października 17, 2026

Wojna-polsko bolszewicka 24.10.1920 - 30.10.1920

Część 7   |   Spis treści   |   Część 8   |   Część 9 w przygotowaniu

Jesienią 1920 roku autor przebywa w Warszawie, z dala od żony i dzieci pozostających w Rosji. W swoich zapiskach opisuje samotność, utratę majątku oraz tęsknotę za rodziną i dawnym życiem.

 

24.X.20. Warszawa.

 

Po kilku dniach pracy bez przerwy, bez odpoczynku mam pełny odpoczynek. Nie mam potrzeby wstawać raniutko, lecieć na pociąg, szukać cholery lub walczyć z brudami garnizonu. Dziś mogę robić, co mi się rzewnie podoba bez rozkazów i przepisów.

Ale cóż robiłem w ten dzień odpoczynku: wstałem o 11-ej, do 13-ej myłem się i ubierałem się, zjadłem śniadanie... a zatem odczułem ból i osamotnienie. W dni pracy, zawalony pilnymi sprawami, jakoś nie odczuwałem swej samotności, a w dzień odpoczynku czuję się samotnym, małym w ogromnym mieście, bez bliskiej duszy, bez tego człowieka, z którym mógłbym podzielić się swemi myślami i przeżyciami. Bliski mi człowiek gdzieś daleko w zimnej Rosji, być może już pokrytej śniegiem, może też tęskni i użala się, że niema do kogo przemówić szczerze, a może nie żyje lub myśli, iż nie żyję ja. Zło na duszy. Po obiedzie poszedłem przejść się, aby choć trochę rozerwać się i spotkałem p. Chożeckiego z Kalnika, co nie zmniejszyło mego smutku, a raczej zwiększyło, bo przypomniało Ukrainę i dobre czasy. Stanęła przed oczyma przeszłość. Zrujnowany przez rewolucję osiadłem na Kijowszczyźnie jako lekarz cukrowni i po roku miałem już swoje nieduże gospodarstwo, mieszkanie, w które tyleż my włożyli pracy i duszy, gdzie pracowali rzetelnie, aby urządzić miłe mieszkanie, gdzie ostatecznie kupiłem meble do jadalnego, saloniku i gabinetu, i wszystko musiałem wrzucić na rabunek band bolszewickich. Myślałem, iż zrywając ostatecznie z Ukrainą, powracając do ojczyzny ojców, rozpocznę inne życie, skończę z tułaczką, będę spokojny i może szczęśliwy... zawiodłem się, bo, jak narazie, mam stokroć gorsze życie, bo jestem odcięty od rodziny. Na Ukrainie po rewolucji było ciężko i niebezpiecznie, ale byliśmy razem. Otrzymać by przydział na granicę Ukraińską, było by bliżej do Kijowa i można zaciągnąć jakie wiadomości o rodzinie. A zostawać w Warszawie to będę tu siedział do nieskończoności. Czasami myślę nad naszym życiem i przechodzę do przekonania, iż nie żyłem jeszcze zupełnie. Moje życie z Katją to jakiś przydział tymczasowy. Za czasów studenckich żyliśmy bardzo dobrze, mając wszystko co nam było potrzebnym, ale ciągnęło do życia zupełnie samodzielnego. Chciało się być zupełnie dorosłym, osobiście prowadzić majątek i być niezależnym, zupełnie samodzielnym, mieć kółko dobrych znajomych, gazety, dzienniki, książki, dzieci, marzenia. Wszystkie rozbiły się. Wybuchła wojna i zamiast osiąść na swoich śmieciach poszedłem tułać się po polach walk i krwi i czekać końca wojny, aby wrócić na pola i łąki, w lasy swoje, aby ponownie rozpocząć pracę i może wrócić do Uniwersytetu, ale już w charakterze nie studenta, a profesora. Ale wojna trwała długo, przerwa w pracy naukowej przedłużała się, wpływała źle na przyszłą pracę, ziemia zaś jak dawniej dawała dochody i myśl biegła do domu, gdzie miało być szczęście. Rewolucja w Państwie Rosyjskim, rewolucja zabrała własność, przypadkowo zostawiła życie, odebrała nadzieję na zabezpieczony byt i na pracę naukową. Zniosła pojęcie własności, ale gorzej, bo zniosła pojęcie nauki, zrobiła z niej karykaturę, maszynę. Prysnęły marzenia o katedrze, o pracy dla społeczeństwa i nauki, o odpoczynku w własnym domu, na własnej racjonalnie prowadzonej gospodarce. Rozpoczęła się domowa wojna, w której nie brałem udziału, bo cóż mnie mogła obchodzić Rosja i jej przeżycia. Przyjąłem posadę, pracowałem na kawałek chleba, broniłem się sam i broniłem innych przed bolszewikami i czekałem, iż zginie bolszewizm, iż zlikwiduję posiadłości w Rosji i na Ukrainie i przeniosę się do Polski, jako człowiek dostatecznie zamożny i może tam będę mógł pracować i być szczęśliwym. Czas płynął, anarchja dłużyła się, nadzieja na możność zlikwidowania dawnych spraw i posiadłości ginęła. Przyszły wojska polskie na Ukrainę, zjawiła się pewność, iż można będzie pomyśleć o stałym miejscu zamieszkania, o swoim i jeśli nie majątku, to domu, kawałku ziemi i o spokojnej pracy. Pewność rozbiła się jak kruche szkło, Polacy cofnełi się i znów oczekiwania końca wojny i początku spokojnego życia. I tak życie idzie w oczekiwaniu życia, bo to co było i co jest przejściowe, czasowo, skończy się, a przyszłość będzie tem życiem, o którym myśli i marzy Katia wraz ze mną. A ten strach bez końca, strach za życie dzieci i żony zaraz, strach przed każdą nową bandą na Ukrainie, kiedy człowiek nie mógł zapalić światła, aby nie sprowadzić jakiegoś krasnoarmiejca, powstańca, denikinowca, petlurowca, machnowca i t.p. bandyty. Strach nie przed śmiercią, bo cóż śmierć, czy umrzeć zaraz, czy za kilka, czy kilkanaście lat jedno i to samo, ale strach przed zniewagą, przed znęcaniem się, na które niema możności odpowiedzieć, nie narażając całej kolonji polskiej na rabunek, a może i zagładę. Pół życia upłynęło, upłynie i jeszcze niemało, kiedy żyć. Może i nigdy, jeśli pobyt w Bolszewji spaczy poglądy i nastroje Kati, lub jeśli zostanie podawnemu niezłomną moskiewką.

