września 24, 2026

Łowickie wspomnienia - Irena Bar - Święch pamiętnik Łowicz 1920-1922.

Łowickie wspomnienia - Irena Bar - Święch pamiętnik  Łowicz 1920-1922.
← Część 5   |   Spis treści   |   Część 6   |   Część 7 

Wspomnienia z lat 1920-1922 przedstawiają ważny okres dzieciństwa autorki spędzony w Łowiczu i jego okolicach. Jest to zapis codziennego życia rodziny, nauki w miejscowym gimnazjum, poznawania miasta, jego mieszkańców, tradycji oraz otaczającej przyrody. Obok osobistych przeżyć pojawiają się w nim również wydarzenia o znaczeniu historycznym, przede wszystkim wojna polsko-bolszewicka i związane z nią poczucie zagrożenia, niepewności oraz obserwowane przemarsze wojsk i uchodźców.

Łowicz ukazany został nie tylko jako miejsce zamieszkania, lecz także jako przestrzeń kształtująca zainteresowania i osobowość młodej Ireny Bar-Święch. Wspomnienia dotyczą jej edukacji, pierwszych doświadczeń szkolnych, lektur, wycieczek oraz kontaktu z kulturą i tradycją regionu. Szczególne miejsce zajmują opisy łowickiej wsi, gospodarstw, strojów ludowych, krajobrazu oraz zabytków, takich jak Arkadia.

Łowickie wspomnienia - wiosna 1920-1922

Z Tyczyna na propozycję swojego kolegi Uniwersytetu Rolnictwa Poniatowskiego, przeniósł się mój ojciec na państwową posadę, mógł przenieść się do Warszawy i stać się jednym z wielu urzędników ministerialnych, ale zarówno sam jaki i mama, nie lubili dużych miast, a cóż dopiero ruchliwą stolicę, w której bardzo trudno było wówczas o mieszkanie.

Rodzice wybrali więc starodawne, przepiękne miasteczko Łowicz nad rzeką Bzurą.

Początkowo zamieszkaliśmy w rynku na I piętrze w dwóch dziwnych pokojach, których podłogi nie były na jednym poziomie, a ponieważ często zapomniało się o stopniach prowadzących do drugiego pokoju będącego sypialnią, zdarzały się przykre wypadki. Wkrótce też przeprowadziłyśmy się do trzypokojowego mieszkania przy ul.Podrzecznej, do ładnej jednopiętrowej willi z oficyną i dużym ogrodem, której właścicielem był emerytowany sędzia pan Gałecki Jarosław, mieszkający wraz z żoną w parterowej oficynie. We frontowej części domu parter zajmował maszynista kolejowy pan Feler z rodziną, a pierwsze piętro z dużym tarasem wychodzącym na ogród należało do nas.

Sędzia Jarosław Gałecki

„Dziennik Bydgoski”, R. XXII, 1928, nr 12, 15 stycznia 1928 r., s. 11. Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa źródło 

Po rozlokowaniu się w tym mieszkaniu ojciec postanowił zapisać mnie do państwowego gimnazjum im. Juliusza Ursyna Niemcewicza Państwowe Gimnazjum Żeńskie im. Juliana Ursyna Niemcewicza. Gimnazjum mieściło się w dawnym bernardyńskim, zabytkowym, dużym gmachu z XVI w., frontem zwrócone było ku kolegiacie, a jedynym skrzydłem przeznaczonym dla szkoły żeńskiej, dotykał ulicy wiodącej do dworca kolejowego. Część budynku zajmowało również gimnazjum męskie. Dyrektorka, a raczej jak wówczas mówiono przełożona naszego gimnazjum, była pani Bronikowska Bronisława, osoba postawna, około 60-tki, ubrana w ciemną, lub czarną suknię z kołnierzykiem pod szyją, wykończona białą tiulową riuszką mocno przymarszczona lub plisowana falbanka z cienkiej tkaniny, koronki albo tiulu, używana jako ozdoba przy ubraniach, z włosami zaczesanymi wysoko w duży kok, sięgający czubka głowy, co czyniło z niej osobę znacznie wyższą, niż była w rzeczywistości. Ta dość w moich dziecinnych oczach surowo i staromodnie wyglądająca dama po rozmowie z ojcem, zadecydowała, że powinnam zdawać egzamin wstępny, bo moje świadectwo z dotychczasowych różnych szkół, obejmowały zaledwie pierwsze półrocze, świadectwo z pieczęciami c. k. monarchii austriacko-węgierskiej, która przecież już nie istniała. Z uwagi na mój wiek nieukończonych jedenastu lat zaproponowano zdawanie do II-ej klasy gimnazjalnej.

Rekonstrukcja wyglądu Bronisławy Bronikowskiej
Rekonstrukcja wyglądu Bronisławy Bronikowskiej AI

Egzamin okazał się prawdziwą katastrofą z dwóch przedmiotów - matematyki i geografii. Dotychczas uczono mnie miar metrycznych, nie słyszałam nigdy o łokciu i calu, nie miałam też pojęcia o ułamkach. Z geografią, było jeszcze gorzej. Mogłam świetnie wyrecytować nazwy wszystkich stolic krajów monarchii Habsburskiej, wyliczyć dopływy Dunaju, ale gdy padło pytanie o pasaty, mogłam tylko milczeć. Na pomocnicze pytanie „gdzie wieje pasat?”, odpowiedziałam domyślnie: „to wiatry, które wieją na południu paskami”. Moją egzaminatorkę wprawiło to w istną furię i od razu machnęła dwa niedostateczne z arytmetyki i geografii. Ponieważ egzamin odbywał się gdzieś w połowie maja, więc pani Bronikowska zaproponowała, bym uczęszczała przez półtory miesiąca do klasy drugiej i została tam na następny rok. Wydało mi się to hańbiące, zwłaszcza że z dwóch przedmiotów polskiego i niemieckiego otrzymałam piątki, ubłagałam więc tatę, by wziął mi korepetycje i bym mogła z obu przedmiotów zdawać powtórny egzamin. Pani Bronikowska wyraziła zgodę, los mój miał się rozstrzygnąć po wakacjach we wrześniu.

Przysiadłam fałdów zawzięcie, by jeszcze uporać się przed wakacjami z matematyką i geografią. Mimo nauki oczarowało mnie swym urokiem i tętnem życia miasto, miasto tak niepodobne do znanych w Galicji mi małych, brzydkich, zaniedbanych miasteczek. To było ruchliwe i barwne, zwłaszcza podczas dni targowych. (...)

