Tuż po likwidacji oddziału frontowego, porucznik Kosiński opisuje desperackie, pełne lęku i nadziei poszukiwania żony Katii oraz córek (Alinki i Taniuszy). Autor zabiera czytelnika w podróż przez zniszczone wojną ziemie - od Warszawy, przez Jezierna, aż do odbitego z rąk bolszewików Tarnopola. Na kartach pamiętnika osobisty dramat rozłąki i zdrady ze strony przyjaciela miesza się z głębokimi rozważaniami egzystencjalnymi, poczuciem winy oraz bolesnym rozdarciem między obowiązkiem wobec nowo odrodzonej Ojczyzny, a miłością do rodziny. To przejmujące świadectwo epoki, ukazujące niszczycielski wpływ wielkiej historii na życie codzienne i relacje ludzkie.
![]() |
| myśli porucznika Kosińskiego rekonstrukcja AI |
5.IX.20 Warszawa.
Po przyjeździe do Warszawy skierowałem się niezwłocznie do ciotki Paulinki z zamiarem zamieszkania u niej i mając nadzieję dowiedzieć się od niej cokolwiek o rodzinie, ale ciotki nie zastałem, ponieważ wyjechała do Rabki.
Poszedłem do Edwarda syn Pauliny, gdzie też nic nie dowiedziałem się o Katii, ale zamieszkałem u niego do czasu otrzymania pokoju z Komendy Miasta, w której oznajmili mi, że wcześniej niż za 2-3 tygodnie wolnego pokoju nie będzie. Nie chciałem dokuczać swoją osobą i swemi kłopotami Edwardowi, ale na ulicy nie mogłem pozostać.
W parę dni po moim przyjeździe do Warszawy przyjechała nasza kancelarja, dla której Komenda Miasta też nie dała lokalu, nie dał go i 32 B/Z. Kpt. Latour prosił swoich znajomych, u których zatrzymał się, aby pozwolili złożyć u nich rzeczy kancelarji i choć parę godzin dziennie pracować, na co otrzymał pozwolenie. W takich warunkach rozpoczynała się praca po likwidacji naszego oddziału, która była mało warta, ponieważ mogliśmy pracować 2-3 godziny dziennie, a oprócz tego kpt. Latour bez którego nie mogła iść normalnie praca, wyjeżdżał do Lublina co tydzień na parę dni, a Gregorowicz prawie nie bywał w kancelarji, bo albo chorował, albo bawił się, ja zaś mało rozumiejąc się na gospodarstwie wojskowym, nie chciałem brać odpowiedzialności na siebie i też prawie nic nie robiłem w ich nieobecności. Mówiąc prawdę to i do Komisji Likwidacyjnej poszedłem nie po to, aby pracować, a żeby zająć się wyszukaniem rodziny i leczeniem malarji, ponieważ już wojna była prawie skończona.
Jak tylko urządziła się kancelarja, wyjechałem do Piotrkowa, gdzie mieszkała ciotka Colbé'go i do której miał on napisać jeśli będzie w Tarnopolu i będzie co wiedział o Katii. W Piotrkowie mało dowiedziałem się o rodzinie, ponieważ Colbé pisał do ciotki tylko tyle, iż jest w Tarnopolu, a zatem że rodzina d-ra Kosińskiego wyjechała z Tarnopola, ale gdzie tego nie podał. Powiedziała mi ciotka Colbé'go, iż jest on obecnie w Warszawie i dała mi adres.
Pierwszym pociągiem towarowym wróciłem do Warszawy i wprost z dworca udałem się do Colbé, ale już nie zastałem go, bo wyjechał na front. W Szefostwie Weterynarji dali mi jego adres wojskowy, ale depeszy do poczty polowej nie przyjęli i musiałem napisać list.
