Tekst stanowi fragment pamiętnika z września i października 1920 roku. Autor opisuje swoje życie wojskowe, podróże, sytuację polityczną oraz osobiste przeżycia i tęsknotę za bliskimi. Jest to świadectwo codzienności i nastrojów w Polsce po I wojnie światowej.
26.IX.20. Lwów.
O 8-ej wyszedłem z hotelu, aby szukać sposobności dostania się do Jeziorny. Wstąpiłem na chwilę do p-wa Sawulaków, aby zostawić im mój adres i raz jeszcze zapytać o główną przyczynę wyjazdu Kati. Cały czas męczy mnie myśl, iż Katia wyjechała z powodu przekonania, że porzuciłem ją. Ta myśl doprowadza mnie do obłędu. Nie otrzymawszy od p-wa Sawulaków ścisłej odpowiedzi, wyszedłem na miasto. Pocieszałem się możliwością zatrzymania się Kati w Kijowie. Aby tak stało się, bo do Kurska trudno mi dotrzeć i trudno zaciągnąć wiadomości, a do Kijowa Żydzi już wybierają się jechać zaraz że po zajęciu przez nas Kijowa lub podpisaniu rozejmu. Wyszedłem od p-wa Sawulaków pod jakimś dziwnym wrażeniem - wydaje mi się, że Katia nie wyjechała do Rosji i że jest w Kraju, a może i w Tarnopolu nawet, ale z jakichś nieznanych mi powodów ukrywa się przede mną. Ta dzika, warjatacka myśl nie opuszcza mnie. Przechodząc ulicami, wpatrywałem się uporczywie w twarze kobiet i dzieci, szukając wśród nich drogich mi istot, wsłuchiwałem się w głosy. Na szosie do Jeziorny, po której szedłem, dopędził mnie samochód, który zatrzymałem prosząc dowieźć mnie do Jeziorny. Jechałem szosą Tarnopol - Jezierna i wspominałem te czasy, gdy podczas Wojny Światowej byłem w bitwie pod Tarnopolem, przy cofaniu się wojsk rosyjskich. Byłem tu 4 dni, bez jedzenia, pod gradem kul i pocisków, ale szczęśliwy myślą, że po skończonej bitwie otrzymam parę listów od Kati i odpiszę jej, opisując bitwę. A teraz nic nie otrzymałem od niej i nic nie napiszę do niej. Z Jezierny nie było ani pociągu, ani parowozu i musiałem iść piechotą do Zborowa. Na jakiejś stacji między Jezierną a Zborowem dopędził mnie parowóz i dowiózł do Zborowa. W Zborowie czekałem 6 - 8 godzin na transport 14 p.p., który odchodził do Lwowa. Czekając na transport, widziałem kobietę z 2 dziećmi, która prosiła u żołnierzy chleba i pomyślałem, że może i moja rodzina też prosi o kawałek chleba na jakiejś stacji. Ze Zborowa do Lwowa jechałem transportem 14 p.p., zmarzłem jak ostatni pies, bo oficerowie 14 p.p. nie pozwolili zaprosić mnie do wagonu oficerskiego, tłumacząc się brakiem wolnych miejsc, i przyjechałem do Lwowa o godz. 0 m. 30. Pociąg do Warszawy odchodził o 8 m. 40 przez Kraków lub o 10-ej przez Lublin. Droga na Lublin jest dla mnie dogodniejsza, bo jadę znacznie krócej. Musiałem czekać we Lwowie do 10-ej i czekałem na stacji, bo pomocy nie chciało mi się szukać noclegu. Siedząc w sali dworca Lwowskiego, przypatrywałem się naszemu żołnierzowi i widziałem, że u nas też za dużo demokratyzmu. Na wszystkich krzesłach w sali 1 i 2 klasy śpią żołnierze, prawda, na stołach jeszcze nie lokują się, jak w czerwonej armji, a oficerowie nie