Był sierpień 1920 r. Bolszewicy zbliżali się do Modlina, Lwowa, Warszawy, do Płocka. (...)

Rościszewski wybudował, jak się śmiano pałac z gliny, opierając się na recepcie budownictwa wiejskiego wypróbowanej już w XVIII w. i podany przez ks. Świtkowskiego w jego pamiętniku historyczno-politycznym, a recepta była prosta, glinę mieszano z sieczką, robiono cegły suszone w słońcu i budowano, a mury takiej budowli miały grubość do jednego metra.

Obok tego pałacu inżynier Rościszewski ze swą panieneczką założyli winnicę, a także zbudowali na płynącej opodal rzece mały wodospad, by wykorzystać energię wodną. Gdy w okresie międzywojennym kilka razy odwiedziłyśmy państwo Rościszewskich, pani Janina niechętnie wracała do wspomnień, natomiast rada była opowiadać o obronie Płocka jej matka, dawna dyrektorka płockiego gimnazjum.

Marcelina Rościszewska kierowała Gimnazjum Żeńskim im. Hetmanowej Reginy Żółkiewskiej w latach 1908–1933.

Drzewo genealogiczne Rościszewscy
drzewo genealogiczne Rościszewscy

Dla mnie tamten okres łączył się z bardzo smutnym łowickim popołudniem, kiedy odwiedził nas sędzia Gałecki przynosząc straszną wieść, że zostało zerwane połączenie kolejowe między Warszawą a Łowiczem, a więc byliśmy odcięci od rodziców. Mój mały sześcioletni brat, ukląkł wtedy i zaczął się modlić, a potem wziął moje obydwie ręce i zaczął całować i mówić "Iruś będę Cię bronić, nie bój się, będę Cię bronił, Bozia nas nie opuści", gdy modlących i spłakanych zmorzył nas sen, obudziło nas gwałtowne kołatanie do drzwi, serca biły nam mocno, siedzieliśmy cicho jak trusie, sądząc, że to już czerwono armieńcy, gdy usłyszeliśmy głos tatusia "Otwórzcie, to my dzieci !" Istotnie rodzice ze specjalnymi przepustkami, wojskowym pociągiem wydostali się z Warszawy 17 sierpnia 1920 r., przeżywszy obronę stolicy, zwanym cudem nad Wisłą w dzień Matki Boskiej - 15 sierpnia, czyż mogła nas spotkać większa radość? Nareszcie życie zaczęło się toczyć normalnie. Wakacje znów wydawały się piękne i urozmaicone częstymi wyjazdami z Tatusiem w pobliskie okolice Łowicza.

I tak pewnego dnia poznałam Arkadię, majątek nad rzeką Skierniewką, dopływem Bzury wiejską rezydencję magnacką z elementami gospodarczymi i przemysłowymi. Duży, chociaż mocno zaniedbany park założony przez księżną Helenę Radziwiłłową w 1778 r., w stylu romantycznym. W parku zachowały się stare mury budowli, m.in. Świątynia Diany, Domek Gotycki, Akwedukt rzymski, a wszystko splecione bluszczem, dzikim chmielem, otoczone płaczącymi, sędziwymi wierzbami, bękitnymi świerkami, modrzewiem. Znaki takich znakomitych malarzy jak J.P. Norblin i A. Orłowski.

Służbowe podróże ojca po ziemi łowickiej, pozwoliły mi lepiej poznać, piękno tutejszej wsi, tak bardzo różnych od biednych, zaniedbanych, galicyjskich wiosek. Zamiast niskich, krytych słomianą strzechą chat z maleńkimi okienkami słonecznymi, chat ogaconych dla ciepła na zimę chrustem, chat, przy których tuż obok leżały kupy obornika i cuchnęło od gnojówki, w łowickim domy były duże, kryte gontem lub blachą, szalowane deskami, wewnątrz czyściutkie z drewnianą do szorowania podłogą, sklepieniem z gliny, jak bywało na nizinnych wsiach.

Dom galicyjski i łowicki 1920
rekonstrukcja AI

W reprezentacyjnej izbie, o dwóch oknach wisiały firanki, łóżka pościelone białą pościelą z haftem, z poduchami i pierzynami, izba umeblowana porządnie, meble wykonane przez wiejskiego stolarza. Z sufitu zwisała ozdoba zwana pająkiem.

Łowicka chata - rekonstrukcja 1920
łowicka chata rekonstrukcja AI

Przed domem były zwykłe, kwiatowe ogródki, ogrodzone od drogi niskimi sztachetkami, kwitnące malwą, słonecznikiem, ostróżką. Za domem zadbane gospodarskie obejścia, spichlerze, stodoła, obora i stajnia z wozownią, w której oprócz gospodarskich narzędzi, była zbita lekka bryczka, jedno lub dwukołowa, którą łowiczanie jeździli do kościoła, pięknym końskim zaprzęgiem. A konie hołubił szczególnie mój ojciec, znawca i miłośnik koni, mówił, że łowiczanie wyhodowali specjalną odmianę koni, dobrą krzyżówkę klaczy z belgijskimi ogierami i w zaprzęgu i na wierzchu o maści kasztanowej lub dereszowatej.

Łowiccy gospodarze i gospodynie dbali nie tylko o gospodarstwo rolne, ale i sadowniczą. Za domem mieszkalnym i obejściem, bywał spory sad, często z pasieką, drzewa owocowe pielęgnowano starannie, rodziły wysokogatunkowe jabłka, grusze, śliwy, nie bez kozery sadownictwo wzorowe rozwijał prof. Pieniążek w tym regionie.

Gospodarstwa chłopskie w Łowickiem były niezwykle dobrze poukładane, zapewniając dostatnie utrzymanie ich właścicielom, pozwalały na kształcenie dzieci, z których przynajmniej jedno lub dwoje, korzystało z nauki gimnazjalnej.

W mojej 3-ej klasie u J.U. Niemcewicza połowa dziewczyn pochodziła z okolicznych wsi, niektóre dojeżdżały bryczuszkami, a inne mieszkały tutaj w Łowiczu na stancji u miejscowych rzemieślników, czy kupców. Tylko część klasy rekrutowała się dzieci urzędniczych, rękodzielniczych, mieszczańskich.

