Wspomnienia te są powrotem do rodzinnej przeszłości, a zarazem próbą ocalenia od zapomnienia ludzi, miejsc i wydarzeń, które przez lata pozostawały żywe w pamięci autorki. Punktem wyjścia staje się Boguchwała – miejsce jej urodzenia i pierwszych lat dzieciństwa, silnie związane z rodziną Suszyckich oraz majątkiem, który Zenon Turczynowicz-Suszycki przekazał Polskiej Akademii Umiejętności.
Autorka przywołuje postać swojego chrzestnego ojca i stryjecznego dziadka Zenona Suszyckiego, jego żony Wandy oraz kolejnych pokoleń rodziny. Opowiada o ich życiu, pracy, majątku w Boguchwale, a także o wydarzeniach, które naznaczyły losy bliskich - od powstania styczniowego i emigracji, przez rozwój przemysłu naftowego, aż po dramatyczne doświadczenia obu wojen światowych. Szczególne miejsce zajmuje historia rodzinna przekazywana w opowieściach i zachowana w dokumentach, fotografiach oraz rodzinnych pamiątkach.
Ważnym elementem tej opowieści jest również pamięć o Boguchwale, która powraca do Ireny Bar-Święch w różnych momentach życia. Mimo upływu lat spotyka ona ludzi związanych z miejscem swojego dzieciństwa, odkrywa kolejne informacje o rodzinie i podejmuje próby zachowania jej historii. Wspomnienia pokazują więc, że przeszłość nie pozostaje zamkniętym rozdziałem, potrafi niespodziewanie powracać poprzez ludzi, dokumenty, rodzinne historie i przypadkowe spotkania.
Boguchwała
Przerwałam pisanie wspomnień, ale uważam, że powinnam je kontynuować, skłania mnie do tego wyczytany w Dzienniku Polskim z 21.XI 1989 r. artykuł prof. Józefa Buszki, który przedstawia katastrofalny stan finansowy PAU Oddział w Krakowie, zmuszony zawiesić dwadzieścia kilka swych wydawnictw patriotycznych z braku funduszy, wspominając, że w okresie międzywojennym PAU w Krakowie był zamożną instytucją, posiadał trzy majątki ziemskie.
Małopolska Biblioteka Cyfrowa
Jednym z tych majątków, była właśnie Boguchwała! Ta z folwarkiem Lutoryż. Mój chrzestny Ojciec, a stryjeczny dziadek Zenon Turczynowicz Suszycki zmarł 11 maja 1912 roku, testamentem zapisał Boguchwałę i Lutoryż PAU Umiejętności, jako jedynej, ogólnopolskiej instytucji pod zaborami. Boguchwałą administrował w latach 1907–1913 mój Ojciec Wincenty Turowski, który skończył Wydział Rolny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ożenił się z bratanicą Zenona Suszyckiego Heleną, córką Adama Suszyckiego, inżyniera kolejowego w Mińsku Litewskim i Marii Kordula Markiewicz.
Kolejnym administratorem Boguchwały był Wacław Pasterczyk (1914–1926), który został podstępnie zamordowany przez mieszkańca Boguchwały za zajęcie krowy, która weszła w „pańską” łąkę. Podejrzenie padło na Karola Angermana, o czym szerzej informowały gazety, a rozpisywał się także tygodnik Detektyw.
Trzecim kolejnym administratorem wyznaczonym przez PAU był Teodor Marchlewski, zootechnik, docent, który po II-giej wojnie światowej był rektorem UJ w PRL, może nie tyle dzięki swej wiedzy, ile pamięci stryja Juliana, Marchlewskiego, bożyszcza polskiej lewicy. Teodor Marchlewski wsławił się w Boguchwale hodowlą doświadczalną baranów, co przyniosło wiele strat, tak twierdziło wielu rzeczoznawców. Z Boguchwałą wiązały mnie bliskie, uczuciowe stosunki, jakoż miejscem urodzenia i wczesnymi latami dzieciństwa, a tak się złożyło, że los po wielu latach sprawił, że ludzie z tej wsi, spotkani przypadkiem, wyświadczyli mi wiele dobrego.
