![]() |
| Stanisław Święch archiwum prywatne |
Poniżej pozwolę sobie skopiować wpisy z Facebooka, ponieważ nie każdy ma dostęp, orginalne wpisy wraz ze zdjęciami są dostępne pod linkami
Historie rodzinne, biografie przodków, stare dokumenty, pamiętniki, poradniki i genealogia DNA. Odkrywanie ludzi i wydarzeń, które warto zachować dla przyszłych pokoleń. Anna Święch-Frankowska
![]() |
| Stanisław Święch archiwum prywatne |
Poniżej pozwolę sobie skopiować wpisy z Facebooka, ponieważ nie każdy ma dostęp, orginalne wpisy wraz ze zdjęciami są dostępne pod linkami
![]() |
| Stanisław Święch archiwum prywatne |
Wspomnienia ze Szkoły Podstawowej nr 39 na Dąbiu w Krakowie
(fragmenty)
Od momentu rozpoczęcia mojej nauki w szkole na Dąbiu minęło prawie pół wieku, nic więc dziwnego, że jedne okruchy wspomnień zacierają się, inne zaś giną w otchłani niepamięci. Spośród nauczycieli jednych przypominam sobie lepiej, drugich słabiej, a innych wcale. Kiedy przymykam oczy, przywołuję w wyobraźni niektóre postaci, zwykle w klasie na lekcjach. Pamiętam nazwiska, ale nie mogę ich skojarzyć z konkretną postacią. Bywa też na odwrót, kiedy wyraźnie widzę ich postać, ale nie pamiętam już ich imion ani nazwisk, jak np. mojej ulubionej polonistki z VII i VIII klasy, starszej, siwej i utykającej na nogę pani, której tak wiele zawdzięczam, o czym w pełni przekonałem się po latach.
Stanisław Święch (na zdjęciu) uczył mnie matematyki w kl. V–VII. Był przedwojennym nauczycielem i wychowawcą. Prawdopodobnie dość szybko zorientował się, że raczej nie będę orłem z „matmy”, ale jakoś mnie tolerował, a ja starałem się przynajmniej nie zawieść jego minimalnych oczekiwań. We wszystkim, co robił, był bardzo skrupulatny i pedantyczny.
Prowadził spółdzielnię uczniowską, organizował zbiórkę makulatury. Zawsze przychodził do szkoły w garniturze (stalowym, granatowym lub ciemno-brązowym, często pod krawatem). W klasie V i VI, gdy u paru uczniów pojawiły się problemy z nauką matematyki, Stanisław Święch zorganizował tzw. „douczanie” dla kilkuosobowej grupy, w skład której wchodzili uczniowie z innych klas.
(Pamiętam, jak któregoś dnia tuż przed „douczaniem” pyskata woźna wyprosiła mnie z wrzaskiem ze szkoły za brak obuwia na zmianę. Byłem za to wściekły, tym bardziej, że do reprymendy przyłączył się p. Święch. Poczułem się na nich obrażony, bo buty miałem czyste. Niby to posłusznie poszedłem do domu, ale z zamiarem pozostania, ale później, gdy nieco ochłonąłem, zabrałem z sobą pantofle i wróciłem do klasy.)
Po zajęciach p. Święch na korytarzu podszedł do mnie i ku mojemu zaskoczeniu, w serdecznych słowach podziękował mi za to, że mimo doznanych przykrości i upokorzenia nie opuściłem zajęć.
Nie wiem, i nie jest ważne, czy przez te kilka miesięcy Stanisław Święch pracował z nami społecznie czy nie. Liczy się, że nikt z naszej klasy nie repetował, i to, że znalazł się z nami w tym samym miejscu i czasie, ten znakomity Nauczyciel i Wychowawca.
Człowiek niesłychanie skromny i uczciwy, wyrozumiały, ale i wymagający, dla którego najważniejszym celem było dobro ucznia; jego wiedza i rozwój. Wartość jego pracy wychowawczej uświadomiłem sobie w pełni dopiero, gdy stałem się dorosły.
Był przyjacielem dzieci i młodzieży, co zważywszy na jego dorobek i udział w wychowaniu kilku pokoleń brzmi jak truizm, ale tak właśnie było. Nie należałem do jego ulubieńców, a mimo to łączyła mnie z tym „profesorem” – jak się do niego z honorem zwracano – mocna nić sympatii.
Dotąd widzę wyraźnie jego zadumaną, lekko uśmiechniętą twarz i łagodne, siwo-niebieskie oczy, w których odbijała się niekiedy troska, ale i radość z sukcesu, kiedy ujrzał wyraźny postęp w nauce swoich uczniów.
Widzę, jak niesie do pokoju nauczycielskiego lub do swojego domu, w wypchanej do granic wytrzymałości, ciężkiej, skórzanej torbie zeszyty z zadaniami do oceny, jak chodzi – gdy pełnił dyżur – podczas przerwy korytarzem lub po podwórku szkolnym, czuwając nad bezpieczeństwem dziatwy.
Owszem, potrafił się mocno zdenerwować, kiedy przyłapał uczniów na paleniu papierosów, najczęściej gdzieś po kątach czy w toalecie. Nie tolerował (właściwie uważał to za skandal) żucia gumy na lekcjach, zaśmiecania, plucia, przekleństw i bójek, szczególnie wtedy, gdy ofiara pochodziła z młodszej klasy i była bezbronna.