Moja sąsiadka z ławki, przyjaciółką, była w gimnazjum chudziutka, drobna, jasnowłosa dziewczynka, uczesana w dwa cienkie warkoczyki tzw. mysie ogonki, Bronia Duklasówna. Jej ojciec był szewcem, szewcem łataczem, naprawiający stargane obuwie, obcasy, zelówki, Broniła wraz z licznym rodzeństwem mieszkała niedaleko Rynku. Do mieszkania wchodziło się z podwórza przez dużą kuchnię, będącą jednocześnie szewską pracownią. Pod oknem stał szewski warsztat, zydel na którym siedział Tata Broni, uzbrojony w młotek i pocięgiel, mocny pasek rzemienny, którym szewc przytrzymywał but na kolanie podczas pracy, w ostry zakrzywiony nożyk, którym odcinał płat skóry potrzebnej na zelówkę czy obcasy. W małych miskach blaszanych poukładane były gwoździe i drewniane kołki, oraz różnej długości szydła. Warsztat odgrodzony był od dalszej części kuchni kolorową, perkalową zasłoną, zawieszoną na drucie pociągniętym przez izbę.

Odwiedzając Bronię, lubiłam patrzeć na wprawne ręce jej Ojca, gdy przybijał gwoździe lub kołki do buta, nadzianego na kopyto i przytrzymywanego pocięglem. Raz nawet pan Duklas pozwolił mi na zabawę z szerokim kopytem i byłam dumna, gdy udało mi się wbić kilka kołeczków w podeszwę.

Rekonstrukcja starego warsztatu szewskiego
rekonstrukcja starego warsztatu szewskiego AI

Oprócz kilkorga młodszego rodzeństwa, miała Bronia starszą o lat chyba dziesięć siostrę Helę, która pracowała w piekarni państwa Wrzesińskich i była głównym zaopatrzeniowcem rodziny w bardzo smaczny, bieluteńki chleb, a od święta przynosiła też słodkie bułeczki i rogaliki, którymi byłam częstowana.

Pani Duklasowa była bardzo gościnna, mając dużą gromadkę do wyżywienia znajdowała zawsze dla mnie talerz smakowitej zupy jarzynowej, krupniku czy barszczu z kartoflami. Było mi trochę wstyd, że objadam tą liczną rodzinę, ale bałam się odmówić, by nie robić gospodyni i Broni przykrości. Bronia mimo domowej ciasnoty uczyła się świetnie, była prymuską, a ponieważ nadal kulałam w matematyce, uczyłyśmy się razem u nas na Podrzecznej i wtedy Bronia u nas jadła obiad, a czasem kolację. Zresztą byłyśmy prawie nierozłączne i w szkole i poza nią. Obie lubiłyśmy bardzo czytać, miałam dość dużą dziecinną biblioteczkę z książeczkami Zaleskiej, Urbanowskiej, Grimma, pożyczała Bronia dla siebie i rodzeństwa, ale prawdziwy świat lektur. otworzył się przed nami, gdy odkryłam skarbiec naszego gospodarza, przebogatą Bibliotekę pana Gałeckiego. Pochłaniałam setki książek w ciemnoczerwonych lub zielonych płóciennych obwolutach z Biblioteki Wyborowej, zatapiałam się godzinami we wszystkich ilustrowanych czasopismach Kłosy, Kronika Rodzinna, a zwłaszcza Tygodnik Ilustrowany, z którego kalkowałam przez bibułkę zdobniki drukowane komponowane przez Stanisława Wyspiańskiego, Stryjeńską, Skoczylasa i innych.

Założyłam też gruby brulion pt. „Moje lektury”, w którym zapisywałam autora i tytuł przeczytanego dzieła, krótkie streszczenie. Nie przyszło mi do głowy, że te dziecinne notatki tak bardzo ułatwią mi popisowe zdanie egzaminu z historii literatury u prof. Chrzanowskiego w 1928 roku, że swobodnie będę mówić o Calderonie i o Podróży na Wschód Słowackiego, o listach Juliusza do matki, i o wielu sprawach dotyczących polskiej kultury, o których dowiedziałam się z ogromnych artykułów z czasopisma.

Nawyk czytania pozostał na całe życie, oraz wybór lektur historyczno-pamiętnikarskich, podróżniczych i poezji. Beletrystykę umieszczałam na drugim planie, zwykle były to działa najprzedniejsze, autorzy nagradzani Noblem lub renomowani przez krytykę. Czytelnictwo wsparte notatkami rozwijało moją, a nawet bardzo dobrą od dzieciństwa pamięć, ale nie było to moją jedyną pasją.

Druga stanowiły wycieczki i bezpośredni kontakt z przyrodą, a te były wyprawy z wędką nad Bzurę, z której przyniosłam od czasu do czasu jakąś płoć, czy karasia, smażonego na kolację, a przede wszystkim odwiedzanie wraz z moim Tatą okolicznych wsi i majątków ziemi łowickiej.

Tata jako powiatowy referent rolny jeździł służbowo, lustrował majątki państwowe, udzielał fachowych porad panom ziemianom i miejskim gospodarzom. Wśród wielu takich wyjazdów oprócz Arkadii, poznałam także Nieborów z pięknym barokowym pałacem, który należał kiedyś do prymasa Radziejowskiego, potem do Ogińskich, i Radziwiłłów, zbudowany wg projektu słynnego projektu architekta Tylmana z Gameren w XVII w. Urzekał harmonią i pięknem, pałacowa fasada, mansardowe piętro, dwuspadowy dach i trzypiętrowe wieże. Jedna z prawej strony przypominała żywo boguchwalski pałac, moje miejsce rodzinne.

← Część 5   |   Spis treści   |   Część 6   |   Część 7 

września 23, 2026

Pamiętnik Ireny Bar-Święch Łowicz 1920-22 - materiał uzupełniający: daty, wydarzenia historyczne, biografie.

Pamiętnik Ireny Bar-Święch Łowicz 1920-22 -  materiał uzupełniający: daty, wydarzenia historyczne, biografie.
← Część 4   |   Spis treści   |   Część 5   |   Część 6 

W kolejnej części Irena Bar-Święch wspomina o wielu wydarzeniach, osobach i miejscach, to krótkie podsumowanie pozwoli na szybsze zrozumienie o czym i o kim pisze autorka. 

Daty i ramy czasowe

1778 r.  Założenie przez księżną Helenę Radziwiłłową romantycznego ogrodu pałacowego w Arkadii koło Łowicza.

