No właśnie, ale jak to było w XVIII i XIX w. na wsiach? Ile kosztowało wysłanie syna do seminarium duchownego i czy rzeczywiście rodzina na tym zyskała?
No i tu sytuacja wyglądała różnie dla syna organisty i syna zwykłego chłopa. Ten drugi zadłużał rodzinę na wiele lat, czasem zyskiwało dopiero kolejne pokolenie.
Skupmy się najpierw na synu organisty. Organista na dawnej wsi nie był rolnikiem, należał do tzw. wiejskiej inteligencji lub luksusowej służby kościelnej. Żył obok księdza, ekonoma, a czasem nauczyciela i lekarza. Potrafił pisać, czytać i liczyć. Jego dzieci od najmłodszych lat przebywały wokół książek, uczyły się naturalnie wszystkiego, co im ojciec przekazywał, zanim zostały wysłane do szkoły. W tamtych czasach organista śpiewał po łacinie, dzięki temu dzieciom nauka języka przychodziła naturalnie, dając im lepszy start w późniejszej szkole średniej.
Organista często jeździł do miasta, więc zamieszkanie syna na stancji czy w internacie nie było dla młodzieńca szokiem kulturowym, a dla ojca, który dorabiał m.in. na mszach pogrzebowych, nieosiągalnym wydatkiem. Ze względu na to, że synowie organistów byli świetnie przygotowani muzycznie i liturgicznie, seminaria oraz diecezje chętnie przyznawały im darmowe miejsca (tzw. alumniata) lub stypendia ufundowane przez magnaterię czy biskupów. Naturalnie syn organisty dostawał też list polecający od księdza z rodzinnej parafii. Należy tu dodać, że w domostwie organisty nie odczuwano straty rąk do pracy, jak było to w przypadku chłopów, więc ten aspekt też nie wpływał na codzienność rodziny.
Ale co mogła ta rodzina zyskać, skoro i tak się im w miarę dobrze żyło?
Rodzina przechodziła do wyższej warstwy społecznej. Status bycia rodziną duchownego był wysokim prestiżem, obdarzano taką rodzinę wielkim szacunkiem, córkom dawało to możliwości lepszego zamążpójścia, a braciom – kształcenie się np. w zawodach urzędniczych.
A jakie wydatki dodatkowe miał chłop?
Zanim chłopak w ogóle przekroczył próg seminarium wyższego, musiał zdobyć maturę lub ukończyć tzw. niższe seminarium. Wiejskie dzieci często miały braki w nauce (zwłaszcza z łaciny, która była warunkiem przyjęcia do seminarium), co wymagało opłacania drogich korepetytorów.
Syn chłopa szedł do biedniejszego seminarium, gdzie wprost wymagano od chłopskich rodzin regularnego wspierania aprowizacji uczelni. Rodzina musiała dostarczać na własny koszt:
- worki ziemniaków, mąki i kaszy,
- słoninę, masło, jaja i ser,
- furmanki rąbanego drewna opałowego na zimę.
Do tego dochodziły koszty ukryte, najważniejszy – utrata rąk do pracy. Rodzina musiała ciężej pracować lub nająć parobka do pracy. Do tego, by dowieźć naturalia do seminarium, trzeba było często pokryć koszty wynajmu wozu.
Warto tu wspomnieć o kosztach wspólnych dla syna organisty i chłopa, choć nie tak samo odczuwalnych. Seminaria nie zapewniały niczego poza miejscem noclegowym. Przed wstąpieniem rodzina otrzymywała listę rzeczy, które syn musi ze sobą przywieźć.
Zakupić trzeba było:
- przynajmniej jedną lub dwie czarne sutanny uszyte na miarę u miejskiego krawca, zimowy płaszcz klerycki, pas oraz specjalne buty,
- kilkanaście par lnianych koszul, kalesonów, prześcieradła, poduszki, poszewki oraz własną pierzynę,
- materac, miskę, talerz, sztućce, miednicę do mycia i przybory toaletowe,
- podręczniki do teologii i filozofii, brewiarz oraz materiały do pisania.
Dodatkowe opłaty
Dodatkowo dochodziła opłata za stół i światło, nawet jeśli ktoś otrzymał stypendium na samą naukę. Cóż to takiego opłata za stół i światło? To comiesięczna lub kwartalna opłata gotówkowa na utrzymanie budynku, ogrzewania i pensje dla kucharzy. W okresie międzywojennym wynosiła do 150 złotych miesięcznie.
Pomimo ogromnych nakładów finansowych wysłanie syna do seminarium duchownego to była świetna długofalowa inwestycja dla całej rodziny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.