Zaczynając pisać mój kalejdoskop wspomnień, chciałam oprzeć się nie tylko na własnej pamięci, wrażeń z lat dziecięcych, ale na dokumentach i w tym celu zwróciłam się do Instytutu Historii PAN w Krakowie o przesłanie mi danych o moim Dziaduniu Zenonie Suszyckim i jego żonie Wandzie. Dnia 11 XII 1986 r. otrzymałam odpowiedź z Redakcji Polskiego Słownika Biograficznego, że nie mają żadnych danych, przesłano mi natomiast kserograficzną odbitkę z tegoż słownika z życiorysem Klaudiusza Angermana, życiorysem nawiasem mówiąc bardzo pobieżnym, więc w trakcie pisania tych wspomnień będę starała się go uzupełnić.
Informację o moim Dziadku otrzymałam dzięki pomocy mej koleżanki – bibliotekarki pani dr Zofii Sokół, a także miejscowego proboszcza ks. Pelca, przesłałam te dane do redakcji PSB.
W kaplicy cmentarnej w Boguchwale, w krypcie, gdzie spoczywają prochy rodziny Straszewskich, poprzednich właścicieli Boguchwały, znajduje się płyta z następującym napisem:
„Tu spoczywają zwłoki ś.p. Zenona Turczynowicz-Suszyckiego ur. 8 XII 1840 r. w Juliampolu na Litwie, uczestnika walk o wolność Ojczyzny 1863, absolwenta Uniwersytetu w Moskwie i inżynieryjnej École des Mines, obrońcy bastionów Paryża w 1870 roku, pioniera przemysłu naftowego, dyrektora szkoły wiertniczej, właściciela na Boguchwale i Lutoryżu – wierny syn Kościoła i Ziemi Ojczystej zasnął w Panu dnia 11 maja 1912 roku, nieutulona w żalu żona prosi o pamięć i westchnienie do Boga.“
Dziś tablica wygląda inaczej, źródło Wikipedia
Nad tablicą umieszczoną po prawej stronie ołtarza kaplicy, umieszczony herb: na czerwonym polu srebrna strzała, u góry srebrny szyszak korona, a na nim lisek z pocieszną mordką. Herb ten, to Kownia.
Babcia opisała herb Lis, mając wiedzę, że herb rodzinny to Kownia. Popatrzmy jak te herby wyglądają, źródło w linkach.
Czy to pomyłka kamieniarza, czy na Litwie jako odgałęzienie dość licznego rodu Turczynowicz Suszycki w tradycyjnym herbie Kownia zamiast pióropusza umieszczono w półspiętego lisa, tego już się nie dowiemy. Bardzo prawdopodobne, że wersja druga jest prawdziwa, a kamieniarz usłyszał lis w herbie i wyszło niezgodnie z prawdą.
Do tej nagrobnej, lakonicznej informacji należy dodać rodzinny przekaz. Otóż Zenon Suszycki mając 23 lata porzuca studia politechniczne Uniwersytetu Moskiewskiego, w 1863 r. bierze udział w powstaniu, ranny na Litwie w nogę, przez kilka miesięcy jest ukrywany w dzwonnicy przez grecko-katolickiego księdza. Gdy częste wizyty księdza do dzwonnicy zaczęły budzić zainteresowanie miejscowej ludności, Zenon Suszycki przy pomocy księżnej Czartoryskiej udaje się do Paryża, podróżuje jako foryś, pomocnik stangreta. Dzięki Czartoryskim kończy studia inżynieryjne w École des Mines w Paryżu.