 

25.X.20. Warszawa.

 

Byłem dziś u Baranowskiego, który powiedział mi, iż pułk artylerji najcięższej rozmieszczonej zostaje w Warszawie i jeśli chcę na front, to muszę starać się o inny przydział. Celem otrzymania przydziału do armji czynnej skierował mnie Baranowski do Naczelnego D-wa, dołączając do papierów moich i podanie moje o przeniesienie się do Bałachowicza, oraz dodając od siebie kartkę do majora, od którego zależy wyznaczenie przydziału. Major przyjął mnie bardzo uprzejmie i prosił po odpowiedź zgłosić się jutro, obiecując, iż jeśli nie dostanę przydziału do Bałachowicza, to udzieli mi urlopu, abym mógł wstąpić ochotnikiem, a narazie wyznaczył mnie adjutantem do Szefa Sanitarnego Nacz. D-wa. Adjutant, eksbelanty, nie to nie dla mnie, choć dla czego nie dla mnie, czyż adjutant nie może być poważnym, a tem bardziej adjutant generała i Szefa Sanitarnego. Poniekąd taki przydział jest zaszczytny, bo adjutant u Szefa zasadniczo major, a ja tylko porucznik. O ile by rodzina była w Kraju, może i zostałbym na tym stanowisku, robiąc karjerę wojskową, ale w obecnej sytuacji muszę odmówić się od karjery. Wieczorem przyszła do Kosteckich ciotka Szymańska pożegnać się, bo wyjeżdża do syna w Białymstoku. Pani Wanda poszła do teatru, my gadali cały wieczór. Rozmowa była dość oryginalna, słuchałem opowiadań o rodzinie, której zupełnie nie znam i opowiadałem o swoich, których oni też nie znają, ale byliśmy zadowoleni z możności wypowiedzieć co leży na sercu. Dałem pani swój adres, prosząc napisać, jak będą stać sprawy z odzyskaniem rodziny. Ciotka bardzo interesuje się moją rodziną.