Luty 1919 r. - 7 maja 1920 r.  Ramy czasowe pierwszej fazy wojny polsko-bolszewickiej, obejmujące m.in. polską ofensywę i wyprawę kijowską (zakończoną zajęciem Kijowa 7 maja 1920).

Marzec 1920 r. - Marzec 1922 r. Okres pobytu autorki i jej rodziny w Łowiczu, stanowiący główną oś chronologiczną wspomnień.

15 sierpnia 1920 r.  Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Matki Boskiej Zielnej), kulminacyjny punkt Bitwy Warszawskiej (Cudu nad Wisłą).

17 sierpnia 1920 r.  Przełomowy moment w działaniach wojennych w rejonie stolicy (kontrofensywa znad Wieprza i odparcie wojsk bolszewickich).

Połowa maja 1920 r. - Wrzesień 1920 r. Terminy egzaminów wstępnych autorki do gimnazjum w Łowiczu.

Koniec maja / początek czerwca 1922 r. Wizyta kardynała Kakowskiego w Łowiczu i bierzmowanie autorki (choć autorka wspomina o wyjeździe do Kielc we wrześniu 1922 r., ta sekwencja w pamiętniku pojawia się jako wspomnienie z tego samego roku).

Lata 1939–1945  Okres II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej, przywołany przez autorkę jako późniejszy komentarz historyczny do losów Łowicza. 

 

Wydarzenia wojenne i wojskowe


Wojna polsko-bolszewicka (1920 r.):

Ofensywa Armii Czerwonej i jej marsz w kierunku Modlina, Warszawy, Lwowa oraz Płocka (sierpień 1920 r.).

Rajd Konarmii Budionnego (kawaleria Siemiona Budionnego), która przełamała polskie linie obrony.

Obrona Płocka (sierpień 1920 r.) bohaterska obrona miasta przed III Korpusem Kawalerii Gaja-Chana, w której udział brali cywilni mieszkańcy (w tym wspomniany w tekście ojciec autorki).

Ewakuacja i tabor wojenny: Opis ciągnących dniem i nocą przez Łowicz wozów z rannymi żołnierzami oraz uchodźcami uciekającymi przed frontem.

 

II wojna światowa (1939–1945):

Bitwa nad Bzurą: Przywołana w tekście jako „historyczna rzeźba walki armii »Poznań« i »Pomorze« z Niemcami” (wrzesień 1939 r.).

Terror okupacyjny: Informacja o zamordowaniu przez hitlerowców około 6 tysięcy mieszkańców Łowicza.

Ruch oporu: Wspomnienie o walce mieszkańców w formacjach podziemia: GL (Gwardia Ludowa), AL (Armia Ludowa), AK (Armia Krajowa) oraz BCh (Bataliony Chłopskie).

 

Nazwiska i postacie historyczne:

 

Księżna Helena Radziwiłłowa (1741-1821) arystokratka, założycielka słynnego ogrodu romantycznego w Arkadii.

Tylman z Gameren (1632-1706) wybitny architekt holenderskiego pochodzenia działający w Polsce, projektant m.in. pałacu w pobliskim Nieborowie (wspomniany przy okazji architektury regionu).

Kardynał Aleksander Kakowski (1862-1938) arcybiskup metropolita warszawski, prymas Królestwa Polskiego, członek Rady Regencyjnej. Tekst wspomina jego wcześniejszą działalność pedagogiczną (jako rektor) oraz wizytę pasterską w Łowiczu w 1922 roku, podczas której bierzmował autorkę.

Michał Stefan Radziejowski (1645-1705) był jednym z najważniejszych polskich dostojników kościelnych i politycznych końca XVII wieku. Pochodził z bardzo wpływowej rodziny magnackiej. Jego ojcem był Hieronim Radziejowski, podkanclerzy koronny.

Bronisława Bronikowska pierwsza kierowniczka państwowego gimnazjum żeńskiego im. Juliusza Ursyna Niemcewicza w Łowiczu. Kierowała nią w okresie przed upaństwowieniem szkoły. We wrześniu 1919 r. szkoła została upaństwowiona, a kierownictwo objęła Stanisława Ćwierdzińska. Od października 1920 r. dyrektorką/kierowniczką została Wanda Roguska.

Lech Marian Rościszewski przyjaciel ojca autorki, inżynier rolnictwa, który ściągnął rodzinę do Łowicza; jego matka Marcelina, była dawną dyrektorką płockiego gimnazjum, a on sam brał udział w obronie Płocka w 1920 r.

 

artykuł Tadeusza Wojtaszek

Prof. Szczepan Pieniążek (1913-2008) wybitny polski sadownik. 

Bronisława Duklas przyjaciółka ze szkolnej ławki, ojciec był szewcem nieopodal Rynku w Łowiczu.

Prof. Ignacy Chrzanowski (1866-1940) słynny polski historyk literatury, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego (zmarły w obozie Sachsenhausen). Autorka wspomina, że jej młodzieńcze notatki z brulionu „Moje lektury” pomogły jej w późniejszych latach zdać u niego trudny egzamin.

Jancia Raczkowska postać wspomniana w kontekście książki pt. „Panieneczka”.

Sędzia Jarosław Gałecki oraz pan Feler odpowiednio: właściciel willi przy ul.Podrzecznej w Łowiczu (emerytowany sędzia) oraz lokator z parteru (maszynista kolejowy).

Ks. Piotr Świtkowski (1749-1793) był jezuitą, a następnie jednym z najważniejszych polskich publicystów epoki stanisławowskiej. W latach 1782-1792 wydawał w Warszawie „Pamiętnik Polityczny i Historyczny”, poświęcony m.in. polityce, gospodarce, rolnictwu i wydarzeniom zagranicznym. 

Juliusz Poniatowski (1886-1975)  inżynier rolnik, ekonomista i działacz społeczny. W 1920 r. był ministrem rolnictwa i dóbr państwowych w rządzie Wincentego Witosa (23 lipca 1920 - 17 lutego 1921). Wcześniej i później zajmował się również praktycznymi zagadnieniami rolnictwa.  

Jan Piotr Norblin (1745-1830) był francuskim malarzem, rysownikiem i grafikiem. Przybył do Polski w 1774 r. wraz z Czartoryskimi. Pracował m.in. dla Adama Kazimierza i Izabeli Czartoryskich, a później dla Heleny Radziwiłłowej.  

Aleksander Orłowski (1777-1832) był uczniem Norblina. Około 1793 r. dzięki protekcji Czartoryskich trafił do jego pracowni. Był również uczniem Marcella Bacciarellego. 

