września 24, 2026

Łowickie wspomnienia - Irena Bar - Święch pamiętnik Łowicz 1920-1922.

← Część 5   |   Spis treści   |   Część 6   |   Część 7 

Wspomnienia z lat 1920-1922 przedstawiają ważny okres dzieciństwa autorki spędzony w Łowiczu i jego okolicach. Jest to zapis codziennego życia rodziny, nauki w miejscowym gimnazjum, poznawania miasta, jego mieszkańców, tradycji oraz otaczającej przyrody. Obok osobistych przeżyć pojawiają się w nim również wydarzenia o znaczeniu historycznym, przede wszystkim wojna polsko-bolszewicka i związane z nią poczucie zagrożenia, niepewności oraz obserwowane przemarsze wojsk i uchodźców.

Łowicz ukazany został nie tylko jako miejsce zamieszkania, lecz także jako przestrzeń kształtująca zainteresowania i osobowość młodej Ireny Bar-Święch. Wspomnienia dotyczą jej edukacji, pierwszych doświadczeń szkolnych, lektur, wycieczek oraz kontaktu z kulturą i tradycją regionu. Szczególne miejsce zajmują opisy łowickiej wsi, gospodarstw, strojów ludowych, krajobrazu oraz zabytków, takich jak Arkadia.

Łowickie wspomnienia - wiosna 1920-1922

Z Tyczyna na propozycję swojego kolegi Uniwersytetu Rolnictwa Poniatowskiego, przeniósł się mój ojciec na państwową posadę, mógł przenieść się do Warszawy i stać się jednym z wielu urzędników ministerialnych, ale zarówno sam jaki i mama, nie lubili dużych miast, a cóż dopiero ruchliwą stolicę, w której bardzo trudno było wówczas o mieszkanie.

Rodzice wybrali więc starodawne, przepiękne miasteczko Łowicz nad rzeką Bzurą.

Początkowo zamieszkaliśmy w rynku na I piętrze w dwóch dziwnych pokojach, których podłogi nie były na jednym poziomie, a ponieważ często zapomniało się o stopniach prowadzących do drugiego pokoju będącego sypialnią, zdarzały się przykre wypadki. Wkrótce też przeprowadziłyśmy się do trzypokojowego mieszkania przy ul.Podrzecznej, do ładnej jednopiętrowej willi z oficyną i dużym ogrodem, której właścicielem był emerytowany sędzia pan Gałecki Jarosław, mieszkający wraz z żoną w parterowej oficynie. We frontowej części domu parter zajmował maszynista kolejowy pan Feler z rodziną, a pierwsze piętro z dużym tarasem wychodzącym na ogród należało do nas.

Sędzia Jarosław Gałecki

„Dziennik Bydgoski”, R. XXII, 1928, nr 12, 15 stycznia 1928 r., s. 11. Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa źródło 

Po rozlokowaniu się w tym mieszkaniu ojciec postanowił zapisać mnie do państwowego gimnazjum im. Juliusza Ursyna Niemcewicza Państwowe Gimnazjum Żeńskie im. Juliana Ursyna Niemcewicza. Gimnazjum mieściło się w dawnym bernardyńskim, zabytkowym, dużym gmachu z XVI w., frontem zwrócone było ku kolegiacie, a jedynym skrzydłem przeznaczonym dla szkoły żeńskiej, dotykał ulicy wiodącej do dworca kolejowego. Część budynku zajmowało również gimnazjum męskie. Dyrektorka, a raczej jak wówczas mówiono przełożona naszego gimnazjum, była pani Bronikowska Bronisława, osoba postawna, około 60-tki, ubrana w ciemną, lub czarną suknię z kołnierzykiem pod szyją, wykończona białą tiulową riuszką mocno przymarszczona lub plisowana falbanka z cienkiej tkaniny, koronki albo tiulu, używana jako ozdoba przy ubraniach, z włosami zaczesanymi wysoko w duży kok, sięgający czubka głowy, co czyniło z niej osobę znacznie wyższą, niż była w rzeczywistości. Ta dość w moich dziecinnych oczach surowo i staromodnie wyglądająca dama po rozmowie z ojcem, zadecydowała, że powinnam zdawać egzamin wstępny, bo moje świadectwo z dotychczasowych różnych szkół, obejmowały zaledwie pierwsze półrocze, świadectwo z pieczęciami c. k. monarchii austriacko-węgierskiej, która przecież już nie istniała. Z uwagi na mój wiek nieukończonych jedenastu lat zaproponowano zdawanie do II-ej klasy gimnazjalnej.