 

26.X.20. Warszawa.

 

Pełnię obowiązki adjutanta t.j. nic nie robię, siedzę w adjutantskim pokoju i czasem zamelduję Szefowi o telefonogramie lub przybyciu jakiego dygnitarza. O 12-ej byłem u majora w sprawie przydziału, ale nic nie dowiedziałem się, bo major zapomniał zreferować moją sprawę i prosił przyjść jutro. Być może po to, aby znów usłyszeć uprzejme zaproszenie na jutro. Wychodząc od majora spotkałem kolegę Gankiewicza, który pracuje w wojsku jako lekarz kontraktowy. Gankiewicz, kolega mój z Uniwersytetu, syn popa z Białej, z pochodzenia Ukrainiec, ale bardzo oddany „cariu batiuszkie” i obecnie nie chce pracować w armji ukraińskiej, licząc ją bandą, jak mówi, ale mam wrażenie, iż dla tego, że ona nie ma armji. Obiecał mi Gankiewicz zajść po mnie o 16-ej, aby razem spędzić wieczór, co mi nie uśmiecha się, bo nigdy nie lubiłem tego powtarza i nic mnie oprócz tego, iż był na jednym Uniwersytecie, z nim nie łączy. Nocą czuję, iż muszę pozostać sam bez ludzi, chcę uciec z Warszawy, która już mi dokuczyła ze swym hałasem. Trzymają mnie tu niewiadomo po co, ale nie ma nic złego, coby nie wyszło na dobre. Ogarnia mnie jakaś apatia, czy melancholja, czy spleen angielski, czy rosyjska chandra, nic mnie nie interesuje i nic mi nie chce się robić. Pogoda też psuje do nastroju, po jednych jesiennych dniach rozpoczęły się deszcze i zimno. Kazano Korotce sprzedać palto cywilne, bo narazie ono mi zupełnie nie jest potrzebne, a w przyszłości, na rok czy dwa już pewno nie będzie modne. Wieczorem pojechałem z p. Wandą na Stare Miasto, odwieźć lekarstwo ciotce Szymańkiej oraz pożegnać ją. Na Starem Mieście byłem po raz pierwszy i zostałem zachwycony im, średniowiecze patrzy z każdego załamu ulicy, z każdego gzymsu domu. Wieczór spędziłem poniekąd w kółku rodzinnym, panie coś szyły, a mężczyźni rozmawiali o sprawach bieżących. Poznałem siostrę żony Bolesława Szymańskiego, pannę Rozalję Dąbrowską, która przez Szymańskich jest jakąś bardzo daleką moją krewną.

 

27.X.20. Warszawa.