mają nawet gdzie usiąść. Żołnierze, nie krępując się obecnością oficerów i żandarmów, zaczepiają przechodzące kobiety, mówią do nich dość płaskie dowcipy, a inni - młody żołnierz, prawie chłopak, zdjął buty i z zupełnie wykrzywioną nogą i skrobie je, a „przyjemny” zapach od nóg rozchodzi się po całej sali; drugi zdjął mundur, rozpiął wszystkie, jakie posiada guziki, rozłożył się na krzesłach, jak u siebie na piecu i tak poziomo, że prawdopodobnie słychać na mieście. Czyż nie można oddzielić jak kolwiek żołnierzy inteligentnych od ciemnych bydląt i każdemu wskazać odpowiednie mu miejsce. Nie jestem stronnikiem pozbawienia prawa wejścia do sali 1 i 2 klasy żołnierzy lub pasażerów 3-ej klasy, ale musi być segregacja w/g zachowania się. Powiedzą mi na to, że segregacja jest trudna, nie wiem, może i trudna, ale pamiętam przed wojną i rewolucją odźwierny na dworcu umiał jakoś odróżnić kogo można puścić do 1 i 2 klasy, a kogo nie. Mam nadzieję, że po skończonej wojnie, w warunkach normalnych tego zjawiska nie będzie, bo inaczej i u nas byłby „griaduszczyj cham” грядующий хам „nadciągające chamstwo”. Za panowanie zaś chamstwa i brutalności nie warto było walczyć i narażać życie. Wierzę, że to okres przejściowy, choć lewica nasza krzyczy ciągle, iż za mało jesteśmy demokratyczni i żąda pełnego urównania nie tylko praw, co bezwarunkowo musi być, ale i stanowiska towarzyskiego. Ostatecznie demokratyzm nie jest w tem, abym musiał oddychać zapachami czyichś brudnych nóg lub zachwycać się widokiem śpiącego draba... Bolszewicy produkowali takie obrazki na złość burżujom, ale myślę, iż u nas to robi się bezmyślnie i bezcelowo... Co będę robił w tej zimnej nieprzytulnej sali Lwowskiego dworca do rana. Spać zimno i nie ma na czem i gdzie. Chwała Bogu już 2 m. 35. Jakoś upłynie czas. Jutro będę w Warszawie i muszę nanowo rozporządzić się co do moich rzeczy i postępowania: oddam p. Wandzie wszystkie moje deputaty, które zbieram dla rodziny, oddam jej i kwity na deputaty, a z rzeczy i dokumentów osobistych, bez których mogę obejść się na froncie, tylko niezbędne, resztę zaś zostawię u Edwarda i wyjadę najrychlej na front. Ciągnie mnie gwałtownie w ogień - widokiem krwi, męki ludzkiej, gwizdem kul, wybuchami pocisków, szalonemi marszami leczyć rany serca, męką cudzą zabić moją własną. Przed wyjazdem na front muszę napisać do Kati list, podając się w nim za jeńca polskiego i przesłać list przez Żydów do Rosji przy pomocy Walerka. Pisać jako jeniec muszę z tego powodu, że list oficera W.P. lub nawet list obywatela polskiego może narazić rodzinę na prześladowanie, jeniec zaś listom swoim nawet może dopomóc, bo w niewoli u burżujiew cierpi za rewolucję, tem bardziej, iż Katia w Tarnopolu podała się za żonę zakładnika, wziętego przez polaków. Pół godziny temu pisałem, iż nasze żołnierze nie śpią na stołach, a obecnie widzę 2-ch śpiących na stołach 1 i 2 klasy. Trzeba i mi jakoś zasnąć, ale nie na stole, a siedząc przy stole.
27.IX. Lwów.