![]() |
| kwit ogłoszenia archiwum prywatne |
![]() |
treść ogłoszenia z Crispa R.100, 1920, nr 253 źródło Biblioteka Cyfrowa UW |
Ordynans mój jeździł w swych sprawach do Łodzi, prosiłem go zajść do biura adresowego co on wykonał i po powrocie z Łodzi zameldował mi, że w Łodzi jest Katarzyna Kosińska, ale służąca. Zapytany przezemnie o adres tej Kosińskiej odpowiedział mi, że adresu nie brał, ponieważ nie przypuszczał, aby żona Pana Porucznika była służącą. Napisałem do biura do Łodzi, prosząc o adres i szczegóły, a sam uzyskawszy urlop, wyjechałem do Tarnopola, który w tym czasie został odzyskany przez nasze wojska, aby tam, na miejscu dowiedzieć się o losie mojej rodziny. Na czas mojej nieobecności dałem ordynansowi urlop z tem iż on też zajmie się poszukiwaniem mej rodziny.
Na parę dni przed wyjazdem do Tarnopola spotkałem na Marszałkowskiej brata Walerka (1882 -1934), którego nie widziałem od 1916 roku i o którym nic od tego czasu nie słyszałem. Spotkanie było oryginalne - szedłem Marszałkowską w towarzystwie p. Wandy Kosteckiej i w pewny moment stanął przed nami jakiś elegancki cywil, zwracając się do mnie: "Przepraszam Pana Porucznika, czy Pan jest d-rem Kosińskim", a gdy odpowiedziałem twierdząco zaczął mnie uściskać. Był to Walerek, którego zupełnie nie poznałem tak zmienił się za 4-e lata. Zapoznałem go z p. Wandą i poszliśmy na obiad do Kosteckich. Przy obiedzie opowiedział Walerek, że po wojnie światowej osiadł w Równem, nie mogąc dostać się do nas na Ukrainę i założył biuro techniczne oraz handel z Ukrainą solą. Podczas walk z ukraińcami w 1919 roku został zrabowany przez oddział esauła Oskirki Wołodymyra Oskiłko URL, ale po zwalczeniu rebelji ukraińskiej znów stanął na nogi i miał czystego kapitału 500.000 marek, które mu zginęły podczas podróży z Równego do Warszawy w transporcie wojskowym 3-go p.art.pol. którym jechał cofając się z Równego. Obecnie jest już od 3-ch tygodni w Warszawie i szuka skradzionych pieniędzy, ale jak do tychczas bez skutku. Dopomogłem mu dostać przepustkę do Równego, gdzie chciał jechać celem likwidacji swych interesów, a p. Wanda obiecała mu dopomóc w poszukiwaniu pieniędzy przez Komisarza Rządu p. Anusza Franciszek Anusz kierował Komisariatem Rządu na m.st. Warszawę. Urząd ten mieścił się wówczas w warszawskim Ratuszu przy ul. Senatorskiej 16. Pani Wanda w ogóle bardzo uczynny człowiek i stara się każdemu dopomóc czym tylko może.
23.IX.20 Warszawa.
Dziś otrzymałem dokument podróży do Tarnopola i wyjechałem o 20-ej kurjerem. Do Lublina jechała ze mną siostra p. Wandy Stanisława á Donau von Szpindler, która została wysłana na front jako siostra miłosierdzia. Na szczęście jechał z nami w jednym przedziale oficer francuz, z którym ona rozmawiała całą drogę, czem zwolniła mnie od obowiązku bawić ją. Byłem zadowolony z tego niezmiernie, bo 1-o nie byłem w ogóle usposobiony do rozmowy, a 2-o nie lubiłem tej siostry P. Wandy i irytowała mnie swym wyjazdem na front gdy już frontu prawie nie było - musztarda po obiedzie. We Lwowie byłem o o 10-ej 24.IX.
![]() |
| Stanisława á Donau von Szpindler archiwum prywatne |
24.IX.20 Jezierna.
