Poniższy fragment pamiętnika jest osobistą relacją z wydarzeń wojny polsko-bolszewickiej w lecie 1920 roku. Dr Kosiński opisuje swoją służbę wojskową, przemarsze oddziału, walki na froncie oraz codzienne doświadczenia żołnierzy - od pobytu w Kowlu i walk nad Styrem po odwrót, przejście przez Bug i zajęcie Międzyrzeca. Relacja łączy szczegółowy opis wydarzeń wojennych z osobistymi wspomnieniami, obserwacjami ludzi i miejsc oraz refleksjami autora. Szczególnie interesująca jest końcowa część, dotycząca pobytu w Lublinie i powrotu oddziału do Warszawy we wrześniu 1920 roku.
8. VII. 20 - 6.IX.20 Warszawa.
Nie pisałem dwa miesiące, bo nie było gdzie i kiedy. Obecnie znów jestem w Warszawie i postaram się, posługując się mapami, wspomnieć wszystko i zapisać.
Do Zegrza jechałem parę godzin, jadąc wraz z kolegą Szumskim, który też jechał do Zegrza pożegnać brata d-cę kompanji jakiegoś pułku. Gdy przyjechałem do Zegrza oddział nasz był już w pogotowiu i oczekiwał na wagony, aby ładować się. Do mnie podszedł jakiś porucznik i poprosił przyjąć materjał sanitarny pod moją opiekę. Oznajmił mi on, iż jest nowym dowódcą, ponieważ kpt. Marszałek dostał inny przydział. Zająłem się natychmiast swoim działem i zostawałem przy nim, aż do załadowania go w wagony. Wyjechaliśmy z Zegrza późnym wieczorem w kierunku Kowla. W drodze poznałem oficerów naszego oddziału. Najsympatyczniejszym wydał mi się d-ca K.M. ppor. Wanke
Ryszard Stefan Wanke (1894 - 1940)
d-ca K.M. – Dowódca Kompanii Karabinów Maszynowych
(ciężkich karabinów maszynowych – ckm)
ppor. – Podporucznik
(w tym stopniu służył na froncie i został później przeniesiony do rezerwy)
, z którym i później byłem w przyjacielskich stosunkach.
Warto przeczytać materiał uzupełniający, by zrozumieć, tą część historii.
Oddziałem dowodził por. Latour, może i dobry d-ca, ale człowiek bez wychowania i taktu, co odstręczało od niego oficerów, choć i starał się przyciągnąć ich do siebie.
Adjutant ppor. Gregorowicz, sympatyczny chłopiec, z którym zostałem do końca w najlepszych stosunkach, ale straszny maruda, a z moim charakterem, zawsze czynnym, trudno z marudą użyć się. Z tego powodu bardzo często dopomagałem mu w pracy i często byłem faktycznym adjutantem.
D-ca 1-ej komp. por. Grele - o nim mogę powiedzieć, bo prawie nie znałem go, ale wrażenie zrobił na mnie dodatnie. Skończył on swoje istnienie w sposób niemiły: zachorował na czerwonkę w czasie pobytu na linji i, nie zważając na chorobę i silne osłabienie, oraz na prośby wszystkich, nie chciał opuścić stanowiska do ostatecznego wyczerpania sił i wyjechał do szpitala już w takim stanie, iż wątpiłam czy dojedzie. Umarł w Radomiu w dzień przybycia do szpitala. Cześć twojej pamięci cichy bohaterze.
D-ca 2-ej komp. ppor. Dudek - człowiek, zdaje się mało inteligentny, zamknięty w sobie, rzadko bywał w sztabie; znałem go mało, choć w stosunku do mnie był bardzo uprzejmy.
D-ca 3-ej komp. ppor. Fronczak - zawsze uśmiechnięty, z żartem na ustach i wesołym błyskiem oczu wnosił promień słońca w samych ciężkich chwilach; jego lubili wszyscy i on często odwiedzał sztab. Fronczak interesował mnie i z poglądu lekarskiego - człowiek, który nigdy nie pocił się, nawet w największy upał, oblewał się strugami potu gdy jadł śledzia lub co słonego.