 

Dziś cały dzień straciłem na starania się przenieść się do Bałachowicza. Wychodząc z domu spotkałem na schodach ppor. 42 p.p., z którym poznałem się na Ukrainie w Iljńcach w sztabie armji gen. Krajewskiego. 42 p.p. znam o tyle, iż cofając się z Ukrainy wraz wojskiem polskim korzystałem z gościnności d-wa 42 p.p. przez cały tydzień. Ppor. opowiedział mi, że ppor. Szeczkowski i ppor. Czechowicz i kilku innych oficerów pułku wpadli do niewoli bolszewickiej wraz ze sztabem 35 brygady. Ppor. Szeczkowski i ppor. Czechowicz zostali rozstrzelani przez bolszewików. Był w niewoli i nasz stały partner w winta ksiądz kapelan, ale jakoś zwiał bolszewikom. Pożegnałem ppor., bo spieszyłem do adjutantury i prosiłem go wpaść do mnie wieczorem. Dowiedziałem się od majora, iż przydziału do Bałachowicza mi dać nie mogą, bo Bałachowicz już nie jest w Armji Polskiej, a działa na własną rękę, ale mogą dać mi urlop i pozwolenie na wstąpienie do Bałachowicza, lub dać przydział na południowy front. Zastanawiając się nad propozycją, postanowiłem wstąpić do Bałachowicza, bo Bałachowicz zapowiada dalszą walkę z bolszewikami, a nasz front już nie będzie czynny, ale prosiłem pozwolenia dać odpowiedź jutro. Po wyjściu z Nacz. D-wa spotkałem oficera z bandy Bałachowicza i prosiłem poinformować mnie, gdzie mogę dowiedzieć się o warunkach wstąpienia do Bałachowicza. Dał mi oficer adres brata Bałachowicza, ale najpierw skierowałem się do redakcji rosyjskiej gazety „Swoboda”, gdzie całą godzinę rozmawiałem z redaktorem p. Złobinym. Redaktor wskazał mi gdzie mam zwrócić się w interesującej mnie sprawie, dużo opowiadał o armji Bałachowicza, zachwalając ją jako materjał bojowy, ale nie skrywając, iż jednocześnie jest to banda, a nie wojsko. Na moje zapytanie kim jest Bałachowicz, odpowiedział mi: „z Polakiem jest on Polakiem, z Litwinem, Litwinem, z Rosjaninem wielkim patriotą rosyjskim, a naogół... Bałachowiczem”, a na prośbę szczerej rady, czy warto wstąpić do Bałachowicza, powiedział: „Jestem rosyjskim oficerem, ale jeślibym miał wybierać pomiędzy polską armją, która stoi na miejscu, a bandą Bałachowicza, która rzekomo ruszy naprzód to wstąpiłbym do armji polskiej”. Gdy opowiedziałem mu, że jestem zdecydowany na wstąpienie do Bałachowicza, przyznał mi rację, ale radził: „Panu też radzę, nie brać z sobą złotego zegarka, bo być może obudzi się pan w bandzie i będzie pan świadkiem niespodzianek i awantur”. Warunki nie bardzo pociągające, ale cóż nam począć. Siedzieć i czekać nad morzem pogodą, lepiej iść do Bałachowicza i ruszyć z nim po linii wybranej przez niego na Homel, Brańsk, Moskwę. Wieczorem byłem w oddziale sztabu Bałachowicza i dowiedziałem się o warunkach wstąpienia. Stanowisko i uposażenie u nich takie jak armji polskiej. Jutro rozmawiam z urlopem i jazda do Bałachowiczowskiej bandy. Korotko mój prosi zabrać go z sobą, chce szczęścia obłowić się na bolszewikach. Dziś u Kosteckich nieprzyjemny wypadek: u pani De-Lasi, mieszkającej u nich, zginęły 2000 marek. Podejrzenie na służącą i Korotko. Sprawa nieprzyjemna, ale cóż można na to poradzić, dowodów niema, a Edward przypuszcza, iż p. De-Lasi posiała gotówkę. Zbadałem Korotko, ale wyniosłem wrażenie, iż on nie brał pieniędzy, tem bardziej znam go z tej strony, iż tam gdzie mieszka nigdy nic nie rekwiruje, a znika poza mieszkaniem. I tak jadę do Bałachowicza. Widzieć jak mordują, rabują i kradną, być wśród bandytów, ale innego wyjścia niemam. Przykro wstępować do bandy, ale cóż mam robić, jak mam odzyskać rodzinę. Dotychczas służyłem w armjach: w starej rosyjskiej, w nowej polskiej, dowodziłem bandą, ale bandą, która nie rabowała i nie kradła, spróbuję jeszcze służyć w bandzie, o której sami Rosjanie mówią, iż jest hołotą, ale hołotą waleczną. Są pogłoski, iż u Bałachowicza jest dużo Polaków i są nawet oddziały polskie. O ile u Bałachowicza będzie bardzo nieprzyjemnie służyć, wygram i wrócę do Kraju. Wieczorem był u mnie ppor. 42 p.p., posiedział chwilę i poszedł, mówiąc, iż zajdzie jeszcze, ale kazałem Korotce powiedzieć, jeżeli przyjdzie, że nie ma mnie w domu, bo chcę pozostać sam ze swemi myślami i uplanować dalsze swoje postępowanie. E, co tam martwić się i myśleć, Bóg da tak jak ma być.