Położyłem głowę na stole i spałem do 6-ej. O 6-ej, gdy pobudzali wszystkich, aby sprzątnąć salę, podniosłem głowę i zobaczyłem przed sobą siostrzeńca ppłk. Gregorowicza, znajomego, z którym poznałem się u Gregorowicza. Ułan jedzie do Warszawy przez Kraków i będzie później ode mnie w Warszawie, z powodu czego prosi o doręczenie Gregorowiczowi kartki. Jest 7 m.15, a pociąg idzie o 10-ej z minutami. O godz. 8-ej pójdę do komendy dworca, a narazie siedzę i obserwuję salę - sala niedopoznania: podmieciona, przybrana, na stołach obrusy, krzesła na miejscach, nikt nie śpi, żołnierze wynieśli się i pozostali tylko ci, co mogli pozwolić sobie na zjedzenie śniadania w bufecie, a i oni po wypiciu śniadania wychodzą z sali. Wogóle sala wygląda po przedwojennemu. Z sali 3-ej klasy dolatuje piosenka śpiewana półgłosem. Dzień wniósł porządek i każdemu wskazał jego miejsce. Narazie działa światło słońca, ale przyjdzie czas, gdy człowiek będzie tak kulturalny, iż nie będzie potrzebował wskazówek prawa, dyscypliny i t.d. będzie żyć własnym „ja” i dla własnego „ja”. Między polskim żołnierzem i rosyjskim jest jednak ogromna różnorodność: wśród żołnierzy polskich „cham” spotyka się naogół dość rzadko, wtenczas jak wśród rosyjskiej armji „cham” na porządku dziennym. Dowiedziałem się w komendzie dworca, iż do Warszawy najlepiej jechać pospiesznym o 20 m.10, tem bardziej, że o 10-ej pociąg nie pojedzie. Jestem zmuszony spędzić we Lwowie cały dzień. Stracę go na łażenie po mieście. O 9-ej wyszedłem na miasto i nie znając Lwowa poszedłem przed siebie, szukając przyzwoitego fryzjera, aby ogolić się i doprowadzić buzię do należytego stanu, ponieważ na dworcu jeszcze niema gdzie umyć się. Dworzec podczas Wojny Światowej był zniszczony i dotychczas nie jest doprowadzony do stanu normalnego. Wstąpiłem do eleganckiej fryzjerni z wyglądu, ale nie zostałem zadowolony z fryzjera: golił mnie zimną wodą, po ogoleniu wytarł twarz też zimną wodą, a na moją uwagę czemu nie używa kolońskiej wody odpowiedział mi, że nie jest to w zwyczaju „we Lwowi”, ale jeśli pan porucznik życzy można wytrzeć i kolońską. Od fryzjera trafiłem na ulicę Legionów. Ulica bardzo ładna: bardzo szeroka, posadzona trawniki i kwiaty, oraz krzewy. Wstąpiłem do kawiarni, w której zobaczyłem moc Żydów najrozmaitszego koloru i wieku, ale kawiarnia bardzo elegancka. Wyniosłem wrażenie, iż kawiarnia jest bardzo żadko odwiedzana przez oficerów, bo zostałem otoczony odrazu przez kelnerów i formalnie zasypany gazetami. Do białej kawy została podana mi szklanka wody, przeznaczenia której nie rozumiem, bo do lodów, czekolady, może być potrzebna, ale do kawy. Po śniadaniu poszedłem zwiedzać Lwów. Mojem zdaniem Lwów z jego starożytnościami, starymi ogrodami i budynkami jest ładniejszy niż Warszawa - wielkie miasto 20-go wieku. Oprócz tego Lwów przypomina mi bardzo Kijów, tylko tam nie było takiej niezmiernej ilości żydów. Nie mając do roboty, a chcąc choć czem kolwiek oderwać się od męczących myśli rozpocząłem kupować najrozmaitsze drobiazgi, które zasadniczo mi nie były zupełnie potrzebne - kupiłem jakiś bloczek, zapalniczkę, mydło i t.d. U jakiegoś Żyda poinformowałem się co do dobrej restauracji - nazwał mi dwie: jedną z francuską kuchnią, drugą z żydowską. Wybrałem żydowską kuchnię i skierowałem się do „Bristolu”, licząc, iż dostanę dobrej ryby, ale kuchnia żydowska, niestety, ryby nie miała i wogóle zawiodła mnie, bo nic żydowskiego w niej nie było - zwyczajna pospolita kuchnia i w dodatku nie bardzo smaczna. Nazwałbym nie kuchnią żydowską w Bristolu, a restauracją, bo na sali oprócz mnie nie było nikogo oprócz żydów. Wogóle Lwów strasznie żydowski. Nie rozumiem co robiły ukraińcy, gdy czasowo były gospodarzami we Lwowie. Po obiedzie wróciłem na dworzec czekać na pociąg i czytać gazety. Lwów ma jeszcze jedną osobliwość - ruch uliczny tu odbywa się po lewej stronie, a nie po prawej, tak że przechodząc ulicę mało nie wpadłem parę razy pod konie i tramwaj, ponieważ patrzyłem w prawo, a nie w lewo. Siadłem do wagonu jak tylko podały pociąg i bardzo wygodnie jechałem do samej Warszawy.