We Lwowie bardzo szczęśliwie trafiłem z pociągu na pociąg i przez parę godzin byłem w Złoczowie, od którego już jechałem po frontowemu. Do Zborowa jechałem wojskowym transportem, który kilka razy wracał do Złoczowa, bo nie miał siły wdrapać się na jakąś górkę. Ostatecznie wyruszył z dwoma parowozami i nie mając znów siły wjechać na górę, z rozpaczy ...Katastrofa obeszła się bez rozlewu krwi i guzuw, a tylko skończyła się strachem, chociaż stłukłem ranną nogę, łapiąc wyskakujących w strachu dzieci. Z miejsca katastrofy do Jezierny jechałem parowozem, korzystając z "pilnego" dokumentu podruży.
![]() |
| wykolejenie pociągu rekonstrukcja AI |
W Jeziernie byłem późnym wieczorem i ruszyć do Tarnopola nie mogłem. Zmuszony nocować, udałem się do jakiegoś żyda, ale kwaterujący tam poznańczycy nie chcieli mnie wpuścić do mieszkania i tylko na moje żądanie służbowe otworzyli drzwi. Zająłem u żyda wolny pokój, pozostawiając poznańczakom ten, który był w ich posiadaniu, ale żołnierze prawdopodobnie obawiając się, iż rano podniosę sprawę o ich zachowaniu się względem oficera, wynieśli się pocichu, jak tylko zgasiłem światło, choć zupełnie nie miałem zamiaru oskarżać ich lub żądać ukarania - byłem zajęty innemi myślami, a ostatecznie rozumiem niechęć wpuszczania śród nocy kogoś obcego do zajmowanej kwatery.
25.IX.20 Tarnopol.
Rano złapałem furmankę, która jechała do Tarnopola i z nią dostałem się tam. Byłem w Tarnopolu o godz. 13 m. 30 i niezwłocznie udałem się do p-wa Sawulaków, u których wynająłem mieszkanie dla rodziny, wyjeżdżając do Warszawy celem wstąpienia do wojska. Pan Sawulak nie poznał mnie, a gdy powiedziałem kim jestem nie to wystraszył się, nie to zmieszał się i zaczął wołać żonę, mówiąc, iż przyjechał doktór. Na moje zapytanie gdzie jest moja rodzina, pani Sawulakowa oświadczyła, że pani d-wa wyjechała z Tarnopola nie podając gdzie i tylko po moim wyraźnym ponownym zapytaniu odpowiedziała - "do Rosji". Co przeżyłem w tej chwili, trudno mi określić słowami; zrozumi mnie ten tylko, kto w życiu swem stracił niespodzianie wszystko drogie i bliskie. Byłem tak zaskoczony tą wiadomością, że straciłem władzę nad sobą, nie mogłem wymówić słowa, oczy zaszły łzami i wyglądałem, prawdopodobnie, dziwnie jeśli nie strasznie, bo p. Sawulak podstawił mi krzesło, a p-i Sawulakowa pobiegła po wodę. Po chwili wróciłem do względnej równowagi i już przytomnie odczułem cały ból straty. Stanąłem przed przepaścią, przed zdruzgotanemi projektami i nadzieją. Czułem w duszy bunt. Za co, co zrobiłem, jakie przestępstwo, aby zostać tak ukaranym. Czy za to, że obowiązek przed Ojczyzną postawiłem po nad obowiązkiem przed rodziną. A tak mażyłem uścisnąć Katię i moich małych, usłyszeć ich szczebiot. Wszystko prysło jak sen. I po raz pierwszy w życiu stanęło przedemną pytanie - czy jest po co żyć, czy nie lepiej skończyć istnienie, przejść tam gdzie jest "Nic", ale gdzie niema i cierpienia. Jeślibym wiedział, że rodzina nie żyje może porwałbym więzy życia, bez żalu za życiem, ale jeśli żyją i gdzieś daleko męczą się w nędzy - czy mam prawo jednym strzałem zdjąć z duszy ciężar męki i wszystkie obowiązki w stosunku do rodziny, którą kocham. Ach, te obowiązki... Tak wiążą człowieka w życiu i tu zmuszają żyć. Trudno - muszę żyć, muszę cierpieć i szukać w nadziei, iż kiedy kolwiek zobaczę i uścisnę kochanych. Ale ten długi czas oczekiwania i szukania może zmienić nasze wzajemne stosunki, które i tak ostatni czas już psuły się na tle nacjonalnym, już zaczynała się różnica między duszą polską i rosyjską. Da Bóg iż Katia, utraciwszy żal ojczyzny swojej, pokocha nową Ojczyznę, Ojczyznę moich ojców i będziemy szczęśliwi.