← Część 4   |   Spis treści   |   Część 5   |   Część 6 

września 21, 2026

Jak odnaleźć ojca i dziadków dziecka, kiedy znamy tylko jego mamę? DNA, metryki i historia emigracji.

Jak odnaleźć ojca i dziadków dziecka, kiedy znamy tylko jego mamę? DNA, metryki i historia emigracji.

Jak odnaleźć ojca i dziadków dziewczynki, kiedy znamy tylko jej mamę? 

Wyobraźmy sobie historię dziewczynki,mojej prababci Janiny Marii Gutowskiej, która urodziła się jako dziecko nieślubne w Oświęcimiu dnia 18.08.1882 roku.

akt chrztu Janina Maria Gutowska córka Zofii 1892 Oświęcim
akt chrztu Janina Maria Gutowska córka Zofii 1892 Oświęcim
 

Znamy jej mamę - Zofię Gutowską.

Nie znamy ojca dziewczynki.

Nie znamy też rodziców mamy.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak genealogiczna ściana, od której nie ma już dalszej drogi.

Ale mamy akt chrztu, chrzciny odbyły się 10 lat później, nie było przy nich mamy, była położna Magdalena Timmel, jej syn Aleksander, buchalter fabryki w Oświęcimiu i mieszkanka tego miasta Joanna Żak. 

Dlaczego położna trzyma do chrztu dziecko dekadę później, które odbierała przy porodzie? 

Dlaczego ojcem chrzestnym jest jej syn? 

I jaką rolę w tej historii odgrywa Joanna Żak, matka chrzestna? 

Zanim odpowiemy sobie na te pytania, warto zaznaczyć, że właśnie w takich historiach genealogiczne DNA może otworzyć zupełnie nową drogę poszukiwań.

I jest jeszcze jeden bardzo ważny element.

Historia miejsca, w którym żyli nasi przodkowie.

Bo osoba, której szukamy, mogła urodzić się w jednej miejscowości, pracować w drugiej, poznać przyszłego partnera w trzeciej, a następnie wyjechać za ocean.

Dlatego przy poszukiwaniu krewnego, który żył 100 albo 130 lat temu, trzeba czasami patrzeć nie tylko na drzewo genealogiczne, ale również na mapę.

Janina całe swe 40 letnie życie spędziła w Oświęcimiu, z krótką przerwą na edukację w Krakowie. Była profesorem gimnazjalnym, to ważny punkt, edukacja wymagała sporych nakładów finansowych, a ona nie miała ojca... 

Zofia zaś, jak podaje przekaz rodzinny, pochodziła z rodziny szlacheckiej, poznała lekarza w Oświęcimiu, porzuciła córkę i wyemigrowała do Egiptu...popełniła mezalians...

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. 

Czy można odnaleźć krewnego sprzed 100 lat? 

Tak, ale nie zawsze będzie to proste.

Im dalej cofamy się w czasie, tym więcej pokoleń znajduje się pomiędzy nami, a poszukiwaną osobą.

Jeżeli szukamy krewnego, który żył około 100 lat temu, nadal możemy mieć bardzo dobre szanse na znalezienie jego potomków.

Nie musimy przecież znaleźć samego człowieka.

Możemy znaleźć jego dzieci.

Możemy znaleźć wnuki.

Możemy znaleźć prawnuki.

A czasami nawet dalszych potomków.

I właśnie ich DNA może być kluczem do rozwiązania zagadki.

Sprawdziłam 3 pokolenia potomków, poczynając od wnuka Janiny. 

Nieznany ojciec nie musi oznaczać końca poszukiwań.

Kolejny krok próbujemy odtworzyć rodzinę mamy na podstawie zapisów metrykalnych.

Janina Gutowska akt ślubu Oświęcim 1906
Janina Gutowska akt ślubu Oświęcim 1906

Mam pecha, żadnych nowych informacji, tylko potwierdzenie, że dziecko było nieślubne. W akcie zgonu również...

akt zgonu Janina Wagner żona pozostałego przy życiu Adama, z domu Gutowska Oświęcim 1922

akt zgonu Janina Wagner żona pozostałego przy życiu Adama, z domu Gutowska

 Oświęcim 1922


Szukamy jej rodziców, rodzeństwa, dziadków i dalszych krewnych.

Jeżeli uda się odnaleźć część rodziny mamy, możemy wykorzystać DNA do oddzielenia dopasowań pochodzących od strony matki od tych, które mogą pochodzić od nieznanego ojca.

To bardzo ważny moment.

Bo kiedy uda się wyodrębnić grupę dopasowań, których nie można przypisać rodzinie mamy, zaczynamy szukać drugiej strony historii.

Dopasowanie jednostronne może być początkiem.

Wyobraźmy sobie, że dziewczynka wykonuje badanie DNA.

Otrzymuje dopasowanie z osobą, której zupełnie nie zna.

Jedno dopasowanie jeszcze niewiele mówi.

Może być odległym krewnym.

Może pochodzić od strony mamy.

Może prowadzić do nieznanego ojca.

Może również okazać się fałszywym dopasowaniem albo pokrewieństwem znacznie dalszym, niż początkowo zakładaliśmy.

Dlatego potrzebna jest ewaluacja dopasowania.

Sprawdzamy kolejne osoby.

Porównujemy ich drzewa.

Szukamy wspólnych przodków.

Analizujemy miejsca urodzenia i zamieszkania.

Sprawdzamy nazwiska panieńskie.

Szukamy rodzeństwa i ich potomków.

W ten sposób pojedyncze dopasowanie może zamienić się w całą grupę rodzinną.

Im więcej dopasowań, tym więcej możliwości.

Szczególnie wartościowe mogą być rodzinne, wielokrotne dopasowania.

Jeżeli od kilku osób, które nie znają się nawzajem, pasuje DNA do dziewczynki i jednocześnie ich drzewa genealogiczne prowadzą w okolice tej samej rodziny, zaczyna powstawać genealogiczna hipoteza.

Następnie trzeba ją sprawdzić w dokumentach.

I tutaj pojawia się ogromne znaczenie historii.

W dopasowaniach DNA pojawiła się iskierka nadziei... znalazłam mamę Zofii, ale Zofia była też dzieckiem nieślubnym... choć rzeczywiście szlachcianką.

 

źródło
źródło

100 lat temu ludzie nie żyli w świecie zamkniętych miejscowości.

