inż. Iwony Janek z Gimnazjum nr. 7 w Krakowie, mogłem zapoznać się z bogatą kroniką szkolną (dawnej Szkoły Podstawowej Nr 39 na Dąbiu), i wkrótce doszedłem do przekonania, że powinienem tej szkole poświęcić własne wspomnienia, ponieważ będąc absolwentem tej szkoły, miałem szczęście poznać tam wspaniałych Nauczycieli-Wychowawców. Nie ulega wątpliwości, że ich praca, a w kilku przypadkach autentyczne powołanie do służby nauczycielskiej, zwłaszcza kadry przedwojennej, oparte było na solidnych fundamentach: na odpowiedzialności i szacunku do Człowieka, Rodziny i Ojczyzny. Opierało się też na wiedzy i talencie pedagogicznym, na intuicji, cierpliwości i rozwijaniu charakteru i osobowości podopiecznych, które razem wzięte budowały mozolnie podwaliny ich późniejszych postaw, wynikłych z przyjęcia określonych idei i wartości lub odrzucenia innych, tych niepożądanych. Oni uczyli mnie, młodego człowieka starającego się niezdarnie znaleźć cel swojego życia, że zamiast dreptać w kółko zawężając świadomość, trzeba szukać odpowiedzi w konstrukcji własnego losu w harmonii ze światem; przyrodą i społeczeństwem, w pracy na rzecz dobra wspólnego i walki z własnymi słabościami. Dziś wiem, że zawdzięczam im wiele, ale muszę to wyznać, że właściwie nigdy wcześniej, zwłaszcza kiedy Oni jeszcze żyli - nie umiałem im tego powiedzieć, ani okazać, może poza średnimi zresztą wynikami w nauce czy sprawowaniem. Wiem też, że nie potrafię im także dorównać na polu edukacji i wychowania, posiadając jednak pewną wiedzę, mogę próbować iść o własnych siłach i podążać wskazaną przez nich wąską ścieżką pośród dżungli pseudo-wartości. Mogę wreszcie zaświadczyć, że Oni zmuszając młody rozum do wysiłku poznawczego uczyli tego, by samemu odważyć się myśleć! Wpajając, że „człowiek jest kowalem swego losu”, a „prawdziwa radość jest rzeczą poważną”, zasiewali w umysłach ziarno, z którego przy dalszej, odpowiedniej uprawie - kulturze, całości jej wpływów i oddziaływań, wyrastał potem, lub nie (co zależało od pułapu indywidualnych chęci i możliwości) wymóg uznania rzeczywistego dobra człowieka w oparciu o kryteria rozpoznania triady: Prawdy, Dobra i Piękna. Tego rodzaju kształcenie i wychowanie rozpoczyna się już od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole zaś tylko pogłębia, ale trwa i doskonali się przez całe życie, co tak klarownie wyraził O. prof. Mieczysław A. Krąpiec słowami: „Musimy się rozwijać, aby dochodzić do możliwej pełni własnego człowieczeństwa, które nam Bóg przeznaczył wraz z naszym istnieniem.” Może tym wspomnieniem choć w małej części spłacę zaciągnięty u nich dług? Miarą satysfakcji będzie to, jeśli zechcą sięgnąć do nich młodsze pokolenia. Niech się dowiedzą, że kiedyś żyli (nie twierdzę, że takich dziś nie ma) Nauczyciele-Wychowawcy, o szczerozłotych sercach, czystych duszach i jasnych umysłach, oraz ci, którzy przynajmniej starali się to dostrzec, utrwalić i przekazać dalej. Niech przeczytają o cichych ludziach wielkiego formatu i honoru, dla których nie liczyły się zaszczyty, sława i zysk materialny, lecz najważniejszą rzeczą pod słońcem była pewna misja - chęć służenia innym i czynienia świata nieco lepszym. Może kiedyś znajdzie się ktoś kto sprawi, że wraz z gasnącą o nich pamięcią, to przesłanie pozostanie wciąż żywe, na przekór temu wszystkiemu, co ukazuje oblicze człowieka w krzywym zwierciadle relatywizmu, nienawiści i kłamstwa.


Orginalny wpis udostępniony za zgodą autora
 
 

Popularne posty z tego bloga

Obóz jeniecki Rembertów 1920 r.

docent dr hab. Irena Bar-Święch

O mnie