 

28.X.20. Warszawa.

 

Zamelduję się u swego Szefa z prośbą o urlop dla siebie i Korotki. Daj Boże wyjść cało z tej armji-bandy Bałachowicza. O 12-ej zameldowałem swą prośbę, ale Szef nie dał odpowiedzi, a prosił przyjść po odpowiedź w sobotę 30-go października. Nie wy siłę, aby moja prośba została załatwiona odmownie, ale jakoś niewyraźnie mi na duszy. „Rubikon za mną” i cofać się nie mam zamiaru i nie cofnę się, ale jakoś na duszy markotno. Co tam, co ma być, od tego nie uciekniesz. Zawsze byłem fatalistą i wierzyłem w przeznaczenie. Lub zginę, lub dopnę swego i wrócę do Kraju wraz z rodziną, skończy się moja i jej męka. Wiem dobrze, iż idąc do Bałachowicza stawiam na kartę wszystko i albo wygram, albo zginę. Może zginę, ale zginę w bitwie, a nie w niewoli, bo do niewoli mnie bolszewicy nie dadzą rady wziąć. Edward odmawia mnie od wstąpienia do Bałachowicza, dowodząc, iż rodzinę można będzie wymienić na jeńców. Tak, może i tak, ale... ale i to bardzo duże, bo może Katia nie zechce jechać do Polski, a może i nie będzie mieć za co jechać. Muszę osobiście załatwić tę sprawę i lub rozmówić się z Katią lub skomunikować się listownie. Muszę wytłumaczyć jej z jakich powodów nie przyjechałem po nią i dzieci do Tarnopola oraz wyświetlić postępowanie Colbego. O, jeśli by Katia z dziećmi zechciała wyjechać z Rosji na żądanie Komisji wymiany jeńców, jeślibym był tego pewnym bezwarunkowo nie wstępowałbym do Bałachowicza. Nie mając zaś tej pewności, muszę osobiście jechać po rodzinę; jechać, ale może nie dojechać i zdechnąć gdzie w śniegach Rosji. Już postanowiłem, nie trzeba być nudnym. Modlitwa Katii i dzieci uratuje mnie od niebezpieczeństwa i da możność dopiąć celu. Dlaczego człowiek nie ma możności znać swej przyszłości i wiedzieć choć na kilka lat naprzód co go czeka. Trzeba, jeśli wróci Edward przed mym wyjazdem oddać mu wszystkie moje papiery. Jutro mam zupełnie wolny dzień, bo Szef wyjechał na parę dni i nie mam po co siedzieć w adjutanturze. Pójdę do służby tylko w sobotę.

 

29.X.20. Warszawa.