Prosiłem p. Sawulaka, aby opowiedział mi wszystko, chcąc dojść powodów wyjazdu do Rosji, bo strasznie bałem się myśli, iż Katia wyjechała z pobudek nacjonalnych. Opiekował się p. Sawulak Katią i dziećmi, jak bliskiemi ludźmi, co zrozumiałem z jego opowiadania i postępowania. Opowiedział on mi, że mieszkała Katia po moim wyjeździe u nich i czuła się wraz z dziećmi dobrze, kupiła sobie i dzieciom sukienki i bieliznę i w ogóle wyekwipowała się, ponieważ uciekliśmy z Ukrainy tylko w tym co na nas było. Czuła się Katia dobrze i spokojnie, dzieci też były zdrowe. Gdy przyjechał Colbé, który otrzymał z D-wa Frontu przydział do Szpitala Koni w Tarnopolu, zawiadomił Katię, że wstąpiłem do wojska, a od siebie dodał, iż jestem bez grosza i prosiłem o wysłanie mi 2000 marek. Katia dała Colbé 2.000 marek z prośbą wysłać mi. Po powrocie do Warszawy dostałem od p. Bojerskiego 1400 marek wraz z odcinkiem przekazu od Colbé - oczywiście Colbé 600 marek zostawił dla siebie. Oprócz tego, jak twierdzi p. Sawulak, Colbé pożyczył u Katii jeszcze 5500 marek, co razem z wziętemi u mnie w Warszawie wynosi 10.600 marek. Katia w dobroci swojej dawała temu szubrawcowi pieniędzy, a on odwdzięczył się jej podłością, za którą niema dostatecznej kary: kiedy przed nawałą bolszewicką trzeba było uciekać z Tarnopola, Katia zwróciła się do Colbé o pomoc, którą on przyrzekł, ale nie wykonał - wywiózł ją z dziećmi na dworzec, obiecując dać możność wyjechać do Warszawy, przetrzymał całą noc na dworcu, a rano oświadczył, iż bez dokumentów na prawo wyjazdu z Tarnopola, wyjeżdżać niewolno, co było bezczelnym kłamstwem, ponieważ podczas cofania się nie tylko wolno było wyjeżdżać z miejscowości zajmowanych przez bolszewików, ale wojsko nawet było obowiązane dopomagać uciekającym od bolszewików. Po powrocie z dworca Colbé obiecał, iż wywiezie moją rodzinę końmi, gdy będzie wychodził ich szpital, ale ostatecznie wyjechał do Złoczowa, obiecując czekać tam na moją rodzinę. Pan Sawulak twierdzi, iż z postępowania Colbé było widać, że chce, aby Katia nie mogła wyjechać z Tarnopola i z tego powodu zwodził ją do ostatniej chwili, kiedy już faktycznie nie było możności myśleć o rozpoczęciu samodzielnych kroków do wyjazdu. Rozumi się, upuściwszy z winy Colbé czas do wyjazdu, nie mogła Katia w ostatniej chwili dać sobie rady i zmuszona była pozostać w Tarnopolu, a pan rotmistrz - oficer wojsk polskich w tej chwili, prawdopodobnie, siedział bezpiecznie w Złoczowie i przepijał pieniędzy, wyłudzone u żony kolegi-przyjaciela, któremu dał słowo honoru dopomóc rodzinie w razie potrzeby.