Dzisiaj łatwo założyć, że jeżeli ktoś urodził się w Oświęcimiu, to całe życie spędził w Oświęcimiu.

W XIX i na początku XX wieku mogło być zupełnie inaczej.

Ludzie przemieszczali się za pracą.

Wyjeżdżali do innych miast.

Przekraczali granice.

Podróżowali sezonowo.

Emigrowali do Ameryki.

A czasami po drodze zatrzymywali się na wiele tygodni lub dłużej.

Dlatego miejscowość znajdująca się na trasie emigracyjnej, może być bardzo ważnym elementem genealogicznej układanki.

Oświęcim jako ważny węzeł emigracyjny.

Dobrym przykładem jest miasto w którym spędziła swoje życie moja prababka.

W drugiej połowie XIX wieku miasto stało się ważnym węzłem kolejowym. Łączyły się tutaj linie prowadzące między innymi w kierunku Krakowa, Wiednia i Katowic. Położenie przy ówczesnej granicy sprawiło, że Oświęcim stał się ważnym punktem dla osób wyjeżdżających do pracy za granicę oraz dla emigrantów udających się dalej, między innymi do Stanów Zjednoczonych.

Oświęcim był nazywany „bramą do Ameryki”, a przez miejscową stację przewijały się bardzo duże grupy emigrantów. Źródła historyczne opisują nawet setki osób dziennie w okresach dużego ruchu emigracyjnego.

To bardzo ważna informacja dla genealoga.

Jeżeli w rodzinnych dokumentach znajdujemy osobę z okolic Oświęcimia pod koniec XIX wieku, nie powinniśmy zakładać, że jej historia kończy się na tej miejscowości.

Może właśnie stąd rozpoczęła się podróż Zofii do Ameryki.

Może tutaj ojciec Janiny zatrzymał się przed dalszą podróżą.

Może tutaj poznał przyszłą partnerkę Zofię.

Może właśnie tutaj doszło do wydarzenia, którego ślad później pojawił się w postaci dziecka Janiny, którą później porzucono.

Emigracja mogła tworzyć genealogiczne zagadki. 

Ludzie wyjeżdżali z powodów ekonomicznych, szukając pracy i lepszych warunków życia. 

W przypadku Oświęcimia sytuacja była szczególna.

Przez miasto przechodzili emigranci z różnych części Galicji, a także osoby innych narodowości. Część z nich zmierzała do pracy w innych krajach, część planowała dalszą podróż za ocean.

Dlatego w genealogii możemy mieć sytuację, w której:

kobieta pochodziła z jednej szlacheckiej wsi,

mężczyzna pochodził z innej miejscowości,

oboje znaleźli się w Oświęcimiu,

potem jedno z nich wyjechało,

a dziecko zostało w miejscu ich spotkania.

Po stu latach może to wyglądać jak niemożliwa do rozwiązania historia.

Ale DNA może pokazać, że te dwie rodziny rzeczywiście się połączyły.

Nieślubne dziecko i brak ojca w akcie.

W przypadku dziecka nieślubnego szczególnie ważne jest dokładne przeanalizowanie zapisów metrykalnych, to ważne, by to jeszcze raz podkreślić, to że w moich dokumentach nic nie znalazłam, nie oznacza, że inne przypadki nie będą prostsze.

Nie należy zakładać, że skoro ojciec nie został wpisany do aktu urodzenia, to nie da się już niczego ustalić.

Warto sprawdzić późniejsze akty.

Akt małżeństwa.

Akt zgonu.

Akta dotyczące innych dzieci.

Dokumenty dotyczące migracji.

Księgi parafialne.

Spisy ludności.

Akta wojskowe.

Dokumenty emigracyjne.

Czasami informacja pojawia się dopiero wiele lat później.

A czasami dokumenty nie wystarczą.

Właśnie wtedy przydaje się genealogiczne DNA.

Badanie DNA pokazuje kilkadziesiąt osób, których wcześniej nie znaliśmy.

Po analizie okazuje się, że część dopasowań łączy się z rodziną mamy, ale pojawia się druga grupa, która prowadzi do zupełnie innego drzewa.

To może być początek poszukiwania nieznanego ojca.

Identyfikacja wspólnego przodka.

Kolejnym krokiem jest identyfikacja wspólnego przodka.

Jeżeli kilka dopasowań DNA prowadzi do jednej pary małżeńskiej, zaczynamy sprawdzać ich dzieci.

W moim przypadku rozpatruję koniec XIX wieku, szukam rodzeństwa potencjalnego ojca.

Jedno z dzieci mogło zostać w Polsce, koło rodziców.

Drugie mogło wyjechać do Ameryki.

Trzecie mogło przenieść się do innego miasta.

Czwarte mogło mieć dziecko, którego ojciec nigdy nie został wpisany do dokumentów.

I nagle historia zaczyna się łączyć.

Odnalazłam rodzeństwo i rodziców ojca Janiny. 

Ameryka, nie Egipt, pracownik fizyczny, nie lekarz...ale mezalians się zgadza.

Dziedziczenie DNA pomaga przejść przez pokolenia.

Każde pokolenie przekazuje kolejnemu część swojego DNA.

Dlatego nawet jeżeli poszukiwana osoba żyła 100 lat temu, jej potomkowie mogą nadal posiadać fragmenty DNA odziedziczone po wspólnym przodku.

Nie oznacza to, że każdy potomek będzie dobrym dopasowaniem.

DNA jest dziedziczone losowo.

Jedna osoba może odziedziczyć określony fragment, a jej rodzeństwo może go nie odziedziczyć.

Dlatego w trudnych sprawach warto badać DNA większej liczby krewnych, jeżeli jest to możliwe.

W moim przypadku przebadałam 5 osób. 

Fazowanie może pomóc uporządkować historię.

Jeżeli mamy DNA kilku członków rodziny, można wykorzystać fazowanie do lepszego określenia, z której strony pochodzi konkretny fragment DNA.

W praktyce pomaga to odpowiedzieć na pytanie:

Czy dane dopasowanie pochodzi od mamy dziecka, czy może od jego nieznanego ojca?

To może znacząco zawęzić obszar poszukiwań.

NPE, czyli Non Paternity Event.

W takich poszukiwaniach trzeba również brać pod uwagę NPE, czyli Non Paternity Event.

Może się okazać, że mężczyzna wskazywany w dokumentach rodzinnych nie był biologicznym ojcem.

Może też być odwrotnie.