Rekonstrukcja wyglądu Bronisławy Bronikowskiej
Rekonstrukcja wyglądu Bronisławy Bronikowskiej AI

Egzamin okazał się prawdziwą katastrofą z dwóch przedmiotów - matematyki i geografii. Dotychczas uczono mnie miar metrycznych, nie słyszałam nigdy o łokciu i calu, nie miałam też pojęcia o ułamkach. Z geografią, było jeszcze gorzej. Mogłam świetnie wyrecytować nazwy wszystkich stolic krajów monarchii Habsburskiej, wyliczyć dopływy Dunaju, ale gdy padło pytanie o pasaty, mogłam tylko milczeć. Na pomocnicze pytanie „gdzie wieje pasat?”, odpowiedziałam domyślnie: „to wiatry, które wieją na południu paskami”. Moją egzaminatorkę wprawiło to w istną furię i od razu machnęła dwa niedostateczne z arytmetyki i geografii. Ponieważ egzamin odbywał się gdzieś w połowie maja, więc pani Bronikowska zaproponowała, bym uczęszczała przez półtory miesiąca do klasy drugiej i została tam na następny rok. Wydało mi się to hańbiące, zwłaszcza że z dwóch przedmiotów polskiego i niemieckiego otrzymałam piątki, ubłagałam więc tatę, by wziął mi korepetycje i bym mogła z obu przedmiotów zdawać powtórny egzamin. Pani Bronikowska wyraziła zgodę, los mój miał się rozstrzygnąć po wakacjach we wrześniu.

Przysiadłam fałdów zawzięcie, by jeszcze uporać się przed wakacjami z matematyką i geografią. Mimo nauki oczarowało mnie swym urokiem i tętnem życia miasto, miasto tak niepodobne do znanych w Galicji mi małych, brzydkich, zaniedbanych miasteczek. To było ruchliwe i barwne, zwłaszcza podczas dni targowych. (...)

Był sierpień 1920 r. Bolszewicy zbliżali się do Modlina, Lwowa, Warszawy, do Płocka. (...)

Rościszewski wybudował, jak się śmiano pałac z gliny, opierając się na recepcie budownictwa wiejskiego wypróbowanej już w XVIII w. i podany przez ks. Świtkowskiego w jego pamiętniku historyczno-politycznym, a recepta była prosta, glinę mieszano z sieczką, robiono cegły suszone w słońcu i budowano, a mury takiej budowli miały grubość do jednego metra.

Obok tego pałacu inżynier Rościszewski ze swą panieneczką założyli winnicę, a także zbudowali na płynącej opodal rzece mały wodospad, by wykorzystać energię wodną. Gdy w okresie międzywojennym kilka razy odwiedziłyśmy państwo Rościszewskich, pani Janina niechętnie wracała do wspomnień, natomiast rada była opowiadać o obronie Płocka jej matka, dawna dyrektorka płockiego gimnazjum.

Marcelina Rościszewska kierowała Gimnazjum Żeńskim im. Hetmanowej Reginy Żółkiewskiej w latach 1908–1933.

Drzewo genealogiczne Rościszewscy
drzewo genealogiczne Rościszewscy

Dla mnie tamten okres łączył się z bardzo smutnym łowickim popołudniem, kiedy odwiedził nas sędzia Gałecki przynosząc straszną wieść, że zostało zerwane połączenie kolejowe między Warszawą a Łowiczem, a więc byliśmy odcięci od rodziców. Mój mały sześcioletni brat, ukląkł wtedy i zaczął się modlić, a potem wziął moje obydwie ręce i zaczął całować i mówić "Iruś będę Cię bronić, nie bój się, będę Cię bronił, Bozia nas nie opuści", gdy modlących i spłakanych zmorzył nas sen, obudziło nas gwałtowne kołatanie do drzwi, serca biły nam mocno, siedzieliśmy cicho jak trusie, sądząc, że to już czerwono armieńcy, gdy usłyszeliśmy głos tatusia "Otwórzcie, to my dzieci !" Istotnie rodzice ze specjalnymi przepustkami, wojskowym pociągiem wydostali się z Warszawy 17 sierpnia 1920 r., przeżywszy obronę stolicy, zwanym cudem nad Wisłą w dzień Matki Boskiej - 15 sierpnia, czyż mogła nas spotkać większa radość? Nareszcie życie zaczęło się toczyć normalnie. Wakacje znów wydawały się piękne i urozmaicone częstymi wyjazdami z Tatusiem w pobliskie okolice Łowicza.