![]() |
| archiwum prywatne |
Po zajęciu Tarnopola przez bolszewików p-wo Sawulakowie opiekowali się Katią jak mogli; znalazły jej inne mieszkanie, gdzie nikt nie wiedział, iż jest żoną oficera polskiego. Zwróciły jej otrzymane komorne, poprosiły nowego gospodarza, aby dał Kati maszynę do szycia i Katia żyła z tego, co zarobiła szyciem bolszewikom bielizny, czekając, iż wojska polskie wrócą i zajmą Tarnopol. Ale tak żyć, nawet przy pomocy dobrych ludzi, długo było trudno, bo i ci dobre ludzie przy bolszewikach sami nie mieli co jeść.
Po dłuższem pobycie w takich warunkach postanowiła Katia wyjechać do Rosji do Kurskiej gubernji do swego ojca. Miała trochę pieniędzy, zarobionych szyciem, sprzedała mój skórzany kożuch, przy pomocy p. Sawulaka, za 20.000 rubli sowieckich, a przy pomocy jakiejś panny ukrainki, która miała znajomych w czrezwyczajce, dostała przepustkę do Rosji i wyjechała z Tarnopola do Wołoczysk samochodem, aby tam wsiąść do pociągu. Dzieci przed wyjazdem czuły się bardzo wyczerpane, bo Alinka strasznie zmizerniała od głodu, a Taniusza była po chorobie. Chciałem zapłacić p-wu Sawulakom za mieszkanie i zwrócić wszystko co od Katii brała u nich, ale nie chcieli nawet słyszeć o tem, mówiąc, iż policzymy się gdy odnajdę rodzinę. Serdeczni, poczciwi, zacni ludzie - czem zapłacę Wam za wasze serce i dobroć. Drugi pan, u którego Katia zajmowała pokój podczas bolszewików, powiedział mi, iż liczy dług Katii w wysokości 1.000 marek - oddałem mu bez słowa. Co mi teraz marki, czy złoto. Oddałbym wszystko co posiadam, aby naprawić swój błąd pozostawienia rodziny w Tarnopolu i nie wywiezienia jej, choć i przeciw woli Katii, do Warszawy. Zobaczyć je choć raz jeszcze, aby wytłomaczyć, że nie jestem winien ich męki i cierpienia, powiedzieć im, że i ja męczę się i cierpię. Boję się o dzieci, że zachorują w drodze, bo choroba w podróży po Bolszewji to po prostu śmierć. Nie zobaczyć nigdy więcej moich najdroższych - Boże. Za co ta męka. Czem powodowała się Katia wyjeżdżając do Rosji. Mówił p. Sawulak, że mówiła tak: "w Tarnopolu żyć w obecnych warunkach niema możności dalej, a dopuścić do głodowej śmierci dzieci nie mogę; polacy nie idą, czy przyjdą też nie wiadomo, a bolszewicy pewni, że Tarnopola już nie oddadzą; pieniędzy sowieckich nikt nie chce brać, innych zaś niema, za sowieckie np. chleba zupełnie nie można kupić, a kilo kartofli kosztuje 150 rubli. Jeśli zaś nawet przyjdą polacy, a wyjaśni się, że mąż zabity co wten czas będę robić - krewnych w Polsce nie posiadam, językiem prawie nie władam, a wyjechać do Rosji nie będę mogła". Rozumowanie bezwarunkowo logiczne w tych warunkach, jakie wytworzyły się zawdzięczając