 

Dziś rano, jeszcze przed śniadaniem, wpadł do mnie Kulczycki z zawiadomieniem, że jedzie na Ukrainę i propozycją, abym jechał z nim. Co mi da taka pojazdka. W Kalniku napewno już nic nie zostało z mojej własności, a jeśli co i pozostało, to p. Opoków napewno schował tak, iż będę mógł zabrać i później. Przypuszczać, iż rodzina powróciła do Kalnika nie mogę, bo taki powrót byłby szaleństwem i narażeniem życia swego i dzieci. Do takiego szaleństwa Katia nie jest zdolna, bo zanadto dba o życie dzieci. Jestem prawie pewny, iż Katia w Otradnom u swego ojca, a tam prędzej mogę dostać się przez Moskwę niż przez Kijów. Prosiłem Kulczyckiego, aby powiedział Opokowi, że może prędko w Kalniku po moje rzeczy. Chodzi mi w dannym wypadku o zabezpieczenie pozostałych rzeczy, ponieważ niemam nadziei prędko być w Kalniku: najpierw wyszukanie rodziny, spotkanie się z Katją, a potem myśleć o rzeczach i dalszem życiu. Wychodząc ode mnie Kulczycki prosił przyjść do Satyru, aby razem zjeść śniadanie. Po śniadaniu Kulczycki poszedł załatwiać swe sprawy, umówiliśmy się, że spotkamy się o 17-ej. Do 17-ej siedziałem w domu, czytałem, pisałem i paliłem bez przerwy, naogół obecnie moc palę. Ponieważ Colbe dotychczas nie odpowiedział na moje listy i nie zapłacił długu, napisałem meldunek do Sekcji Weryfikacji i wyślę go przed wyjazdem do Bałachowicza. O godzinie 23-ej odebrałem depeszę od Colbe, adresowaną do Edwarda, tej treści: „Proszę zawiadomić doktora Kosińskiego, że jego dwa listy wczoraj otrzymałem. Jeśli nie będę mógł sam to natychmiast wyślę posłańca do Warszawy”. Colbe, co to ma znaczyć? Wstępnie, aby mieć on zamiar zwrócić mi pieniądze, prawdopodobnie będzie starał się jakoś udobruchać mnie. Wątpię też, iż listy moje dostał on tylko teraz, lecz prawdopodobnie dostał już dawno. W każdym razie otrzymałem na parę dni meldunek, zobaczymy co to będzie dalej. Mam wrażenie, iż Colbe jeszcze raz chce mnie nabrać.

telegram od weterynarza Colbe 29.10.1920r. archiwum prywatne

 

 

30.X.20. Warszawa.

 

O 12-ej byłem u Szefa w swej sprawie, ale Szef powiedział mi, że da odpowiedź o 12-ej. O 15-ej po rozmowie z Szefem straciłem grunt pod nogami, powiedział mi on, iż M.S.W. odmówiło urlopu, ponieważ nie może popierać przejścia oficerów polskich do Bałachowicza po podpisaniu rozejmu z bolszewikami, ale wyczuwam, iż Szef nie chce puścić mnie z Warszawy i ma zamiar zostawić u siebie adjutantem na stałe. Lecz cóż Szef, bo parę dni w M.S.W. sami mi proponowali tę kombinację z urlopem, a teraz rzekomo odmawiają urlopu. Chciałem osobiście stawić się do raportu w M.S.W., ale dziś już zapóźno i prosiłem Szefa odkomenderować mnie do rezerwy Szpitala Ujazdowskiego, ale odmówił mi i tego, zostawiając mnie narazie adjutantem. Straciłem wszystką energję i zdaje mi się, iż już nie dopnę tego, aby wstąpić do Bałachowicza. Poproszę jutro o stanowczą odpowiedź i o przydział na front, bo już mam dość adjutantury. Czuję, iż trzeba będzie zamknąć duszę na kłódkę i cierpliwie czekać na zmiłowanie Boskie. Być może jutro moje marzenia o odszukaniu rodziny. o powrocie z nią do Kraju staną się dymem, który rozwieje jesienny wiatr, a na duszy zostanie zimny, czarny węgiel, który od czasu do czasu będzie boleśnie kłuć duszę swemi ostrymi kątami i odnawiać rany, pozostałe po Tarnopolu. Życie pełne tęsknoty i żalu. Gdzie podziała się moja pogoda ducha i pewność życia dobrego i radości. Czy wróci to do mnie kiedy i ....kiedy. Co może dać mi obecny stan duchowy i co mogę dać z siebie społeczeństwu przy obecnym usposobieniu. Czyż mogę pracować normalnie i myśleć normalnie człowiek, którego myśli skierowane są tylko w jednym kierunku, w kierunku, w którym niema nawet promyka jasnego. 