28.IX.20. Warszawa.
Pociąg pospieszny, którym jechałem, opóźnił się na 4 godziny, ponieważ w drodze musiał przepuszczać transporty wojskowe, zdążające na Grodzieński front. W domu zastałem Edwarda, który na wiadomość, iż Katia wyjechała do Rosji, stracił humor i cały dzień chodził jak struty, od czasu do czasu zapytując mnie o szczegóły, które dowiedziałem się w Tarnopolu. Zdziwiło mnie i wzruszyło zachowanie się Edwarda, ponieważ dotychczas liczyłem go za krańcowego egoistę, a w danym wypadku odczułem w nim dobre i życzliwe serce. Wieczorem, gdy wróciła do domu Wanda, oddałem jej wszystkie moje zapasy żywnościowe i karty deputatowe. Jak p. Wanda, tak i Edward nie chcieli brać żywności, radząc zachować je do powrotu Kati lub ostatecznie sprzedać, ale prosiłem nie odmawiać mi, tem bardziej, iż liczyłem, że muszę choć tem zapłacić im za moje utrzymanie. Przed kolacją p. Wanda i Edward wyszli na miasto, a ja pozostałem w stołowym pokoju, czytając książkę. Obok mnie przy stole bawiła się córeczka Kosteckich Halinka, moja duża przyjaciółka, pokazując mi swoją lalki, ale raptem wywruciła się na krześle, a zatem wraz z lalką spadła na podłogę i narobiła strasznego hałasu. Podniosłem ją i zobaczyłem krew na sukience - zbadałem małą i zobaczyłem, iż lalka tłukąc się zraniła Halinkę głęboko w rękę. Zrobiłem maleństwu opatrunek i bawiłem ją do powrotu p. Wandy. Po powrocie z Tarnopola zamieszkałem w osobnym pokoju, ponieważ lokator wyniósł się od Kosteckich.
29.IX.20. Warszawa.
Dziś zaspałem po podróży i późno poszedłem do adjutanta, którego też znalazłem w łóżku, ponieważ kpt. Latour, jak zwykle wyjechał do Lublina i komisja likwidacyjna nie pracowała. Latour miał powrócić jutro rano. Wyjazdy Latoura do Lublina rozpoczynają mnie irytować - zamiast tego, aby pracować i prędzej zakończyć likwidację, on ciągnie, aby w tym czasie załatwiać swe osobiste sprawy, lub siedzieć w Lublinie.
30.IX.20. Warszawa.
Dziś jakoby ma skończyć się likwidacji, Latour powrócił z Lublina i nagli podpisanie aktów likwidacyjnych, chce dziś jeszcze zdać akta i pieniądzy. Przed podpisaniem aktów sprawdziłem jeszcze raz księgę kasową i znalazłem, iż kasa posiada więcej pieniędzy, niż jest wykazano w saldo. Po sprawdzeniu dowodów kasowych stwierdziłem, iż podczas mojej nieobecności podchor. wpisał na rozchód rachunki, które Intendentura nie zaliczy, ponieważ nie są przewidziane w rozkazach oraz wpisał rachunek na mięso, który był fikcyjnym. Ten rachunek na mięso, którego nie kupowano pokrywał rozchody kancelaryjne i zakup maszynek do strzyżenia, ponieważ Intendentura nie zezwala kupować materiałów kancelaryjnych i maszynek, wymagając pobierania ze składnicy, a składnica zwykle nie posiada. Aby wyjść z błędnego koła i mieć niezbędne materiały i przyrządy oddziały kupują te rzeczy, ale rachunki podają na mięso, owies i t.d. Faktycznego nadużycia lub przywłaszczenia pieniędzy rządowych w tem niema, ale sama procedura fikcyjnego pokwitowania taka jest wstrętna, iż odmówiłem podpisania go, chociaż wiem, iż d-wo i komisja gospodarcza innego wyjścia nie mają, bo pisać trzeba, strzyc żołnierzy też. Historja stara jak świat - tak robiło wojsko rosyjskie, austrjackie, a może i egipskie i rymskie. Wpisaniem tych pokwitowań do księgi kasowej podchor. zrobił to, iż trzeba wszystko pisać nanowo, ale nie było nowej księgi i dostać jej z Intendentury było nie sposób.