D-ca 4-ej komp. por. Orleański - stary legionista, zupełnie nie przypominał dziewicy, był zdrowy jak wół i zawsze w dobrym humorze, nie grzeszył odwagą; z nim też byłem w bardzo dobrej komitywie, ale raził mnie swoją ordynarnością.
D-ca K.M. ppor. Wanke - o nim już mówiłem i dodam tylko, że jemu stale nie powodziło się, co tłumaczę nieznajomością z dowodzeniem K.M. i młodością. Było u nas jeszcze dwóch oficerów:
subaltern 1-ej komp. ppor. Szewczenko, człowiek marzący o niebieskich migdałach. On ostatni czas pełnił obowiązki adjutanta, ponieważ Gregorowicz po wyjeździe Grelego zajął jego miejsce, ale de facto adjutantem byłem ja i nawet klucze od kasy były u mnie.
Drugi subaltern K.M. ppor. Tomankiewicz nigdy nie był w K.M. a pełnił przy Latourze obowiązki oficera do zleceń i robił na mnie wrażenie człowieka, który przy każdej sposobności wykorzysta sytuację na swoją korzyść.
Było u nas jeszcze i dwóch podchorążych, o których mało mogę powiedzieć, bo oni nie trzymali się towarzystwa oficerów, choć zawsze byli zapraszani i przez nas i przez d-cę. Jednego z nich prawie nie znałem, ponieważ on zachorował zaraz po przyjściu na front i został wysłany przezemnie do szpitala. Miałem z nim tylko jedną rozmowę w parę dni po przybyciu do Kowla: pełnił on obowiązki oficera kasowego, miałem do niego jakiś interes, odpowiedział mi coś dość ostro na moje zapytanie, postawiłem go na baczność i zjechałem. Od tego czasu zrobił się bardzo uprzejmy w stosunku do mnie. Powrócił do nas już w Warszawie po zlikwidowaniu oddziału.
Drugi podchorąży Karwowski był oficerem prowiantowym i pełnił swe obowiązki nie bardzo dobrze. Do mnie czuł jakiś strach i starał się dogodzić mi we wszystkiem, może dla tego, że był zależny odemnie służbowo. Do Kowla przyjechaliśmy nie mając koni i siodeł.
Z dworca do miasta przewiozło nas D-wo Frontu samochodami. Mieszkanie dostałem u żydów, których za cały czas pobytu w Kowlu nawet nie widziałem, ambulatorjum zaś ulokowałem w domu obok mieszkania i rozpocząłem pracę.
Oddział oprócz zadań partyzanckich otrzymał odcinek linji obrony Kowla. Bratctwo ruszyło do okopów. W Kowlu staliśmy dwa czy trzy dni i za ten czas zrobiłem przegląd ludzi, popełniłem braki sanitarne ze Składnicy Frontu, kupiłem co mi osobiście było potrzebne i mogłem ruszać na wojenkę. Jadałem w sztabie oddziału wraz z d-cą i adjutantem. W Kowlu było dość głodno i wszyscy narzekali o wyjeździe na linję.
Za ten krótki czas bliżej poznałem moich pomocników. Głównym pomocnikiem był sierżant sanitarny Skonieczny, złodziej z pod ciemnej gwiazdy. Takie miłe wrażenie zrobił na mnie przy meldowaniu się u mnie i wrażenie to nie zawiodło, a zostało stwierdzone faktami.
Drugi pomocnik mój - medyk Szestakowski, żydok, tchórz i kombinator. Sanitarjasze byli i dobrzy i źli.
W Kowlu miałem wypadek, o którym wspominam z przykrością: d-ca poprosił mnie, abym pojechał do Sztabu Frontu po szkic odcinka, który miał obsadzić nasz oddział; po przybyciu do sztabu, wszedłem do lokalu, odsalutowany przez wartę, ale w sztabie nikogo nie znalazłem; obchodząc zaś pokoje i szukając żywej duszy, zobaczyłem na stole mapę linji obrony Kowla, zrobiłem potrzebny mi szkic i powróciłem do oddziału. Mam wrażenie, że tak samo mógł w przebraniu polskiego oficera przedostać się do sztabu pierwszy lepszy bolszewik. Zrobić potrzebne mu szkice i, otrzymując po drodze honory od warty, powrócić do swoich.