Może być tak, że wpisano ojca chrzestnego, który był ojcem biologicznym. 

Rodzinny przekaz może mówić o nieznanym ojcu, podczas gdy DNA doprowadzi do konkretnej rodziny.

Dlatego dokumenty i DNA należy traktować jako dwa źródła informacji, które trzeba ze sobą porównać.

Adopcja a DNA.

Podobnie wygląda sytuacja, gdy w historii rodziny występowała adopcja.

Adopcja a DNA to osobny element genealogicznej układanki.

Dokumenty mogą prowadzić do rodziny, która wychowywała dziecko.

DNA może natomiast prowadzić do rodziny biologicznej.

Dlatego w przypadku niespodziewanych dopasowań zawsze warto sprawdzić, czy w historii rodzinnej nie było adopcji, nieformalnego wychowania dziecka, zmiany nazwiska albo innych wydarzeń rodzinnych.

I tu wróćmy do wcześniej zadanych pytań:

Dlaczego położna trzyma do chrztu dziecko dekadę później, które odbierała przy porodzie? 

Dlaczego ojcem chrzestnym jest jej syn? 

I jaką rolę w tej historii odgrywa Joanna Żak, matka chrzestna? 

 

drzewo genealogiczne rodziny Timmel z Oświęcimia
drzewo genealogiczne rodziny Timmel z Oświęcimia

Janina urodziła się w domu Aleksandra, który mieszkał ze swoją rodziną, mamą i siostrą. Dekadę później Janina nadal tam mieszkała i ta trójka postanowiła ją ochrzcić. Jaki mieli w tym interes? Jak popatrzymy na wiek dzieci Aleksandra, bardzo prawdopodobne jest, że Zofia została u rodziny Timmel niańką lub pomocą domową, dorastająca Janina mogła wychowywać się z dziećmi buchaltera, osoby, która dobrze zarabiała i stać go było na taką pomoc. O siostrze Joannie nic nie wiem, może nie miała dzieci i przysposobiła Janinę, łożyła na jej wykształcenie, jedno jest pewne Janina była majętną osobą, wchodząc w związek małżeński miała własny dom, nie w Brzezince, gdzie mieszkał Aleksander, lecz w samym sercu Oświęcimia.

To wciąż nierozwiązana zagadka, teren trudny, potomkowie rodziny Timmel, niestety nic nie wiedzą, Ci do których dotarłam. 

Czy po 100 latach można rozwiązać zagadkę kto z kim i dlaczego?

Podsumowując:

Czasami tak.

Nie ma jednak gwarancji.

Największe znaczenie ma to, czy zachowały się dokumenty, czy znamy miejsce pochodzenia rodziny, ilu potomków pozostawiła poszukiwana osoba i czy ktoś z odpowiedniej gałęzi rodziny wykonał badanie DNA.

Im więcej niezależnych dopasowań, tym więcej możliwości porównania.

Im lepiej zachowane dokumenty, tym łatwiej potwierdzić hipotezę.

Im dokładniej znamy historię migracji, tym łatwiej zrozumieć, dlaczego osoby z pozornie odległych miejscowości znalazły się w jednym drzewie.

Genealogiczny dowód DNA powstaje krok po kroku.

Nie wystarczy powiedzieć:

„Mam dopasowanie DNA, więc znalazłem ojca”.

To dopiero początek.

Najpierw potrzebujemy dopasowania.

Potem kolejnych krewnych.

Następnie drzewa genealogicznego.

Później wspólnego przodka.

Następnie dokumentów.

I dopiero wtedy możemy sprawdzać, czy wszystkie elementy pasują do siebie.

Właśnie tak powstaje genealogiczny dowód DNA.

A czasami rozwiązanie zagadki znajduje się nie w jednym dokumencie, ale w połączeniu DNA, metryk, migracji, geografii i historii.

Dlatego nieznany ojciec sprzed 100 lat nie musi oznaczać końca poszukiwań.

Może oznaczać początek znacznie ciekawszej historii.

Bo za jednym nieznanym nazwiskiem może kryć się cała rodzina.

A za jednym dopasowaniem DNA może kryć się droga prowadząca przez kilka pokoleń, kilka miejscowości, a czasami nawet przez ocean.

A może najbliższa rodzina, to wcale nie ta biologiczna. 

września 20, 2026

Maria z Rutkowskich Mierzwińska (ca.1819-1896) - genealogia, rodzice, mąż i dzieci

Maria z Rutkowskich Mierzwińska (ca.1819-1896) - genealogia, rodzice, mąż i dzieci

Historia poniżej opisana sięga lat 1833-1863 

Była przekazywana z pokolenia na pokolenie, aż dotarła do mnie, dzięki uprzejmości mojego kuzyna.

W tym czasie w dworku szlacheckim (dawnej Ziemi Grodzieńskiej) dorastała dziewczynka Maniusia (Maria) Rutkowska. Kiedy ukończyła 14 lat, uznano ją za dojrzałą już do małżeństwa i zaliczono w poczet panien na wydaniu.

Wkrótce też zjawił się konkurent, bliski sąsiad Pan Mierzwiński , dla swych zalet uznany przez rodziców panienki za godnego epuzera do ręki córki. Przyszły mąż cieszył się bowiem opinią dobrego Polaka i obywatela. Był człowiekiem opanowanym i odważnym. W dodatku mądrym i rządnym gospodarzem.

Toteż kiedy zadeklarował się o rękę panienki, został przez jej rodziców życzliwie przyjęty. Oficjalne zaręczyny odłożono jednak na czas nieco późniejszy, a to z przyczyny, żeby Maniusia mogła wykazać się odpowiednimi zaletami, potrzebnymi przyszłej żonie i matce.