W 1870 r. bierze udział w walkach z Prusakami na bastionach Paryża, przeżywając wielomiesięczne oblężenie i głód, podczas którego pożywieniem były nawet szczury. W latach osiemdziesiątych powraca Zenon Suszycki do Galicji, a jako specjalista inżynier-górnik rozpoczyna poszukiwania złóż naftowych, uwieńczone sukcesem nabytej kopalni w Bóbrce. W krótkim czasie zdobywa fortunę, kupuje willę z dużym ogrodem w Jaśle, a następnie w wyniku licytacji nabywa majątek Boguchwała koło Rzeszowa. Ożenił się z piękną, chociaż zupełnie biedną panną Wandą Zawadzką.
|
| Zenon i Wanda archiwum prywatne |
Małżeństwo okazało się bezdzietne, wobec tego Suszyccy adoptowali wziętą z sierocińca dziewczynkę Marię – bardzo ładną, niestety po przebytej ospie. Twarzyczka cioci Marysi została na zawsze zeszpecona, ale pozostała niezwykła dobroć serca i duża inteligencja. Maniusia rychło wyszła za mąż za znajomego i przyjaciela Zenona Suszyckiego, również inżyniera naftowca, Klaudiusza Angermana, którego życiorys podaje PSB – t. IX, 112–113.
Do tej biografii mogę dodać, że ożeniwszy się z adoptowaną córką Suszyckich Marią otrzymał w posagu 200 tys. koron austriackich oraz kawał gruntu zasobnego w glinkę kaolinową blisko stacji Boguchwała, co wykorzystał budując cegielnię, a także okazałą willę, w której zamieszkała rodzina Angermanów już po śmierci Zenona Suszyckiego. Poślubiając Marię Klaudiusz był wdowcem po Marii Katarzyna Barbara Nennel (1871-1896) mającym trójkę dzieci: syna Sławka Klaudiusz Andrzej (1895-1955) i dwie córki, Marylkę (1891-1979), która jako młoda dziewczyna zachorowała na schizofrenię, leczono ją bezskutecznie w Krakowskiej klinice prof. Riltza, niestety po II-ej wojnie światowej odebrała sobie życie. patrząc na daty przy Maryli coś się nie zgadza Sławek był inżynierem, a siostra jego i Marylki, Jadwiga (1894-1975), skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i uczyła rysunków w krakowskich gimnazjach. Znałam ją bardzo dobrze i często odwiedzałam, razem byłyśmy parę razy w Boguchwale jeszcze za życia babci Wandy Suszyckiej w późniejszych latach, bywając również u cioci Marii Angermanowej (1878-1944), osoby zawsze serdecznej i pogodnej. Była matką trzech chłopców: Karola (zwanego Lolkiem), który po skończeniu Politechniki we Lwowie był inżynierem w jednej z hut na Śląsku, drugi syn cioci Marii Zenek był moim rówieśnikiem, zmarł nie doczekawszy pełnoletności, trzeci Władysław urodził się po śmierci ojca, który zmarł nagle 11 XI 1922 r. na dworcu kolejowym w Nowym Sączu, mając 61 lat. Domysły snuto na temat tej śmierci różne, podając jako powód m.in. otrucie. Pochowany został pod cmentarną kaplicą w Boguchwale. Najmłodszy syn Włodzio, inżynier, dotąd mieszka z żoną w Boguchwale w willi Angermanów.
dzieci z Marią Weiss, córki Jakuba i Salomei Feliga, było czworo Jarosław (1898-1955), Karol Zenon (1900-1979), Zenon Wiktor (1908-1942), Władysław (1918-1998)
Wanda Suszycka zmarła 3 lipca 1921 roku, pochowana w kaplicy cmentarnej. W okresie zaduszków w 1928 roku byłam w Boguchwale odwiedzić groby Dziadków. Brama do podziemi z żelaznych sztab wykuta była uchylona, zeszłam na dół i jakże żałosny ujrzałam widok: stojące na żelaznych podporach metalowe trumny obojga mych chrzestnych rodziców bez śladu świateł, bez jednej gałązki jedliny, a trumna babci Wandzi była mocno przechylona, gdyż żelazną podporę przeżarła rdza. Betonową podłogę zaścielały pożółkłe liście, które przez rozchyloną bramę przypędził wiatr. Zamiotłam podłogę, zapaliłam znicze i pomyślałam, że najbiedniejsza, chłopska mogiła boguchwalskiego cmentarza była przystrojona, a tymczasem nikt nie starał się o grób dawnych dziedziców, a tym mniej zadbał o to Zarząd Fundacji Suszyckich, nikt nie zatroszczył się z Polskiej Akademii Umiejętności, a przecież od śmierci Wandy Suszyckiej minęło niespełna osiem lat. Po mym powrocie do Krakowa poszłam na Sławkowską, do Prezesa PAU prof. Stanisława Kutrzeby z prośbą, by zadbali o trumny swych dobrodziei.