I tak pewnego dnia poznałam Arkadię, majątek nad rzeką Skierniewką, dopływem Bzury wiejską rezydencję magnacką z elementami gospodarczymi i przemysłowymi. Duży, chociaż mocno zaniedbany park założony przez księżną Helenę Radziwiłłową w 1778 r., w stylu romantycznym. W parku zachowały się stare mury budowli, m.in. Świątynia Diany, Domek Gotycki, Akwedukt rzymski, a wszystko splecione bluszczem, dzikim chmielem, otoczone płaczącymi, sędziwymi wierzbami, bękitnymi świerkami, modrzewiem. Znaki takich znakomitych malarzy jak J.P. Norblin i A. Orłowski.

Służbowe podróże ojca po ziemi łowickiej, pozwoliły mi lepiej poznać, piękno tutejszej wsi, tak bardzo różnych od biednych, zaniedbanych, galicyjskich wiosek. Zamiast niskich, krytych słomianą strzechą chat z maleńkimi okienkami słonecznymi, chat ogaconych dla ciepła na zimę chrustem, chat, przy których tuż obok leżały kupy obornika i cuchnęło od gnojówki, w łowickim domy były duże, kryte gontem lub blachą, szalowane deskami, wewnątrz czyściutkie z drewnianą do szorowania podłogą, sklepieniem z gliny, jak bywało na nizinnych wsiach.

Dom galicyjski i łowicki 1920
rekonstrukcja AI

W reprezentacyjnej izbie, o dwóch oknach wisiały firanki, łóżka pościelone białą pościelą z haftem, z poduchami i pierzynami, izba umeblowana porządnie, meble wykonane przez wiejskiego stolarza. Z sufitu zwisała ozdoba zwana pająkiem.

Łowicka chata - rekonstrukcja 1920
łowicka chata rekonstrukcja AI

Przed domem były zwykłe, kwiatowe ogródki, ogrodzone od drogi niskimi sztachetkami, kwitnące malwą, słonecznikiem, ostróżką. Za domem zadbane gospodarskie obejścia, spichlerze, stodoła, obora i stajnia z wozownią, w której oprócz gospodarskich narzędzi, była zbita lekka bryczka, jedno lub dwukołowa, którą łowiczanie jeździli do kościoła, pięknym końskim zaprzęgiem. A konie hołubił szczególnie mój ojciec, znawca i miłośnik koni, mówił, że łowiczanie wyhodowali specjalną odmianę koni, dobrą krzyżówkę klaczy z belgijskimi ogierami i w zaprzęgu i na wierzchu o maści kasztanowej lub dereszowatej.

Łowiccy gospodarze i gospodynie dbali nie tylko o gospodarstwo rolne, ale i sadowniczą. Za domem mieszkalnym i obejściem, bywał spory sad, często z pasieką, drzewa owocowe pielęgnowano starannie, rodziły wysokogatunkowe jabłka, grusze, śliwy, nie bez kozery sadownictwo wzorowe rozwijał prof. Pieniążek w tym regionie.

Gospodarstwa chłopskie w Łowickiem były niezwykle dobrze poukładane, zapewniając dostatnie utrzymanie ich właścicielom, pozwalały na kształcenie dzieci, z których przynajmniej jedno lub dwoje, korzystało z nauki gimnazjalnej.

W mojej 3-ej klasie u J.U. Niemcewicza połowa dziewczyn pochodziła z okolicznych wsi, niektóre dojeżdżały bryczuszkami, a inne mieszkały tutaj w Łowiczu na stancji u miejscowych rzemieślników, czy kupców. Tylko część klasy rekrutowała się dzieci urzędniczych, rękodzielniczych, mieszczańskich.

Moja sąsiadka z ławki, przyjaciółką, była w gimnazjum chudziutka, drobna, jasnowłosa dziewczynka, uczesana w dwa cienkie warkoczyki tzw. mysie ogonki, Bronia Duklasówna. Jej ojciec był szewcem, szewcem łataczem, naprawiający stargane obuwie, obcasy, zelówki, Broniła wraz z licznym rodzeństwem mieszkała niedaleko Rynku. Do mieszkania wchodziło się z podwórza przez dużą kuchnię, będącą jednocześnie szewską pracownią. Pod oknem stał szewski warsztat, zydel na którym siedział Tata Broni, uzbrojony w młotek i pocięgiel, mocny pasek rzemienny, którym szewc przytrzymywał but na kolanie podczas pracy, w ostry zakrzywiony nożyk, którym odcinał płat skóry potrzebnej na zelówkę czy obcasy. W małych miskach blaszanych poukładane były gwoździe i drewniane kołki, oraz różnej długości szydła. Warsztat odgrodzony był od dalszej części kuchni kolorową, perkalową zasłoną, zawieszoną na drucie pociągniętym przez izbę.