postępowaniu Colbé ale trzeba było wierzyć w szczęśliwą gwiazdę i zaryzykować pozostać w Tarnopolu. Przypuszczenie, że mogę być zabity wywołane było tem, że nie dostała odemnie ani jednego listu, oprócz listu z Warszawy - poczty polowe oddały mi miłą przysługę. W rozmowie u p. Sawulaka wyrwało się, że były chwile, gdy Katia przypuszczała, iż ją porzucił i że niema na kogo czekać. Alinka zaś mówiła: "Po coś Ty wyszła za polaka, a teraz on nie z nami". Nie tylko duszą, ale i rozumem odczuwam ból od słów Katii i Alinki. Jechałem z myślą zabrać rodzinę do Warszawy i dać im wszystko, co może i musi mieć rodzina człowieka kulturalnego, a usłyszałem - "porzucił". Wybaczy Ci, kochana moja, Bóg, jak wybaczam Ci ja te słowa, bo odczuwam i rozumiem i ... co musiałaś przeżyć pozostając bez wiadomości odemnie w obcem mieście i kraju. Być może kiedyś dojdą do twych rąk moje pamiętniki i czytając je zrozumiesz, że kochałem Ciebie i dzieci i że nieporozumienia nasze były wywołane różnicą poglądów na walkę za życie i istnienie, oraz tem, iż wierny testamentowi ojca-powstańca kochałem Ojczyznę więcej niż Was i życie. A Ty, kochana Alinko, być może może też kiedyś przeczytasz moje przeżycia i zmienisz swe zdanie, choć nie przeczę, iż przez twe dziecinne usteczka powiedziała prawda - tak, może, a nawet napewno, była by szczęśliwsza twoja matka nie wychodząc za polaka, ale, dziecko, stało się - połączyło nas uczucie i musimy pójść na ustępstwa, aby życie ułożyć możliwie, tem bardziej, iż w 1912 roku nikt nie wiedział i nie przypuszczał, że za 5-6 lat u Rosji stanie się Bolszewja, a nowa Polska będzie prowadzić wojnę z nią i moralnie powoła swych synów do obrony. Zapominam Cię, iż nie mieniając na przynależność do różnych narodowości, kocham twą matkę i całą duszą pragnę jej szczęścia oraz wierzę, że matka twoja przekona się do ojczyzny mojej i będzie jeśli nie polką, to lojalną do naszego Państwa, którego jestem obywatelem z krwi i kości i które kocham nie mniej niż Was. Po co wyjechaliście do Bolszewji, która nie da Wam szczęścia i spokoju, a da tylko mękę i nędzę. Zrozum co zrobił wasz wyjazd, odebrał mi ostatnią nadzieję, ostatni promyk. Wyjechałaś, Katia, i nawet nie zostawiłaś wskazówki gdzie Cię szukać. Za co takie śmiertelne uderzenie w serce. Pan Sawulak mówi, że do Kurskiej gubernji do ojca, czy siostry. Kiedy zobaczymy się - bardzo nie prędko, bo polskie wojska nie pójdą aż do Kurska, a Wrangel, czy inny Napoleon rosyjski nic nie zrobi bolszewikom. Może być przejdą lata dopóki będę mógł przyjechać do Bolszewji lub sprowadzić Was tu. Jestem pewnym, iż u siostry będzie im dobrze, ale będzie głodno i chłodno, jak w Bolszewji.