Główną cnotą "kapłanki domowego ogniska", była bowiem w owych czasach - cierpliwość. Kiedy więc rodzice oznajmili Maniusi, kogo przeznaczają jej za męża oraz pouczyli, że powinna być dla kawalera grzeczna i uprzejma (wszelako bez zbytniej konfidencji), matka wręczyła córce kawałek batystu polecając wykonanie chusteczki, która ma być dowodem pracowitości i cierpliwości dziewczęcia. Maniusia posłusznie zasiadła do pracy, wyciągnęła cieniutką igiełkę, kilkanaście niteczek z batystu i wykonała najpierw pracowitą mereżkę  jest to rodzaj ażurowej ozdoby w tkaninie, wykonywanej przez wyciąganie nitek z materiału i odpowiednie ich wiązanie lub haftowanie, a potem zaczęła haftować dookoła chusteczki nikłe, drobne kwiatuszki. Po ukończeniu przedstawiła robótkę matce i za jej pozwoleniem – konkurentowi. Ten uznał, że chusteczka jest prześliczna, ucałował paluszki Panienki w podzięce za jej trud i cierpliwość oznajmiając, że dar dziewczęcia będzie nosił do śmierci na sercu.

odtworzenie chusteczki Maniusi - rekonstrukcja AI


Wkrótce odbyły się zaręczyny, a potem zaślubiny młodej pary. Małżeństwo okazało się dobrane. Małżonkowie żyli w zgodzie i miłości, czego dowodem była czwórka dorodnych dzieci: pierworodnego syna i trzech córek.W 1863 roku pan Mierzwiński zginął za udział w Powstaniu. Młoda wdowa z trudem uzyskawszy pozwolenie pochowania męża, znalazła na jego piersi, ukrytą pod podszewką powstańczej kurtki swoją narzeczeńską chusteczkę.
 

Maria z Rutkowskich Mierzwińska(ok.1819-1896) 

 

Narodziny Marii

Groździeńszczyzna, ten fakt potwierdza akt zgonu, genealogia genetyczna precyzuje Czekołdy, Trzcianne, podlaskie, zakątek drobnej szlachty Rutkowskich i Sokołowskich.

 

Rodzice Józef i Felicja z Sokołowskich Mierzwińscy

Z aktu zgonu wynika, że: 

Sporządzono w Warszawie w parafii św. Krzyża czternastego / dwudziestego szóstego lutego tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego szóstego roku o godzinie dziewiątej rano. Stawili się Wiktor Kostecki, zarządca domu, oraz Władysław Pniewski, obywatel, pełnoletni, zamieszkali w Warszawie, i oświadczyli, że tutaj w Warszawie pod numerem czterysta osiemdziesiątym dziewiątym B przy ulicy Włodzimierskiej wczoraj o godzinie dziewiątej wieczorem zmarła Maria Mierzwińska /Marya Mierzwińska/, wdowa, emerytka, w wieku siedemdziesięciu sześciu lat, urodzona w guberni grodzieńskiej, córka Józefa i Felicji z Sokołowskich /Józefa i Felicyi z Sokołowskich/ małżonków Rutkowskich /Rutkowskich/. Po naocznym przekonaniu się o zgonie Marii Mierzwińskiej, akt ten obecnym został odczytany, przez Nas i przez Nich podpisany. Ks. Piotr Michałowski Wiktor Kostecki Władysław Pniewski.

akt zgonu Marii z Rutkowskich Mierzwińskiej 1896
 

Niestety może być to informacja błędna, jeżeli chodzi o ojca Marii, badania genetyczne wskazują na Kazimierza Franciszka, ale w tej gałęzi rodziny jest dużo zagadek, tajemnic, niewyjaśnionych spraw i wielkie luki w dokumentach, a jak już one są, obarczone są błędami, wynikającymi ze złych przekazów rodzinnych. Póki nie odnajdę aktu chrztu i ślubu Marii, wszystko jest tylko niepopartym dokumentami przypuszczeniem.

 

MĄŻ - ZACHARIASZ CZY JAN LUCJAN?

 

Wg aktu chrztu mojego dziadka dr Andrzeja Kosińskiego i aktu zgonu syna Marii, Stanisława Zachariasz. Wg aktu zgonu Pauliny Karoliny Kosteckiej, Jan Lucjan Mierzwiński herbu Prus.

źródło

źródło
 

Jedno jest pewne mieszkał na Grodzieńszczyźnie, był powstańcem styczniowym, podczas, którego zginął, pozostawiając żonę z czwórką dzieci.  

 

DZIECI Marii i Zachariasza

Wszystkie urodzone w Grodnie. 

 

Dzieci Maria Rutkowska i Zachariasz Mierzwiński - ilustracja AI
 

Stanisław został kawalerem, Emilia została żoną Andrzeja Rawicz Kosińskiego, a Karolina, żoną Wiktora Leszczyc Kosteckiego.

 

Zgon 1890 czy 1896?

Na zdjęciach grób (poniżej) mojej pra prababci i Jej akt zgonu (powyżej), pokazują, że daty różnią się o SZEŚĆ lat. Wg tablicy nagrobnej żyła lat 77, wg aktu zgonu 76.

Akt zgonu wskazuje datę 25.02,1896, tablica nagrobna 25.02.1890.  

Wiktor Kostecki, zięć zgłosił śmierć teściowej dzień później. W akcie czytamy:

wczoraj o godzinie dziewiątej wieczorem

 

grób Maria z Rutkowskich Mierzwińska Stare Powązki archiwum prywatne

Dlaczego na nagrobku często widnieje inna data śmierci niż w akcie zgonu?

W przypadku osób zmarłych w XIX i na początku XX wieku takie rozbieżności wcale nie należą do rzadkości. Szczególnie często spotykamy je w dokumentach z okresu zaborów.

Jedną z przyczyn, były różne kalendarze. W zależności od zaboru i okresu, stosowano kalendarz juliański albo gregoriański. Ta sama śmierć mogła więc zostać zapisana pod dwiema różnymi datami.

Znaczenie miała również data sporządzenia aktu. Zgon mógł nastąpić jednego dnia, a zgłoszenie i zapis w księdze mogły nastąpić później. Zdarzało się też, że informacje w księgach kościelnych i urzędowych nie były identyczne.

Nie można zapominać o nagrobkach. Często powstawały wiele lat po śmierci, a datę podawano na podstawie rodzinnej pamięci, nekrologu lub wcześniejszego nagrobka. Przy przepisywaniu informacji mogła pojawić się zwykła pomyłka.

Dodatkowym problemem były różnice językowe. Dokumenty z okresu zaborów mogą być zapisane po polsku, rosyjsku, niemiecku lub po łacinie. Późniejsze odczytywanie i tłumaczenie starych zapisów również mogło prowadzić do błędów.
 

Dlatego w genealogii warto porównywać kilka źródeł: 

akt zgonu, 

księgę parafialną, 

nekrolog, 

nagrobek, 

wszystkie mogą podawać różne daty, a 

zadaniem genealoga jest ustalenie, skąd wzięła się ta różnica


Czasem jedna pozornie niewielka różnica w dacie prowadzi do bardzo ciekawej historii.