Widziałem kiedyś ptaka, który był zamknięty w ogromnym pokoju, pełnym światła i kwiatów, zdawałoby się, że ptak czuje się zupełnie dobrze, lata, śpiewa, dobrze je i robi wrażenie zadowolonego ze swego losu; podpatrzyłem go, gdy pozostał sam i zrozumiałem co go męczy, smutno, gdy wschodziło słońce, za oknami jego więzienia rozpoczyna się ruch wolnych ptaków, ich śpiewy i zabawy z dziatwą, rozpoczynającą tylko latać, więzień siada na parapecie okna i długo, długo patrzy smutnym wzrokiem na wolnych współbraci; męczy się dusza jego, pokój i kwiaty wydają się mu ciemnym więzieniem.  

Miałem w Kalniku parę gili, które chowałem bez klatki; ptaszyny oswoiły się zupełnie, latały po pokojach, spały na kwiatach, siadały na biurku, gdy pracowałem przy nim i asystowały nam przy obiedzie; jednego zginął samiec, myślałem, że wyleciał, bo była wiosna i okna były otwarte; drugi ptak zatęsknił, przestał śpiewać i latać i na kilka dni cicho i smutno opuścił mieszkanie nasze. Takie i życie człowieka. Czuję się ptakiem w dużym i jasnym pokoju, pełnym kwiatów, ptakiem ze smutną duszą, która płacze widząc wolnych dzikich, ale uchowaj Bóg od doli podobnej do doli biednego gila.  

Od myśli tej robi się zimno tak, jak zimno na ulicach Warszawy. Wszystko, co ubrane niezupełnie po zimowemu, marznie i biegnie prędko, aby zagrzać się ruchem. Ale jak różne są twarze tych zmarzniętych ludzi: grupa młodzieży, wesołe, rumiane lica, oczy błyszczące, wiara w życie i przyszłość, co im mróz, wiedzą, że w domu ciepło i ciepłe słowo uścisku matki, siostry lub ukochanej. Tu dwóch dorosłych, jeden głęboko marzy o obiedzie, oczy mu się śmieją, ale prawdopodobnie nie do jedzenia, a do ogniska, do żony i dzieci, których oczekuje co z obiadem i wyglądają ojca, który tak pragnie odpocząć ciałem i duszą po długiej, żmudnej pracy. A drugi, jemu nic nie uśmiecha się: obiad w restauracji, bez apetytu i chęci, aby zjeść, bo, trzeba jeść, a pozatem zimny pokój z zimnym światłem elektrycznym i zimnemi myślami. Nic nie rozgrzeje jego duszy, nikt nie powie mu ciepłego słowa,  słowa miłości, nikt nie rozpędzi czarnych myśli i nie rozchmurzy czoła. On sam jest w tym ogromnym świecie, gdzie dużo ludzi i dobrych i złych, ale niema śród nich blizkiego, nieobojętnego dla mnie. W biurze, czy warsztacie on maszyna, która pracuje mechanicznie, robi, bo musi, a w swym zimnym pokoju, z zimnym światłem i zimnym ogniskiem - trup. O czem on myśli, gdy zostaje sam. Być może wspomina dzieciństwo, może wstaje przed nim drogie obrazy, widzi ciepły pokój, choinkę, matkę pochyloną nad stołem w kręgu światła od lampy, a może on ma żonę kochaną i dzieci, może widzi je, lubi drogie twarzy. Rozumiem jednego i drugiego, bo i sam przeżyłem dużo.  