Najlepiej by zrobiła Katia zatrzymując się w Kijowie, u kogo kolwiek ze znajomych, chociaż by u p. Owanesowej, bo Kijów nie za górami i może dotrzemy tam. Nadzieja... matka głupich. Ile już razy w życiu zwodziłaś mnie. Serdecznie żałuję, że nie dałem się rozstrzelać w Żywotowie i zmyliłem czujność komisarza Mozola a wszystko nadzieja na lepszą przyszłość. Co teraz robić. Miałem nadzieję jadąc do Tarnopola, dojeżdżając do niego czułem pocałunki dzieci i uściski żony, widziałem łzy radości... i znów nadzieja zawiodła mnie. Wyszedłem od p-wa Sawulaków rozbitym zupełnie, chciałem niezwłocznie powracać do Jezierny, ale nie miałem sił szukać furmanki. Wróciłem do p-wa Sawulaków i prosiłem pozwolenia wypocząć u nich. Nie byłem zmęczony fizycznie, ale moralnie byłem rozbity i złamany oraz chciałem zostać sam w pokoju gdzie mieszkała moja rodzina, gdzie męczyła się i myślała o lepszym jutrze. Parę godzin spędzone w pełnej samotności nie dały mi ulgi, ale wróciły równowagę i hart ducha. Walka... niech będzie walka z życiem ale i za życie, za życie dobre i jasne. Nie, Los, już nie zegnę się pod twemi uderzeniami, będę walczyć - możesz mnie złamać, zniszczyć moją duszę, ale nachylić do ziemi, ujaźmić nie dam się. Będziemy walczyć. Po wypoczynku pożegnałem p-wo Sawulaków i przeniosłem się do hotelu, aby pomyśleć nad planem wyszukania rodziny.
W hotelu dostałem pokój, jak wszystkie pokoje, zrabowany przez bolszewików, ale właściciel hotelu wyszukał dla mnie bieliznę i kołdrę i starał się, aby mi było wygodnie. Siedziałem w hotelu z dręczącą myślą - co robić dalej, czy żyć i walczyć, czy przerwać nić życia. Nie myślałem o tem pod wrażeniem chwili lub beznadziejnej męki, ale już nie raz w życiu zastanawiałem się nad pytaniem: "po co istnieje człowiek" - czy tylko po to, aby męczyć się i walczyć, a później umrzeć, przejść w nicość. Jeśli tam za grobem jest tylko wielkie NIC to czy nie lepiej prędzej dostać się tam. A umrzeć tak łatwo w obecnych warunkach - jestem w hotelu, gdzie nikt mnie nie zna, gdzie nie zażądali odemnie nawet dokumentów; zniszczyć dokumenty, wszystko co mówi o mojej osobie, nacisnąć cyngiel i... koniec. Koniec mękom, cierpieniu, nadziejom i radości. Nic myśleć, nie czuć, nie przeżywać - jak to dobrze, jak spokojnie. Umrzeć, zasnąć snem bez snów, nazawsze. Czyż po to walczyłem z komisarzami, narażałem swe życie, czy po to wróciłem do Kraju i walczyłem za wolność jego, czy tylko po to, aby głupio umrzeć. Nie, wszystko jeszcze nie stracono. Jeszcze mam przed sobą życie w wolnej Ojczyźnie i mam jeszcze 30 lat. Muszę żyć, nie mam prawa odejść, bo taka śmierć zasłuży na określenie - "porzucił", ponieważ odbierając sobie życie porzucę i obowiązek względem Ojczyzny i rodziny. Jeśli rodzina żyje, to muszę ją ratować... obowiązek, tak obowiązek żyć i męczyć się. Żyć musisz, a umrzeć nie masz prawa, bo z twojej winy stało się nieszczęście.
Nieopatrznie pozostawiłem rodzinę w Tarnopolu i dotychczas dopóki nie zobaczę się z nią i nie rozmówię się, żyć muszę. Nie mogę sobie wybaczyć pozostawienia rodziny w Tarnopolu i nie zabrania jej do Warszawy, ale nie przypuszczałem, że bolszewicy będą aż pod Warszawą i że Colbé jest łotrem. Przewidywałem nasz odwrót ale nie tak daleki. Starałem się na wszelki wypadek zabezpieczyć możność wyjazdu z Tarnopola, ale omyliłem się w człowieku, który udawał mojego przyjaciela, który słowem honoru ręczył mi, że nie pozostawi mej rodziny bez opieki i dotrzymał słowa, bo zaopiekował się, ale... gotówką, posiadaną przez moją rodzinę. Czy mogłem po ucieczce z Ukrainy wieźć rodzinę do Warszawy bezpośrednio - nie, bo Warszawy nie znałem, nie wiedziałem, czy znajdę tam kogo z krewnych, nie miałem dostatecznej ilości gotówki, a i Katia wolała pozostać w Tarnopolu język którego był zrozumiałym dla niej, nie jechać do Warszawy - czysto polskiego miasta, gdzie nie dała by sobie rady prawie nie znając języka. A za 8 lat obcowania z moją rodziną mogła nauczyć się mówić po polsku, jeśliby nie robiła z siebie uporczywie rosjanki. I tak, zostaję żyć i walczyć, a umrzeć mogę zawsze, ponieważ życiem swoim rozporządzam sam.