Z Kowla, dostawszy tam jakąś ilość koni i siodeł, ruszyliśmy, wysłani na gwałt, do st. kol. Rożyszcze, skąd mieliśmy iść na linję pod Łuck. Nocowaliśmy w kolonji Kniahinek, gdzie nasze patrole zarekwirowały moc koni w lasach. Z tych koni wybrałem sobie wierzchowca i jeździłem na nim jakiś czas naoklep, bo siodeł było tak mało, że wydane zostały tylko podjazdom i wywiadowcom. Pod Łuckiem zatrzymaliśmy się też niedługo, tylko dwa dni, a zatem przerzucili nas po Styru do st. Liniewicze celem obsadzenia wsi Nawóz. Marsz był forsowny, ponieważ chodziło o zatkanie jakiejś dziury. D-wo zatrzymało się we wsi Gruziatynie, a oddział obsadził odcinek Nawóz-Borodicze.
Na drugi dzień po przybyciu do Gruziatyna d-ca, ja i dwóch oficerów artylerji, oraz dwóch ordynansów z nami, pojechali obejrzeć nasze pozycji. Jechać trzeba było odkrytą łąką, która kończyła się polem, zasianym żytem. Gdy dojechaliśmy do żyta, ogrodzonego płotem z drutu kolczastego, i jeden z ordynansów rozpoczął szablą rąbać drut, aby dać możność koniom przejść, wtenczas na drugim brzegu Styru, gdzie znajdowały się okopy bolszewików nad brzegiem, zamówił karabin maszynowy, posyłając nam powitanie rojem kul. "Z koni" i za chwilę my w życie, a ordynansi marsz-marsz z końmi za linję ognia. Szczęśliwie nam przeszło powitanie, bo bez krwi koni i ludzi. Karabin maszynowy bolszewików stale nas pilnował i wystarczało komu kolwiek z nas poruszyć się w życie lub podnieść się z rowu, którym było okopane żyto, lub nawet podnieść tylko czapkę, jak kule rozpoczynały znów swój koncert nad naszemi głowami. Siedzieliśmy w rowie parę godzin od czasu do czasu wysuwając się z niego, aby przez lornetkę obserwować brzeg nieprzyjaciela. Odwrót musieliśmy odbyć na brzuchach po łące, bo podnieść się było niesposób, i tylko, odsunąwszy się dość daleko, pobiegli do koni. Powróciliśmy do Gruziatyna, zjedli obiad i wyruszyli do por. Grelego do Borowicz, gdzie zbadali pozycję bez przeszkód ze strony bolszewików. W ten dzień zrobiłem z oficerami artylerji handel zamienny - za flaszkę jodyny dostałem dość dobre siodło.
Z Gruziatyna przerzucili nas do wsi Kopyle celem wzięcia udziału w wypadzie, ochrony przeprawy przez Styr i dokuczania drobnemi wypadami bolszewikom. Wypad w tyły bolszewików miał robić 5 p.p. 5 Pułk Piechoty Legionów, który dotychczas pilnował przeprawy, a obecnie został wysunięty na drugi brzeg Styru, broniąc przechodzenia mostowego.