Stanisław Święch czuł się odpowiedzialny za każdego ucznia. Nie był co prawda obdarzony jakąś wyjątkową charyzmą, ale miał za to powołanie do zawodu nauczycielskiego, tak rzadko dziś spotykane.
W Kronice Szkolnej natrafiłem na dwie notatki prasowe dotyczące jego osoby, pierwsza prawdopodobnie pochodzi z „Dziennika Polskiego”, druga zaś z „Echa Krakowa”:
„W październiku 1923 r. Rada Szkolna Miejska skierowała nauczyciela Stanisława Święcha do pracy w szkole podstawowej na Dąbiu, wówczas dzielnicy peryferyjnej, po trosze robotniczej, po części chłopskiej. Od tamtej daty minęło już okrągłe 50 lat, przez które Stanisław Święch bez przerwy związany był z tą szkołą, z tutejszą młodzieżą. Minione półwiecze Jego życia wypełniała jedna pasja – praca z młodzieżą.”
„W kronice Szkoły nr 39 im. Bartosza Głowackiego na Dąbiu pod datą 8. X. 1923 zanotowano: Rada Szkolna Miejska w Krakowie przesyła odpis Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego z dn. 22.09.1923 asygnaty dla p. Stanisława Święcha. Uposażenie X stopnia służbowego i dodatek drożyźniany I grupy...”
Józef Długosz – był najstarszym nauczycielem pracującym w tej szkole od 1921 roku. Znakomity pedagog, wychowawca i społecznik. Chętnie podejmował się pracy z tzw. trudną i zaniedbaną młodzieżą. Cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem ze strony uczniów i ich rodziców.
Ewa Zaremba – uczyła matematyki, a w IV klasie, w ramach zajęć pozalekcyjnych zacząłem do niej chodzić na kurs gry na gitarze. Kiedyś jednak mocno jej podpadłem, bo podczas wizytacji z kuratorium nie potrafiłem rozwiązać dość prostego zadania na tablicy.
A oto nazwiska innych nauczycieli: Fryderyka Kantyka, Maria Zajączyska, Maria Rokita, Barbara Babecka, Tadeusz Boroń, Maria Burek, Danuta Chytła, mgr Stefania Duma, Małgorzata Kapturkiewicz, Stanisława Kurzydym, Władysława Machnik, Władysław Michałek, mgr Teresa Miśków, Krystyna Pająk, Barbara Pintscher, Krystyna Plata, Maria Poteć, Marta Sidzina, Danuta Skorecka, mgr Władysława Stasiowska, Helena Stożek, Alina Szewczyk, Wiesława Urbaniec, Marta Myszak, mgr Julia Kret, Barbara Gąsior, Zofia Zelek.
We wrześniu 1968 r. powstała świetlica „środowiskowa”, której kierownictwo objął Ryszard Kunc. Mimo trudności lokalowych chodziło do niej sporo młodzieży. Można tam było uczestniczyć w różnych zajęciach w ramach „Ogniska Prac Pozalekcyjnych”.
Wychowania muzycznego uczyła mnie najpierw pani Ewa Zaręba, a od klasy V do VIII mgr Ewa Węgrzyn. Będąc w najstarszej klasie występowaliśmy na akademiach szkolnych wraz z Piotrem Malikiem, który świetnie grał na pianinie, zaś jego starszy brat Andrzej na gitarze, od którego się wtedy wiele nauczyłem.
Z początkiem mojej edukacji w tutejszej szkole sala gimnastyczna znajdowała się w dawnej stacyjce kolejowej „Dąbie”, po której pozostał teraz tylko mały placyk. Z uwagi na jej niewielkie rozmiary, dopóki nie wybudowano nowej, dużej sali, zajęcia odbywały się również w starym skrzydle szkoły w korytarzu na parterze.
Na przełomie lat 60/70 Dąbie gwałtownie zmieniało swój wygląd. Małe, niekiedy kryte strzechą niebieskawe domki zostały wyburzone, a na ich miejscu powstawały nowe bloki i wieżowce, do których sprowadzały się rodziny z różnych dzielnic Krakowa i spoza miasta, najczęściej już z dziećmi w wieku szkolnym.
W szkole na piętrze funkcjonowała biblioteka z pokaźnym księgozbiorem. Począwszy od III klasy byłem tam dość częstym gościem, a pierwszą wypożyczoną książeczką był „Król Jęczmionek” Henryka Spaczila.
Po zaciemnieniu okien storami czasami wyświetlano nam w szkolnym korytarzu filmy przygodowe lub dydaktyczne na popularnym projektorze AP-14, 16 mm. Seanse często były przerywane z uwagi na wyeksploatowaną taśmę, która dość często pękała.
Oglądaliśmy też programy szkolne w TV, a kiedy przed ich rozpoczęciem pojawiała się plansza z zapowiedzią cyklu z fortepianowym podkładem muzycznym opartym na jakimś motywie z klasyki, gdy akurat nie było w pobliżu nauczycieli, ku zgorszeniu dziewcząt chłopcy nucili niekoniecznie pod nosem pewien wyjątkowo debilny tekst.