1.X.20. Warszawa.
Kpt. Latour po drugim namyśle kazał wszystko przekreślić w księdze kasowej i pisać w tej samej księdze nanowo, wyżuciwszy kwity, których Intendentura nie przyjęła. Przy takim załatwieniu sprawy kontrol może widzieć co było wpisano po raz pierwszy i co zostało wyrzucone przy wpisywaniu powtórnym. Po powtórnym wypełnieniu księgi okazało się, iż w kasie mamy znów więcej niż wykazuje księga. Postanowiliśmy zdać gotówki tyle, ile posiada kasa niezależnie od niezgadzania się z księgą kasową, wydając przed tem podchor. Kowalskiemu 1500 marek, ponieważ wyjeżdżając do szpitala pozostawił w kasie swoje 1500 marek - czy mówił prawdę wie tylko on. Wypłacono mu z rozkazu Latoura w/w sumę, a pozostałe zdałem do kasy głównej wraz z nadwyżką. Rozmówiłem się z Latourem w sprawie mego konia, ale zrozumiałem, iż mało go to obchodzi, czy mnie i adjutantowi pozostawi wierzchowców - nie nalegałem bardzo, bo i cóż bym robił z końmi w Warszawie.
2.X.20. Warszawa.
Warszawa dziś mówi, iż wojna skończona, iż niezadługo zostanie podpisany pokój i że nasze wojska dalej nie posuną się. Jeśli to prawda, jeśli Polska zakończy wojnę z bolszewikami, to ja jej nie zakończę prawdopodobnie - pujdę do powstańców ukraińskich lub do jakiej innej bandy, ale muszę jeszcze walczyć z temi, którzy zabrali mi wszystko i rozbili nawet życie rodzinne, którzy zrobili ze mnie nie tylko dziada materialnie, ale i duchowo. Jeśli rząd polski podpisze pokój z bolszewikami, to wystąpię z wojska i pójdę do Bałachowicza lub Wrangla. Z temi myślami przyszedłem do Latoura, odebrałem wszystkie moje papiery, otrzymałem kartę służbową do Szefostwa Sanitarnego, przejrzałem akta komisji likwidacyjnej, oraz oznajmiłem, iż podpisywać je nie będę, bo nie mam zamiaru być pod sądem i pożegnałem Latoura. Podpisywać aktów likwidacyjnych nie mam obowiązku, bo nie jestem członkiem Komisji Gospodarczej, a pełniłem obowiązki oficera kasowego, jak i adjutanta i oficera wywiadowczego tylko z własnej chęci i na prośbę Latoura, a nie na podstawie rozkazu oddziałowego lub D.O.G. Faktycznie nie mam nawet prawa do podpisywania aktów, ponieważ powrócił już zatwierdzony rozkazem oficer kasowy podchor. Kowalewicz i pracuje w komisji likwidacyjnej. Na godzinę 17-ą Latour wyznaczył zebranie komisji celem podpisania aktów. Postanowiłem być obecnym przy podpisywaniu i zapytać Latoura gdzie jest pokwitowanie na parę koni i wóz, które on posyłał po żonę swoją i do jakiego oddziału zostały zdane. Pytanie te chciałem postawić dla tego, że i adjutant i ja jesteśmy pewni, że konie zostały u Latoura i nie są zdane, a ewidencji na nie nie było, bo konie te były zarekwirowane pod Kowlem. Niestety po obiedzie rozbolała się mi głowa, położyłem się od począć i obudziłem się o 19-ej. Pobiegłem do Latoura, ale już wyjechał... do Lublina. Zaszedłem do adjutanta i dowiedziałem się, że likwidacja już ukończona i wszystko zdano, a pozostałe drobiazgi zdał on 4-go. Oznajmił mi, iż Latour prosił o zwrot karty służbowej, ponieważ d-ca baonu zapasowego 32 p.p. chce zostawić mnie w baonie drugim lekarzem i prosił, abym nie odchodził do Szefostwa Sanitarnego. Aby zakończyć tę sprawę bez awantury w B/Z 32 p.p. postanowiłem najpierw zameldować się z kartą służbową w Szefostwie, a później w B/Z już po otrzymaniu przydziału od Szefa San. Przy tej kombinacji d-wo B/Z już nie może mnie zatrzymać. Zostawać zaś w 32 p.p. nie chciałem z tego powodu, iż 1-o wogóle nie chcę pozostawać w Warszawie, a 2-o iż nie chcę być drugim lekarzem w boonie, tem bardziej, iż dotychczas zawsze byłem na samodzielnym stanowisku od momentu ukończenia Uniwersytetu.