Pamiętam i ja wieczór. Po długiej i ciężkiej pracy na epidemji tyfusu plamistego zachorowałem, już przez chorobę wyczerpany fizycznie. Po 5-iu tygodniach stanu nieprzytomnego znów powróciłem do życia. W pokoju na wysokim stoliku stoi lampa, zasłoniona fotografja ojca, aby światło nie raziło mi oczu, obok łóżka siedzi Ona ze zmęczoną twarzą, ale z radością w oczach, bo już wie, że wracam do życia, że nie odejdę od niej i dzieci, że minęły ciężkie chwile i że może będzie znów dobrze i ciepło, słonecznie. W drzwiach stoi Alinka i ciekawie przypatruje się ojcu. Tuż w pokoju jest i siostra moja, która dowiedziawszy się o jej chorobie, przyjechała, aby dopomóc Katii. Gdzie wy wszyscy obecnie i co jest z Wami. Zimno w pokoju, zimno na duszy. Za oknem jasna księżycowa noc. I znów wstają obrazy z przeszłości. Tak tamta noc też była taka jasna i widna, ale ciepła, na parę godzin przed bitwą pisałem list, a obok mego samochodu szły szwadron za szwadronem, armaty głucho stukały po kamiennych drogach, swoimi ciężkimi kołami, cicho sunęła piechota, bez gwaru i rozmów, zajmując las, jakby zalewając go stopniowo. Las cichł, jakby był wsłuchany w tajemniczą, nieuchwytną dla niego szmery, a księżycowo ciekawie przypatrywał się tej masie ludzi i dziwił się, iż widzi nie zakochane pary, a zbrojne szeregi idące na śmierć i niosące śmierć. A ja daleki myślą od tego wszystkiego pisałem list do kochanej, list który może zdążę wysłać, a może... może ze wschodem słońca spotka mnie los umierającego na polu chwały. Ale wyszedłem z bitwy zdrowym i list wysłałem.  

Pamiętam zimę, spędzoną z rodziną na froncie, przyjacielskie stosunki  z d-ca i jego żoną. D-ca został zamordowany w Moskwie przez bolszewików, a żony jego ślady straciłem. Nic nie zostało z tamtych czasów, bo nawet fotografji tych miłych i sympatycznych ludzi zostały w ręku bolszewików. Długo świat będzie pamiętał okres bolszewizmu w Rosji. Będę pamiętał i ja ten okres, ponieważ przyniósł mi moc nieprzyjemności i strat jak moralnych tak i materialnych, nieraz okres ten zaznaczył mi śmiercią. Do 13-go czerwca 1920 roku mieszkałem pośród bolszewików i jakoś żyłem jeszcze znośnie, ale po 13-m czerwca już rozpoczęło się życie złe, straciłem kompletnie wszystko, zostałem sam jeden, bez majątku, stanowiska i bez rodziny nawet. Myślałem o pomszczeniu się na bolszewikach, o wyrwaniu rodziny z ichnego raju, ale i to zdaje się mi nie uda, bo do Bałachowicza nie puszczą. Niepowodzenie za niepowodzeniem. Znów nadzieje zawodzą. Cóż ostatecznie u stu djabłów, czy ciężar nadam jakie przeżycie. Ciekawe, jestem co mi powiedzą jutro, czy odmówią stanowczo przeniesienia do Bałachowicza.


 

Część 7   |   Spis treści   |   Część 8   |   Część 9 w przygotowaniu →

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.