Na msze św. i na lekcje religii uczęszczaliśmy (kto chodził, to chodził) do kościoła pw. Św. Kazimierza. Po II Soborze Watykańskim pojawił się tam, jak wszędzie, nowy porządek mszy św. odprawianej w języku ojczystym.
Początkowo w latach 1967–69 najczęściej szło się na własnych nogach do pawilonu „Merkury”. Droga prowadziła pod wiaduktem skonstruowanym z drewnianych bali, które później zastąpiła nowa, betonowa konstrukcja.
Co najmniej dwa razy w roku chodziliśmy na grób 79 mieszkańców Dąbia pomordowanych przez hitlerowców dnia 15 stycznia 1945 roku, który zwykle sprzątaliśmy pod opieką Józefa Długosza, a następnie czyściliśmy granitowy nagrobek, malowaliśmy na czarno metalowe pręty ogrodzenia i paliliśmy znicze.
Przygotowując materiały o szkole na terenach dzisiejszej Nowej Huty i jej okolicach, w lutym 2010 r. trafiłem do Zespołu Szkół w Raciborowicach, gdzie Dyrektor mgr Joanna Karyś-Róg udostępniła mi tamtejszą kronikę szkolną.
Kiedy rok później przeglądałem stronę internetową Aldony Widłak „Dąbie – historia i teraźniejszość”, dotyczącą także miejscowej szkoły, spostrzegłem tam nazwisko jej wieloletniego kierownika – Stanisława Szarka, który pracował wcześniej w Raciborowicach.
Dzięki uprzejmości Dyrektora mgr inż. Iwony Janek z Gimnazjum nr 7 w Krakowie mogłem zapoznać się z bogatą kroniką szkolną (dawnej Szkoły Podstawowej nr 39 na Dąbiu) i wkrótce doszedłem do przekonania, że powinienem tej szkole poświęcić własne wspomnienia, ponieważ będąc absolwentem tej szkoły, miałem szczęście poznać tam wspaniałych Nauczycieli-Wychowawców.
Nie ulega wątpliwości, że ich praca, a w kilku przypadkach autentyczne powołanie do służby nauczycielskiej, zwłaszcza kadry przedwojennej, oparte było na solidnych fundamentach: na odpowiedzialności i szacunku do Człowieka, Rodziny i Ojczyzny.
Oni uczyli mnie, młodego człowieka starającego się niezdarnie znaleźć cel swojego życia, że zamiast dreptać w kółko zawężając świadomość, trzeba szukać odpowiedzi w konstrukcji własnego losu w harmonii ze światem; przyrodą i społeczeństwem, w pracy na rzecz dobra wspólnego i walki z własnymi słabościami.
Dziś wiem, że zawdzięczam im wiele, ale muszę to wyznać, że właściwie nigdy wcześniej, zwłaszcza kiedy Oni jeszcze żyli – nie umiałem im tego powiedzieć ani okazać.
Mogę wreszcie zaświadczyć, że Oni, zmuszając młody rozum do wysiłku poznawczego, uczyli tego, by samemu odważyć się myśleć!
Tego rodzaju kształcenie i wychowanie rozpoczyna się już od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole zaś tylko pogłębia, ale trwa i doskonali się przez całe życie.
Może tym wspomnieniem choć w małej części spłacę zaciągnięty u nich dług? Miarą satysfakcji będzie to, jeśli zechcą sięgnąć do nich młodsze pokolenia.
Niech przeczytają o cichych ludziach wielkiego formatu i honoru, dla których nie liczyły się zaszczyty, sława i zysk materialny, lecz najważniejszą rzeczą pod słońcem była pewna misja – chęć służenia innym i czynienia świata nieco lepszym.
Oryginalny wpis udostępniony za zgodą autora.
Od wielu lat wszędzie się reklamują serwisy genealogiczne, oferujące zbadanie autosomalnego DNA pod kątem przybliżonego dopasowania genetycznego. Niektóre serwisy dodatkowo oferują określenie panelu zdrowotnego, ale nie w każdym kraju serwis ten jest dostępny.
Jak to jest z tą dokładnością tych wyników, co nam dają w poszukiwaniach genealogicznych i czy warto w ogóle się w to bawić? Poniższa grafika pokazuje etniczność mojej mamy Danuty z czterech serwisów genealogicznych: MyHeritage, 23andMe, Ancestry i MyFTDNA. Niech Was nie zrażą różne języki, jako genealog skaczę po wszystkich możliwych platformach 😊
To, co się rzuca na pierwszy rzut oka, to brak spójności w regionach i procentach. I tu należy wyjaśnić, że im większy, bardziej popularny serwis, tym więcej próbek DNA zostało przebadanych, a co za tym idzie, można spodziewać się większej dokładności.Ale pamietajmy, to dane statystyczne, dają ogólny obraz, ale nie są dokładną odpowiedzią.
No to jakich wyników mogłam się spodziewać przed wykonaniem badania, bazując na tym, co wiem o rodzicach i dziadkach mamy. Troje dziadków mamy pochodziło ze szlachty podlaskiej, dziadek od strony jej mamy ze szlachty litewskiej.