3.X.20. Warszawa.
Dziś nic nie robię w służbie. Siedzę w domu, piszę i czytam w swoim pokoju, wspominam ubiegłe życie i staram się przedstawić rodzinę moją w majątku siostry żony Gniłom. Wieczorem zaszedł po mnie ppor. Gregorowicz wyciągnął do kina na nowy obraz z ostatniej wojny „Dla Ciebie Polsko”. Znając mnie, prowadząc, gdy patrzę na ten obraz. Reżyser obrazu prawdopodobnie nie tylko nigdy nie był w wojsku i na wojnie, ale zielonego pojęcia niema o bolszewikach i nigdy nie widział ich. Ten wielki dowódca na ekranie żuca piechotę na jazdę i karabiny maszynowe w sekcyjnych kolumnach z bronią na ramieniu, a kawalerji każy za dwie rodziny przed szarżą wydobywać szable i brać lance do ataku. Bolszewików wystawia jako wesołą paczkę dobrych kolegów, która podpiwszy męczy ludzi, nie mając złości i sadyzmy, a ot tak sobie dla rozrywki, popijaniem. Życzy temu reżyserowi z całej duszy na parę tylko godzin wpaść do Cz.K. i poznać znęcanie się bolszewików - przydało by się mu to do następnego filmu.
4.X.20. Warszawa.
Rano poszedłem do magazynów intendentury, aby otrzymać książeczkę mundurową i dostać materjał na ubranie, oraz kupić trochę bielizny. Powiedzieli mi tam, iż oprócz butów nic nie mają i tych prędko zabraknie. Pocóż nam wydają książeczki mundurowe, jeśli nie otrzymać nie można. Mogą korzystać z tych książeczek tylko ci, którzy mieszkają w Warszawie i mogą od czasu do czasu dowiadywać się co posiada magazyn, a oficerowi z frontu mogą tylko pocieszyć się z posiadania książeczki. Zmuszony byłem kupić materjał w sklepie i zapłacić po 932 marki za metr. Oprócz tego nie znalazłem przepisowego koloru wojskowego, ponieważ wszystek materjał wojskowy został zarezerwowany przez Intendenturę. W sklepach dostać materjału na ubranie wojskowe nie można, bo zarezerwowany przez władze wojskowe, a w składnicach wojskowych pustki - gdzie jest materjał. Oj, na całym świecie intendenci są jednakowi. Za uszycie ubrania i przerobienie płaszcza muszę zapłacić krawcowi 7.000 marek t.j. znacznie drożej, niż kosztuje materjał. Wieczorem znów przyszedł do mnie ppor. Gregorowicz i wyciągnął na spacer, mówiąc, iż nie może dopuścić, abym siedział samotnie ze swemi myślami. Na Nowym Świecie spotkaliśmy kilku znajomych oficerów i całą paczką skierowali się do „Qui pro quo” gdzie patrzałem na jakąś dość głupią operetkę bez żadnego wrażenia.
5.X.20. Warszawa.
Zameldowałem się w Szefostwie Sanitarnem i otrzymałem przydział do rezerwowego Szpitala Mokotowskiego. Od Szefa San. skierowałem się do 32 B/Z, ale nie zastałem już d-cy i musiałem przyjść o 16-ej. Kpt. Kunc, d-ca 32 B/Z, wiedząc od adjutanta, że już mam przydział, powiedział mi, że zatrzymywać mnie nic nie będzie. Spędziłem dzień powiedzieć mu, że nawet przy największej chęci nic zdoła teraz mnie zatrzymać, ale dałem spokój i pożegnałem go.