Odwiedzając Bronię, lubiłam patrzeć na wprawne ręce jej Ojca, gdy przybijał gwoździe lub kołki do buta, nadzianego na kopyto i przytrzymywanego pocięglem. Raz nawet pan Duklas pozwolił mi na zabawę z szerokim kopytem i byłam dumna, gdy udało mi się wbić kilka kołeczków w podeszwę.

Rekonstrukcja starego warsztatu szewskiego
rekonstrukcja starego warsztatu szewskiego AI

Oprócz kilkorga młodszego rodzeństwa, miała Bronia starszą o lat chyba dziesięć siostrę Helę, która pracowała w piekarni państwa Wrzesińskich i była głównym zaopatrzeniowcem rodziny w bardzo smaczny, bieluteńki chleb, a od święta przynosiła też słodkie bułeczki i rogaliki, którymi byłam częstowana.

Pani Duklasowa była bardzo gościnna, mając dużą gromadkę do wyżywienia znajdowała zawsze dla mnie talerz smakowitej zupy jarzynowej, krupniku czy barszczu z kartoflami. Było mi trochę wstyd, że objadam tą liczną rodzinę, ale bałam się odmówić, by nie robić gospodyni i Broni przykrości. Bronia mimo domowej ciasnoty uczyła się świetnie, była prymuską, a ponieważ nadal kulałam w matematyce, uczyłyśmy się razem u nas na Podrzecznej i wtedy Bronia u nas jadła obiad, a czasem kolację. Zresztą byłyśmy prawie nierozłączne i w szkole i poza nią. Obie lubiłyśmy bardzo czytać, miałam dość dużą dziecinną biblioteczkę z książeczkami Zaleskiej, Urbanowskiej, Grimma, pożyczała Bronia dla siebie i rodzeństwa, ale prawdziwy świat lektur. otworzył się przed nami, gdy odkryłam skarbiec naszego gospodarza, przebogatą Bibliotekę pana Gałeckiego. Pochłaniałam setki książek w ciemnoczerwonych lub zielonych płóciennych obwolutach z Biblioteki Wyborowej, zatapiałam się godzinami we wszystkich ilustrowanych czasopismach Kłosy, Kronika Rodzinna, a zwłaszcza Tygodnik Ilustrowany, z którego kalkowałam przez bibułkę zdobniki drukowane komponowane przez Stanisława Wyspiańskiego, Stryjeńską, Skoczylasa i innych.

Założyłam też gruby brulion pt. „Moje lektury”, w którym zapisywałam autora i tytuł przeczytanego dzieła, krótkie streszczenie. Nie przyszło mi do głowy, że te dziecinne notatki tak bardzo ułatwią mi popisowe zdanie egzaminu z historii literatury u prof. Chrzanowskiego w 1928 roku, że swobodnie będę mówić o Calderonie i o Podróży na Wschód Słowackiego, o listach Juliusza do matki, i o wielu sprawach dotyczących polskiej kultury, o których dowiedziałam się z ogromnych artykułów z czasopisma.

Nawyk czytania pozostał na całe życie, oraz wybór lektur historyczno-pamiętnikarskich, podróżniczych i poezji. Beletrystykę umieszczałam na drugim planie, zwykle były to działa najprzedniejsze, autorzy nagradzani Noblem lub renomowani przez krytykę. Czytelnictwo wsparte notatkami rozwijało moją, a nawet bardzo dobrą od dzieciństwa pamięć, ale nie było to moją jedyną pasją.

Druga stanowiły wycieczki i bezpośredni kontakt z przyrodą, a te były wyprawy z wędką nad Bzurę, z której przyniosłam od czasu do czasu jakąś płoć, czy karasia, smażonego na kolację, a przede wszystkim odwiedzanie wraz z moim Tatą okolicznych wsi i majątków ziemi łowickiej.

Tata jako powiatowy referent rolny jeździł służbowo, lustrował majątki państwowe, udzielał fachowych porad panom ziemianom i miejskim gospodarzom. Wśród wielu takich wyjazdów oprócz Arkadii, poznałam także Nieborów z pięknym barokowym pałacem, który należał kiedyś do prymasa Radziejowskiego, potem do Ogińskich, i Radziwiłłów, zbudowany wg projektu słynnego projektu architekta Tylmana z Gameren w XVII w. Urzekał harmonią i pięknem, pałacowa fasada, mansardowe piętro, dwuspadowy dach i trzypiętrowe wieże. Jedna z prawej strony przypominała żywo boguchwalski pałac, moje miejsce rodzinne.

← Część 5   |   Spis treści   |   Część 6   |   Część 7 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.