Czyli wiadomo – Europejka z Europy Wschodniej, Bałtka, może wpływy niemieckie, bo dziadek Litwin. Choć wyniki są bardzo różne, dają ogólny obraz, jakich dopasowań genetycznych warto poszukiwać wśród tzw. genetycznego kuzynostwa, które wyświetla nam się w serwisach genealogicznych. Czasem, zanim znajdziemy dokumenty potwierdzające pochodzenie naszych przodków, warto na podstawie tych badań zawęzić obszar poszukiwań. No to pytanie, który serwis wybrać, gdy rozpoczynam przygodę z genealogią genetyczną. Jako Europejczyk zdecydowanie MyHeritage, dodatkowo uzupełniając informację w Ancestry, jeżeli chcemy więcej zainwestować w nasze hobby.
Po przeczytaniu artykułu: Bitwa Warszawska 1920 . Cud nad Wisłą. Listy żołnierza Armii Czerwonej do żony .
opublikowanego przez Onet, pomyślałam, że po latach poszukiwań wszelkich śladów i osób potwierdzających wydarzenia opisane w dziennikach mojego dziadka dr. Andrzeja Kosińskiego, nastąpił ten moment, by częścią tych treści podzielić się z osobami zainteresowanymi żywą historią.
Powyższy artykuł został napisany na podstawie „Karta” 103/2020, w którym jednym z tematów jest Łazar Gindin, Stefan Pieńkowski, Zygmunt Zakrzewski, „Lato 1920: ze środka wojny” - listy lekarza Armii Czerwonej do żony; wspomnienia Polaka, który jako siedmiolatek obserwował najazd bolszewicki; bitwa warszawska w dzienniku polskiego ochotnika.
https://ksiegarnia.karta.org.pl/produkt/karta-103-2020/
Listy Łazar Gindin uzupełniły historię spisaną przez dziadka ponad 100 lat temu.
Fragmenty poniżej zachowane są w oryginalnej pisowni i dotyczą, krótkiego okresu, gdy dr. Andrzej Kosiński został Naczelnym Lekarzem Garnizonu w Rembertowie.
Byłem znów w Szpitalu, aby nic nie robić, lecz tylko patrzeć na cudzą pracę. Na moje szczęście nie byłem w Szpitalu i pół godziny, jak zostałem wezwany do Szefa Sanitarnego z poleceniem wstawić się natychmiast. Po asocjacji wspomniałem, iż w 1915-m roku też byłem przydzielony do rezerwy, za parę dni dostałem przydział na kilka dni, a zatem stały przydział - może i teraz tak będzie. Nie omyliłem się w swym przypuszczeniu, bo dostałem tymczasowy przydział na 10-12 dni, po którym mam dostać stały. Jestem wyznaczony Naczelnym Lekarzem Garnizonu w Rembertowie, celem doprowadzenia Garnizonu do stanu sanitarnego. W Rembertowie stacjonuje artylerja i jest obóz jeńców.
Zabrałem rano u krawca ubranie i płaszcz, przebrałem się i pojechałem do Rembertowa, gdzie zameldowałem się w dowództwie garnizonu i prosiłem o mieszkanie. Dowódca oznajmił mi, że mieszkania dać mi niemoże z braku tegoż i proponuje mi codzienne przyjeżdżać z Warszawy na co bezwarunkowo zgodziłem się i po rozmowie z Dowódcą wróciłem do Warszawy.
Wstałem o 6-tej , aby wyjechać do Rembertowa o 7 m.30. W Rembertowie wyznaczyłem godziny przyjęć od 11 m.30 do 2-ej. Dziś rozpocząłem pracę: przyjąłem chorych, zbadałem znajdujących się w Izbie Chorych, przeprowadziłem inspekcję kancelarji, odwiedziłem chorych oficerów i rodziny oraz zapoznałem się z obozem jeńców.
W Rembertowie jeńcy są umieszczane w 6-iu barakach w ilości 1800 ludzi. Z 6-iu baraków tylko 2-a zimowe, dobrze podbudowane i posiadają piece, a 4-e są letnie: bardzo zimne, w dachach i ścianach moc dziur. Lekarz por. Brocki, zarządzający barakami jest obecnie chory, a zastępuje go lekarz-jeniec, z zarządzeniami, którego nikt nie znajduje potrzebnym liczyć się. W barakach naogół znalazłem ład i porządek, a jeńcy rozlokowani są dość lużnie, ale śpią na gołych deskach, bo słomy im dotychczas nie wydano. Porcja żywnościowa jeńca równa się ½ porcji naszego żołnierza. Trzy razy tygodniowo mają łaźnię podczas której przeprowadza się odkażenie ubrania, bielizny i baraków. Zawezwałem do siebie zarządzającego łaźnią i kazałem w tym tygodniu i przyszłym przeprowadzić kąpiel i odkażenie 4-e razy tygodniowo, ale pod rygorem, aby wszyscy jeńcy były wykąpane i odkażone oraz ostrzyżone maszynką, ponieważ jeńcy straszniejsze dla nas obecnie niż były w polu – epidemja może zmasakrować nie tylko ich, ale i nas. Dowiedziawszy się, iż wśród jeńców jest 3-ch lekarzy, zawezwałem ich do siebie i rozmówiłem się z nimi jako z kolegami, kazałem im wydać sienniki z izby chorych i polepszyć utrzymanie. Widziałem, iż zrobiłem im wielką przyjemność tem, iż traktowałem ich jako lekarzy-kolegów. Jestem szczerze zadowolony, że choć na chwilę dałem im możność zapomnieć, że są jeńcami, żuconymi na łaskę i niełaskę dozorców. Mam zamiar dać im możność pracować zawodowo w obozie. O zimnych barakach niezwłocznie wysłałem meldunek do Szefa San. Zaznaczając, iż jeśli jeńcy rozpoczną chorować, to zapchają nam wszystkie szpitale. Zwiedzając baraki, zwróciłem uwagę na to, że jeńcy zachowują rygor wojskowy: salutują oficerów polskich, a gdy oficer wchodzi do baraku podają komendę „Baczność – smirno, wstat“ , jak za czasów armji carskiej.