6.X.20. Warszawa.
O 10-ej poszedłem do Szpitala Mokotowskiego zameldować się, ale jak zwykle nie zastałem d-cy, adjutant prosił mnie przyjść o godz. 13-ej. Nie mając chęci iść na parę godzin do domu, skierowałem się do cukierni i trafiłem raptem w ramiona jakiejś panny, która rzuciwszy mi ręce na szyję mocno wycałowywała mnie. Zgubiłem od niespodziewanych czułości i miałem prawdopodobnie niewyraźną minę, bo panna cofnęła się i zakłopotana rozpoczęła tłumaczyć się, iż była pewna, że jestem d-rem Kosińskim. Stwierdziłem jej pewność co do mej osoby i dowiedziałem się, że mam przed sobą moją dawną pacjentkę z Ukrainy małą pannę Halę Strycharzewską , córkę b. dyrektora cukrowni Sob. Prosiła mnie zaczekać w cukierni, bo powróci tu wraz z matką. Usiadłem czytać gazety, a przez jakie pół godziny usłyszałem "Panie Doktorze, Jakim sposobem Pan tu". Stał przy moim stole p. Kulczycki z Sobu, chemik z cukrowni, narzeczony starszej Strycharzewskiej. Czekając na powrót Hali, wspominaliśmy Kalnik i Sob, opowiedzieliśmy wzajemnie o wyjeździe z Ukrainy i przeżyciach, budowali plany na powrót tam, celem zlikwidowania swych spraw, bo ruchomość już bolszewicy prawdopodobnie zlikwidowali doszczętnie i.t.p. Kulczycki bardzo prosił mnie, abym wieczór spędził u Strycharzewskich Konstancynie. Hala powróciła z matką, która wzięła ze mnie słowo, iż pojadę do nich. Umówiliśmy spotkać się o 16-ej w tej samej cukierni i jechać razem do nich. Pożegnawszy Strycharzewskich i Kulczyckiego wróciłem Do Szpitala, zameldowałem się i dostałem przydział do oddziału chirurgicznego. Wieczór i noc spędziłem u Strycharzewskich. Rozmowa toczyła się dokoła naszej Ukrainy, planów na przyszłośći chęci powrotu na stare śmieci, chociaż byłem tego zdania, iż powracać tam nie ma po co - wszystko zniszczone i zrównane z ziemią. Powrót tam nie da zadowolenia, a tylko wywoła rozgoryczenie - mym zdaniem warto tam pojechać, ale tylko po to, aby spieniężyć co zostało z ruchomości, sprzedać ziemię, a za otrzymaną gotówkę nabyć coś w Kraju. Spać położyliśmy bardzo późno, choć musiałem o 6-ej wyjechać do Warszawy.
O Strycharzewskich
7.X.20. Warszawa.
Po powrocie z Konstancyna wpadłem do krawca, a od niego poszedłem do Szpitala. Zameldowałem się u mjr. Jackowskiego, ordynatora oddziału chirurgicznego, który przydzieli l mnie do pomocy jakiemuś kapitanowi. Do godziny 13-ej nic a nic nie robiłem, przypatrywałem się pracy sióstr i łaziłem po sali opatrunkowej jak senna mucha. Jedna z sióstr, żydówka, kilka razy próbowała rozpocząć ze mną rozmowę, ale bez skutku, wolałem złote milczenie. Na duszy podle - nie chce się patrzyć na ludzi, nie tylko rozmawiać z nimi. Zapoznałem się z lekarzami, pracującymi w oddziale i o 13-ej na propozycję kpt. chloroformowałem rannego, któremu on robił operację. Po operacji praca w szpitalu skończyła się i wróciłem do domu. W domu dowiedziałem się, iż wczoraj wieczorem był Walerek, a dziś wyjeżdża do Równego. Musiałem zobaczyć się z Walerkiem przed jego wyjazdem, aby poprosić o wysłanie przez żydków listu do Kati. Chciałem iść szukać Walerka, ale on sam wpadł przed pociągiem i zabrał list, obiecując mi, że napewno list przeszli.