Przechodząc do Kopyle, naszą poprzednią pozycję zdaliśmy jakiemuś pułkowi piechoty, a sami obsadzili linję Kopyle-Borodicze. Do Kopyle przechodziliśmy ciemną nocą, idąc samym brzegiem Styru i widząc jak na dłoni posterunki i placówki bolszewików, którzy nie spodziewając się naszego przejścia pod ich nosem, nie zwracali uwagi na nasz brzeg i w najlepsze palili ognie. Przeszliśmy bardzo cicho, nie paląc papierosów i nawet nie rozmawiając. Osobiście takie ostrożności liczyłem za zbędne, ponieważ wojna polsko-bolszewicka była wojną, w której przejście pod lub za linją nieprzyjacielską nie było rzadkością. W Kopyle bolszewicy nie dokuczali nam zbytnio, tylko co noc oddawały do nas parę strzałów armatnich, ale zawsze bez skutku i tylko w nocy wypada 5 p.p. armatny nam przerwać sen i ochować się do okopów. Muszę to stwierdzić, że naogół bolszewicy zachowywały się podczas wojny bardzo przeszwoloie i okopy byli dobremi sąsiadami, w nocy przeważnie spały słodko i innym nie przeszkadzały, my zaś płacili im czarną niewdzięcznością, robiąc nocne wypady i przerywając im sen. Pobyt nasz w Kopyle odznaczył się tem, że 5-6 dni nie mieliśmy chleba i otrzymali go przed samym wyjściem, ale chleb ten był nadzwyczajny: czarny jak święta ziemia, niewypieczony i spleśniały. Miałem zamiar zabronić wydanie tego chleba, ale ze względu na to, że 5-6 dni byliśmy bez chleba, pozwoliłem wydać, czego żałowałem później. Po użyciu tego chleba dużo żołnierzy przechorowało, przechorowałem i ja. Nie zważając na bardzo pomyślny wypad 5 p.p. otrzymaliśmy rozkaz cofnięcia się na linję Stochodu celem bronienia odcinka między Styrem a Stochodem w okolicy wsi Nawóz. Wycofywaliśmy się z Kopyle późnym wieczorem. Ja z d-cą wyjechałem pełnym kłusem do Gruziatyna naprzód, aby tam zbadać pozycję i rozdzielić odcinki. Po półgodzinnej jeździe kłusem zrobiło się mi bardzo niedobrze i czułem, że prawie nie mogę jechać. Chleb intendencki dawał się we znaki. Przez dłuższy czas jechałem, cierpiąc ból, ale minowszy duży las i wjechawszy na poręby, poprosiłem d-cę pozostawić mnie i jechać bezemnie, ponieważ pojadę stępa. Nie chciał mnie zostawiać, widząc, że jestem chory, a oprócz tego w lesie mogły już być podjazdy bolszewickie, bo cofając się my nie zniszczyli mostów. Pozostawienie mostów niezniszczonemi tłumaczy się tem, że dostawaliśmy rozkazy sprzeczne co do mostów i ostatecznie nie wiedzieli czy mamy niszczyć czy nie, tem bardziej, iż 5 p.p. po wypadzie jeszcze niezupełnie wycofał się z tamtego brzegu. Jechałem, po rozstaniu się z d-cą, wolno stępa, oblewając się zimnym potem i czując się strasznie osłabionym, a przez jakiś czas, tracąc prawie przytomność, zwymiotowałem. Z wielkim wysiłkiem trzymałem się na koniu i jechałem leżąc na szyi wierzchowca. Pomalu dotarłem do Gruziatyna i pojechałem do izby chorych, gdzie kazałem rozstawić nosze i spałem na nich do rana. Izba chorych już od kilku dni była w Gruziatynie.
Na punkcie opatrunkowym byłem do obiadu, nie mając ani jednego rannego, bo i na linji prawie nie było ognia. O godz. 14-ej przyszedł po mnie d-ca, prosząc na obiad i odprawę oficerską. Na odprawie d-ca nieznacznie zmienił linję naszego odcinka i, stosując się do tej zmiany, przeniosłem punkt opatrunkowy do chałupy obok d-wa, wiedząc, iż d-cy zależy abym byłem bliżej do sztabu. Wieczorem mieliśmy 2-ch lekko rannych i jednego zabitego. Noc spędziłem na świeżem powietrzu. Rano jeździłem na linję do chorego por. Grelego i po drodze zostałem obstrzelany przez bolszewików. Będąc u Grelego, widziałem ładny atak na bagnety jakiejś kompanji naprawę od naszego odcinka. W ten dzień miałem kilku lekko rannych i dwuch ciężkich, z których jeden był rannym w głowę bardzo ciężko, tak że nie miałem nadzieji, że dojedzie do czołówki. Po obiedzie wysłałem rannych do czołówki w Hołobach nie zważając na deszcz, który lał od kilku dni i nie zaprzestał aż do naszego wyjścia z Nawozu. Chodziliśmy mokre, brudne i zli.