Od 12.X - 14.X.1920 w Warszawie odbywał się strajk kolejarzy, przez te kilka dni dziadek nie miał możliwości dojechać do pracy…
Wyjechałem rano do Rembertowa kolejką na Gosławek z jakimś dziwnym przeczuciem…nieprzyjemności. Z Gosławka musiałem iść piechotą do Rembertowa 3 klm, ale nie uszedłem i kilometra, jak spotkałem podchoronżego , komendanta łaźni w Rembertowie, który wręczył mi rozkaz stawienia się u Szefa Sanitarnego o godz. 9 m.30, Wróciłem do Gosławka i o godz 14-ej byłem u Szefa. Przyjął mnie mjr. Stefanowicz, którego znałem z Kijowa i który był u nas w Centralii Pracowników na cukrowniach skarbnikiem. Stefanowicz rozpoczął mi robić zarzuty, że w garnizonie nie są wykonane rozkazy od marca i kwietnia, że stan sanitarny obozu jeńców jest opłakany iże Szef Sanitarny grozi oddaniem mnie pod sąd. Odparłem mu, że kilka dni nie mogę doprowadzić wszystkiego do należytego porządku, że meldowałem o stanie garnizonu i obozu i że za niechlujstwo poprzedników oraz bezczynność Szefostwa odpowiadać nie będę i żądam przedstawienia mnie do raportu do Szefa. Szefowi San. powtórzyłem to samo, co mówiłem Stefanowiczowi, ale Szef żucał się i nie słuchając mnie groził bez przerwy i sensu sądem, aż podniosłem głos żądając oddania mnie pod sąd, , aby przed sądem mogłem powiedzieć to, czego nie chce wysłuchać generał, a jednocześnie wyjaśnić czyja wina, iż stan garnizonu jest poniżej krytyki. Na moje żądanie gen. Religioni od razu uspokoił się i zmienił ton, w którym nie było już groźby, a prośba o doprowadzeniu garnizonu do ładu w najbliższym czasie za co on mi ułatwi wyjazd na front lub otrzymanie dobrego przydziału. Taka zmiana w generale wydała mi się bardzo niesmaczną - starszy i zwala może swoją winę na podwładnego, a kiedy podwładny staje sztorca, to prosi go o załatwienie sprawy, prawie o pomoc. Podczas mojej rozmowy z Szefem, mjr. Stefanowicz dostał meldunek z jakiegoś szpitala, że z Rembertowa został dostarczony jeniec chory na cholerę. Natychmiast udałem się do Rembertowa i stwierdziłem na miejscu, że nie tylko cholerycznego, ale wogóle chorego nie wysłali do szpitala już od kilku dni. O przeprowadzonym dochodzeniu wysyłałem depeszę do Szefa. Noc spędziłem w Izbie Chorych, ponieważ pociągu do Warszawy nie miałem.
Pracę rozpoczołem o godz. 8-ej w kancelarji. Napisałem rozkaz do d-wa obozu jeńców, aby był postawiony stały posterunek przy studni celem usunięcia kożystania z brudnej wody, wyznaczyłem d-ra Inginsa, jeńca, do zarządzania ogólnym stanem sanitarnym obozu i do pełnienia obowiązków chorego d-ra Brodskiego, d-wi jeńcowi Gindinu poleciłem prowadzić ambulatorjum i izbę chorych, a d-wi jeńcowi Tenkinu poleciłem kontrol nad łaźnią, odwszaniem i dezynfekcją oraz zarządziłem rozpocząć niezwłoczne szczepienie jeńców przeciw cholerze, tyfusowi i czerwonce, zapotrzebowałem słomy do izby chorych obozu, poleciłem wszystkim oddziałom garnizonu mieć stale przegotowaną wodę do picia i śledzić, aby żołnierzy i jeńcy nie pili surowej wody pod osobistą odpowiedzialnością d-ców oddziałów, kazałem 5-y tygodniowo mieć łaźnię dla jeńców i przeprowadzać ścisłą dezynfekcję ubrań, bielizny i lokali podczas kąpieli, zapotrzebowałem szczotki i wiadra do mycia podłogi w barakach, które dotychczas nigdy nie były myte, wyznaczyłem starszych w barakach z pośród jeńców, którzy musieli pilnować ładu i porządku i wyznaczać dyżury. Napisałem o powyższych rozporządzeniach do Szefa Sanitarnego oraz złożyłem wyczerpujący meldunek o rzekomym wypadku cholery, którego jak stwierdziłem na miejscu, nie było, prosząc o polecenie szpitalom przyjmować chorych jeńców, ponieważ mam przepełnioną izbę chorych i nawet poczekalnię, wysłałem meldunek o stanie baraków i curiculum vitae lekarzy-jeńców o istnieniu których szefostwo nawet nie wiedziało. O 12-ej wyznaczyłem odprawę lekarzy garnizonu, zapraszając na nią poza lekarzami wojskowymi , lekarza ppor. Czarneckiego z 8 p.a.c. , lekarzy-jeńców, zarządzającego dezynfekcją urzędnika Sokala, komendanta łaźni i przeczytawszy im zaległe rozkazy poleciłem natychmiast je wykonać, zaznaczając, iż za niewykonanie będę nie tylko karać swoją władzą, ale będę meldować do Szefostwa. Po odprawie odwiedziłem chorych w izbie chorych i zbadałem kilku chorych ambulatoryjnych. O 14-ej wyjechałem do Warszawy z bólem głowy i zdaje się z odnowioną malarją.