Narazie rozpocznę poszukiwanie rodziny przez Walerka i jego żydków, a przy pierwszej sposobności i sam wyruszę do Sowdepji, choć za pokazanie się tam mogę zapłacić życiem, co mnie nie straszy - już nie raz patrzyłem w oczodoły śmierci, nie są one takie straszne, jak o tem mówią ludzie. I znowu nadzieja, ale może tym razem nie zawiedzie. Dusza jeszcze nie złamała się, można żyć nadzieją i walczyć, a kiedy dusza złami się, wtenczas... wtenczas daj Boże siły umrzeć, aby nie być ciężarem dla otoczenia, bo cóż będę wart ze złamaną duszą - ścierka, łachman, nikomu niepotrzebny, wszystkim będący ciężarem. Złe, iż nie mogę nawet napisać do Katii, bo do Rosji obecnie niema jeszcze poczty, a i adresu dokładnego też nie znam. Strach mnie ogarnia, iż dzieci moje w Bolszewji zatracą miłość do mej Ojczyzny. Alinka już stawała, kombinuje coś niecoś i ma ziarno rzucone w duszę wychowaniem polskim, choć lata pobytu w Bolszewji może zabić kiełkowanie tego uczucia, ale młodsza prawdopodobnie stanie się moskiewką. Kiedy was zobaczę, może dorosłemi pannami, które nie tylko czuć po polsku nie będą, ale nie będą rozumieć mnie i mej mowy. Straszno, ciężko. Nie zapomnę o Was, nie, bo kocham. Co ze mną dzieje się. Postanowiłem żyć, szukać, ale tracę rozum. Nie będzie nic dziwnego jeśli zwariuję. Prześladują mnie galucynacje, słyszę głos Kati, który mnie woła, nie mogę patrzeć na dzieci i słyszeć ich głosy. Nerwy czy przeczulenie. Nie, przeczulonym nie jestem, życie zahartowało mnie, nerwy, tak to tylko nerwy - trzeba przełamać się, zmusić się do spokojnego myślenia i postępowania. Boże, dopomóż i naucz, , co mam robić, jak postępować. Wyjechała, powiedziawszy: "może porzucił" - te słowa zabijają mnie. Wyszukać, znaleźć, prosić o przebaczenie, o wyjazd z przeklętej przez Boga i ludzi Bolszewji, o przyjazd do Polski, gdzie będziemy spokojni i może szczęśliwi. Widzę teraz, że nie wierzyła mi Katia, jeśli mogła pomyśleć, że porzuciłem ją. Nieszczęście mego życia to niezrozumienie przez Katię mego postępowania i ta stała niewiara w moje przywiązanie do rodziny - nie umiem mówić o uczuciu, a odczuć tego co czuję Katia nie umie. Jutro jadę zpowrotem do Warszawy i będę prosił o najrychlejsze wysłanie mnie na front, aby wraz z naszemi wojskami posuwać się w stronę Kijowa, lub w cudzych cierpieniach i krwi utopić swoje cierpienie. Napisałem list do Colbé z żądaniem niezwłocznego uregulowania długu, a po przyjeździe do Warszawy zamelduję o jego postępowaniu.
![]() |
| droga kolejowa z Warszawy do Tarnopola rekonstrukcja AI |








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.