Nie była to moja pierwsza wizyta w PAU u prof. St. Kutrzeby. Po raz drugi wybrałam się interweniować w sprawie stryjecznego brata mej Mamy Ziuka Suszyckiego, syna Wiktora. Ziuk, tj. Józef Suszycki, wraz ze swoją matką przedostał się przez zieloną granicę z ZSRR po stracie swojego Ojca i zlikwidowaniu przez bolszewików majątku w Kijowszczyźnie. Ziuk chciał studiować na Wydziale Elektrycznym w Politechnice Warszawskiej, nie mając środków materialnych, a wiedział od mej Mamy, że Dziadek Zenon Suszycki zapisując Boguchwałę PAU zostawił legat dla tych członków rodziny, którzy będą studiować technikę lub rolnictwo. Ziuk napisał podanie do PAU, które zostawało bez odpowiedzi. Dopiero na moją interwencję prof. Kutrzeba stękając oświadczył, że „Boguchwała przynosi małe dochody”, ale przyznał owo stypendium w wysokości od 150 do 200 zł miesięcznie. Ziuk skończył Politechnikę w Warszawie z odznaczeniem, zdobył też stypendium zagraniczne na studia w Paryżu, ale już z tego nie skorzystał, bo jadąc autem wpadł w poślizg, zginął na miejscu, a matka jego, która doznała wielu obrażeń, zmarła nieświadoma śmierci swego jedynaka.
Nie wiem, czy z tego powodu moja Mama nigdy nie ponawiała zabiegów o boguchwalskie stypendium dla mojego brata Janka, który również studiował na Politechnice w latach 1934–38 na Wydziale Mechanicznym – Boguchwalskie fatum, czy jakaś magia ciągnęła się za mną przez całe życie w przedziwny sposób.
wspomnienie o Janie Turowskim i Jego związku z fabryką broni w Radomiu
Podczas studiów na U.J. wielu profesorów, biorąc do ręki mój indeks, czytając miejsce mych urodzin, pytało mnie o tę miejscowość i moją rodzinę, czyli Suszyckich. Gdy chciałam wyjechać z mężem Adamem Barem na wakacje w 1935 r. i rozglądnęłam się za kimś, kto podlewałby nasze kwiaty, polecono mi krawcową, sąsiadkę Katarzynę Bócz. Gdy zgłosiła się, to rozejrzawszy się w mieszkaniu wzięła do rąk fotografię stojącą na biurku i powiedziała: „Znam tych Państwa i tę dziewczynkę”. Była to fotografia moja i mych Rodziców. Jako kilkuletnie (3-letnie) dziecko siedziałam wśród Mamy i Taty. I cóż się okazało – Kasia bawiła się ze mną w Boguchwale, mając wówczas lat 10, a była córką kowala Z..laka. I tak po 22 latach przypomniała o sobie Boguchwała.
Przypomniała także przy końcu II-giej wojny światowej, gdy w styczniu pełniłam z ramienia RGO dyżur społeczny w obozie na Prądniku i zostałam aresztowana i zatrzymana w budce strażniczej tegoż obozu. Od strony Michałowic zbliżała się Armia Czerwona, bomby padły nie tak daleko, bo wartownicza, drewniana budka chwiała się niezgorzej i ogrzewający ją żelazny piecyk lada chwila groził wywrotem, by uczynić ze mnie i wartownika żywą pochodnię. Drzwi otworzyły się z trzaskiem, powiało mrozem, wartownik wziął do ręki małą Kennkartę i wyczytał, geboren in Boguchwała. Odzyskał nagle mowę, polską mowę, bo był też w Boguchwale urodzony z niemieckich kolonistów. Oddał mi Kennkartę, odwrócił się i tyle mnie już widział.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.