Udałem się do Rembertowa, gdzie stwierdziłem, iż mój rozkaz o posterunku przy studni nie jest wykonany o czem musiałem zameldować do Szefostwa. Wstąpiłem do izby chorych i do chorej żony jakiegoś urzędnika wojskowego i wróciłem do Warszawy, gdzie wieczór spędziłem z książką.
Dziś ogólny strajk protestujący przeciw wprowadzeniu instytucji prawodawczej - Senatu. Faktycznie odczuwa się tylko strajk tramwai, bo światło jest, woda też,sklepy i restauracji otwarte, urzędy państwowe i prywatne czynne. Zawdzięczając strajku tramwai musiałem piechotą sypać na dworzec Brześćski i spóźniłem się na pociąg, a mając poważną pracę w Rembertowie ruszyłem tam piechotą. (…) W izbie chorych zameldowano mi, iż dziś ma przyjechać brat lekarza garnizowanego, którego czasowo zastępuję. Za parę chwil zjawił się kpt. Milikowski wręczając mi rozkaz, że jest przydzielony na miejsce swego brata, a tem samem na moje czasowe miejsce. Jednocześnie doręczył mi rozkaz Szefa, iż pozostaję narazie Naczelnym Lekarzem obozu jeńców do czasu przeniesienia obozu z Rembertowa. Oczywiście taki przydział nie bardzo mi zasmakował i postanowiłem udać się do Szefostwa z prośbą zwolnić mnie z tego stanowiska. Do Warszawy wróciłem ponownie piechotą i o 14 m.30 byłem u Szefa, ale Szef już zwiał do domu. Skierowałem się do kpt. Baranowskiego meldując mu, iż na moje miejsce do Rembertowa przybył kpt. Milikowski. Baranowski powiedział mi, iż zrobił to celowo, by dać mi przydział do pułku artylerji najcięższej, ale szef sanitarny gen. Reglioni nie podpisał przydziału, mówiąc , iż prosi mnie narazie pozostać w Rembertowie i doprowadzić obóz jeńców do pełnego porządku. Zdziwiła mnie ta prośba po zagrożeniu parę dni temu sądem i spytałem Baranowskiego : „ A jakże sąd! „ - „ Et, niech kolega nie zwraca uwagi na gadanie starego. On sam teraz mówi,że kolega nie jest winien zupełnie „. Od Baranowskiego wstąpiłem do Stefanowicza po instrukcje co do obozu jeńców i jeszcze raz usłyszałem, że generał zmienił zdanie i prosił przeprosić, iż bezpodstawnie wpadł na mnie.
Dziś mam w Rembertowie komisję sanitarną, którą chciałem zepchnąć na kpt. Milikowskiego, ale on jeszcze nie objął garnizonu i musiałem przewodniczyć komisji. Komisja rozpoczęła pracę o 9-ej i pracowała do13-ej. Podczas inspekcji robiłem notatki, aby po komisji napisać dokładny meldunek. Dziś niestety nie mogłem zakończyć inspekcji, bo dużo mi zabrał czasu zdechły wół z obory, którą zarządza urzędnik wojskowy Zawadzki. Wypadek z wołem przedstawia się tak, wół zdechł, ale Zawadzki zamiast zakopać go, jak wymaga tego przepis, postanowił zarobić na padlinie i kazał poczwartować go, aby sprzedać mięso. Nie powiodło się Zawadzkiemu, bo jak raz podczas czwartowania nadeszła komisja i sporządziła protokół oraz przeprowadziła dochodzenie, które wykazało, iż już nie pierwszy raz padlina idzie na rynek. Rozkazałem woła zakopać niezwłocznie, oblewając naftą, o wypadku wysłałem kurjerem meldunek i prośbę o niezwłoczne aresztowanie Zawadzkiego, co Szef i zarządził. Po komisji poszedłem do ambulatorjum obozu, gdzie spędziłem czas do pociągu z d-rem Inginsem.
Dziś w dalszym ciągu przeprowadziłem inspekcję i o 12-ej skończyłem pracę, po której napisałem protokół inspekcji i wysłałem do Szefa. Mając czas do pociągu wstąpiłem do izby chorych, przyjąłem chorych i udałem się do chorego oficera francuskiego , wykładowcy w Szkole Aplikacyjnej Piechoty, mj-a Combour`a, u którego stwierdziłem tyfus plamisty. Wysłałem majora natychmiast do szpitala, a komendantowi kolumny dezynfekcyjnej Sokalowi poleciłem przeprowadzić niezwłocznie odkażenie pokoju i rzeczy majora. U drugiego oficera francuskiego stwierdziłem malarję i na jego prośbę pozostawiłem go w mieszkaniu , zapisując mu kurację. Opowiadał mi później Sokol, że francuzki pułkownik bardzo był zdziwiony, że u nas tak szybko Przeprowadzają się zarządzenia w walce z chorobami zakaźnemi. Dowiedziałem się też od Sokola, że był w Rembertowie gen. Religioni i przyznał się w obecności wszystkich, że w Rembertowie nie było cholery i to napróżno tylko był podniesiony alarm. Nie rozumiem - narobił hałasu, awantur, wysłać całą komisję do badania, posłać bakterjologów, grozić sądem, a ostatecznie dowiedzieć się że chory nie był z Rembertowa - czyż nie lepiej było rozpocząć od tego ostatniego.
Wysłałem do Szefa wniosek w sprawie zarządzeń sanitarnych: przydzielenie do każdego budynku koszarowego i kuchni specjalnych sanitarjuszy, którzy będą odpowiedzialni za wykonanie przepisów sanitarnych, polecenie oddziałom całego D.O.G. mieć wodę przegotowaną do picia. O 20-ej wróciłem do Warszawy.
Rano zostałem wezwany do Szefa San. i dostałem polecenie przeprowadzić opis wszystkich chorych na cholerę, znajdujących się w Szpitalach w Warszawie z ustaleniem z jakiego oddziału lub obozu pochodzi i czy zachorował w obozie czy poza obozem lub oddziałem. Dostałem od zastępcy Szefa płk. Ruperta samochód i pojechałem do Szpitali - cholerycznych znalazłem tylko na Czerniachowskiej i w Grochowie, a zbałamuciłem cały dzień gdy to samo można było załatwić telefonicznie w godzinę lub dwie. Powracając do domu spotkałem się z Marjanem Radeckim i wstąpiłem z nim na kolację do Bristolu. Umówiliśmy się spędzić niedzielę razem, ale wydaje się mi, iż z tego będą nici, bo przy moim nastroju trudno cały dzień nic nie robić.
Wstałem o 6-ej, aby wyjechać do Rembertowa, wstąpić do niektórych oddziałów i szpitali celem osttecznego ustalenia cholery. Ustaliłem, iż z Rembertowa nie było chorych na cholerę, jak nie było ich i z oddziałów wojskowych garnizonu. Wykaz cholerycznych w/g wzoru danego mi przesłałem Szefowi. Z braku cholery w Rembertowie obóz jeńców tutejszy ma być przeniesiony do Różan, a z przeniesieniem go dostanę inny przydział. Dziś wieczorem do Różan wysyłam 400 jeńców i dwóch lekarzy jeńców, jutro rano odejdą ostatnie jeńcy i pozostanie w Rembertowie tylko d-wo obozu, jeden lekarz-jeniec i 5-iu sanitarjuszy, którzy za parę dni też pojadą do Różan. W dniu dzisiejszym kończę moją pracę w Rembertowie i moje spacery tu. Przed wyjazdem wstąpiłem do d-wa garnizonu po swoje papiery, zatrzymałem się tam do 12-ej i nie czekając na pociąg wróciłem do Warszawy piechotą. W Warszawie złożyłem Szefowi meldunek o likwidacji obozu jeńców i o wypadkach cholery, zaznaczając, iż w Rembertowie cholery nie było, na co otrzymałem odpowiedź: „Wiem że w Rembertowie nie było cholery“. Mało nie zapytałem generała: „Po cóż straciłem dwa dni i nie czuje nóg pod sobą, jeśli i bez tego generał wiedział, iż cholery u mnie w garnizonie nie ma”. Otrzymałem polecenie złożyć wyczerpujący meldunek na piśmie, a po przedział zwrócić się do kpt. Baranowskiego. Baranowski powiedział mi, abym przyszedł po przydział w poniedziałek. Do poniedziałku jestem wolny i mogę odpoczywać dwa dni, nie myśląc o cholerze i nie latając w poszukiwaniu jej.
Blisko 2 tygodnie ciężkiej pracy, by człowiek miał godne warunki, niezależnie od tego po której stronie wojny polsko-bolszewickiej się znalazł. Dr. Andrzej Kosiński pokazał swoją postawą i zaangażowaniem jak ważne jest, by nie zapominać o człowieczeństwie, nie kierować się nienawiścią, nietolerancją czy uprzedzeniami.
Babcia Ira, dla mnie i mojego brata, macocha, która przyjęła rolę mamy dla mojego taty, kochająca, druga żona dla mojego dziadka Czesia, to prywatnie. Zawodowo dziennikarka, korespondentka, bibliotekarka, wykładowca, wiele wcieleń, jedna osoba. Napisano o niej liczne prace dyplomowe, magisterskie, publikacje. Opowieść o niej rozpocznę przytoczeniem życiorysu, napisanego przez nią samą.
|
| Irena Bar-Święch – archiwum prywatne |
Życiorys docent dr. hab. Ireny Bar-Święch
Urodziłam się 21 stycznia 1909 r. w Boguchwale , woj. rzeszowskie . Moimi rodzicami byli Helena z Suszyckich i inż. Wincenty Turowski. Ukończyłam Gimnazjum Państwowe w Kielcach w 1926 r. i zaczęłam studia w Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydziale filozoficznym w zakresie filologii polskiej, zakończone dnia 27 czerwca 1930 r. stopniem magistra filozofii.
Moimi profesorami byli: Stanisław Windakiewicz , Ignacy Chrzanowski , Kazimierz Witech , Władysław Folkierski , Roman Dyboski , Aleksander Semkowicz , Wacław Sobieski oraz Witold Taszycki .
Szczególnie wiele zawdzięczam prof. I. Chrzanowskiemu w dziedzinie metodyki badań naukowych i zainteresowań epoką stanisławowską. Już w czasie studiów ogłosiłam szereg artykułów źródłowych w czasopismach „Silva Rerum”, „Ruch Literacki” i „Pamiętnik Literacki”, zajmując zagadnienia na tle porównawczo-źródłowym, dzięki czemu udało mi się ustalić źródła powieści „Wschodnich” Ignacego Krasickiego oraz odkryć autorstwo „Wschodnich opowiadań” J. U. Niemcewicza, który był tylko tłumaczem, gdyż utwory są pióra Jana Potockiego.
W lutym 1933 r. uzyskałam w Uniwersytecie Jagiellońskim stopień doktora filozofii, a moja dysertacja pt. „Zabawy Przyjemne i Pożyteczne 1770–1777” (Kraków 1933) była drukowana jako nr 40 Prac Historyczno-Literackich wydanych z zasiłku Min. WRiOP.
Od 1 września 1930 r. zaczęłam pracę kontraktową w Bibliotece Jagiellońskiej. W 1932 r. wyszłam za mąż za dr. Adama Bara, pracownika tejże Biblioteki, literata i bibliografa.
Do wybuchu II wojny światowej przeszłam w Bibliotece Jagiellońskiej wszystkie oddziały i zapoznałam się ze wszystkimi rodzajami pracy. W 1935 r. zdałam państwowy egzamin bibliotekarski I kat. w Min. WRiOP. W tym okresie opublikowałam szereg artykułów na podstawie rękopisów, m.in. „Zapomniany orientalista polski w pięćdziesiątą rocznicę zgonu Wojciecha Kazimierskiego” (1937).
W tym okresie byłam korespondentem kulturalnym Pol. Agencji Telegraficznej PAT w Krakowie i odbyłam też szereg podróży zagranicznych do Włoch, Grecji, Turcji, Belgii, Hiszpanii i krajów skandynawskich. W czasie tych podróży miałam okazję zapoznać się z organizacją bibliotek naukowych oraz problemami kształcenia bibliotekarzy.
W okresie okupacji również pracowałam w Bibliotece Jagiellońskiej i wraz z moim mężem, dr. Adamem Barem, głównym redaktorem podziemnego „Dziennika Polskiego”, pisałam szereg artykułów do tego pisma, kompletowałam prasę podziemną wszelkich ugrupowań. Po śmierci mego męża prasę przekazałam Bibliotece Jagiellońskiej.
Zbiór ten pochodził z trzech źródeł:
Po wyzwoleniu Krakowa, pracując nadal w Bibliotece Jagiellońskiej, z dniem 1.X.1946 r. zostałam powołana na wykładowcę bibliotekarstwa i bibliografii w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Krakowie i prowadziłam wykłady aż do likwidacji tej uczelni w 1950 r. W latach 1949–1954 byłam też współpracownikiem Krakowskiej Pracowni Bibliograficznej IBL.
Przebieg pracy w Bibliotece Jagiellońskiej
01.IX.1930 – 31.VIII.1931 — pracownik kontraktowy IX gr. up. z etatu dr. Birkenmajera na rocznym urlopie.
01.IX.1931 – 31.VIII.1939 — kontraktowa siła pomocnicza, płatna 100 zł z Funduszu Ministerstwa WRiOP, na katalogowanie druków zbędnych.
15.VII.1940 – 31.VII.1944 — okupacja, wynagrodzenie 320 zł.
22.I.1945 – 31.I.1946 — pracownik kontraktowy XII gr. up.
01.II.1946 – 30.IX.1950 — asystent prowadzący w VI gr. up.
01.X.1950 – 08.II.1954 — bibliotekarz V gr. up.
09.II.1954 — tytuł naukowy kustosza IV gr. up.
01.VI.1956 — kustosz służby bibliotecznej.
01.II.1962 — kustosz dyplomowany.
01.VIII.1967 — starszy kustosz dyplomowany.