Dzień wyjścia naszego już był wyznaczony i zmienić nas miał 27 p.p. W dzień zmiany bolszewicy, prawdopodobnie mając o zmianie oddziałów wiadomości, raptownie zaatakowały nas o 10-ej. Na atak bolszewików odpowiedziała nasza artelerja, głusząc nas, bo ulokowała się tuż obok d-wa. Gros sił bolszewickich uderzył w nasze lewe skrzydło, na którym był 157 p.p. rezerwowa i ochotnicza formacja Wojska Polskiego. W/w pułk nie wytrzymał uderzenia i porzucił okopy, odkrywając front i artelerję. Sytuacja w jednej chwili wytworzyła się dla nas bardzo niepomyślna; d-wo zostało otoczonym z 3-ch stron i mieliśmy bolszewików o 200-300 mtr. Do odwrotu zostawała nam jedna jedyna droga w stronę Styru, za którym też byli bolszewicy. Cofanie się w stronę Styru dawało możność, idąc jego brzegiem, odchodzić w kierunku Kowla, ale ten odwrót mógł odbywać się tylko pod flankowym ogniem z za Styru. O cofaniu się w takich warunkach, mając przy sobie wszystkie tabory bojowe i punkt opatrunkowy, trudno było myśleć, a oprócz tego nie pozwalała nam ambicja wycofywać się z pozycji po pierwszym ataku. D-ca, po naradzie ze sztabem, postanowił bronić się do upadłego, wysyłając tylko tabory i punkt opatrunkowy do pobliskiego lasu, położonego na drodze do Janówki, dając im jako osłonę 1-ą komp. pod ppor. Gregorowiczem.
Wysyławszy punkt opatrunkowy wraz z taborami i pozostawiwszy tylko kilka opatrunków w siodle, skierowałem się do sztabu. Sytuacja dla nas niepomyślnie w dalszem ciągu: od strony Jabłonki bolszewicy byli o 100-150 mtr. uporczywie zatrzymywana przez nasz oddział, który miał zupełnie odkryte lewe skrzydło i w każdej chwili mógł zostać otoczonym; od strony Gruziatyna i Styru bolszewicy posunęli się tak blisko, że nasze tradjery formowały się pod osobistym dowództwem por. Latoura na ulicy wsi. Latour oddawał rozkazy tradjerom, stojąc na ganku sztabu. Kule gwizdały dokoła i obijały tynk z chałupy i ganku sztabu, pociski rozdrażyły się tuż obok d-wa, a my t.j. d-ca, ja i adjutant ulokowali się na ganku d-wa, odgrodzonego od bolszewików tylko wysoko rosnącą fasolą. Przygotowaliśmy rewolwery do ostatniej walki i ostatnią kulę dla siebie, bo do niewoli bolszewickiej nikt nie miał zamiaru oddawać się i ryzykować na męki i znęcanie się, a może i katusze.
O postępowaniu bolszewików z jeńcami "białogwardzistami" wiedziałem jeszcze z rewolucji rosyjskiej i czasów walk na Ukrainie, a oraz i sam stałem "pod stienkoj" w 1919 roku.
Po drodze na front poinformowałem naszych oficerów o postępowaniu bolszewików i swemi opowiadaniami zniechęciłem ich do niewoli bolszewickiej. W każdym razie postanowiłem nieodwołalnie nie oddawać się do niewoli do czego mnie jeszcze skłaniało i to, że Kijowszczyzna nie zapomniała o moich walkach z komisarzami i o rozstrzelanych z mego rozkazu 41 komisarzu, a pamięć o moich "kontrrewolucyjnych" występowaniach, w razie poznania mnie w niewoli bolszewickiej skończyć się musiała dla mnie nader nieprzyjemnie. Poznać mnie zaś mogli bardzo łatwo, ponieważ przeciwko nam stał pułk Taraszczański 2 Taraszczański Pułk Strzelców t.j. składający się z mieszkańców tego powiatu, w którym grupowałem w roku 1918 -19, jako d-ca oddziałów przeciwbolszewickich. Podczas tych przygotowań do ostatniej walki, otrzymałem meldunek, iż są ranni i znajdują się w lesie. Pod deszczem z nieba i pod ulewą kul i pocisków, po strasznym błocie ruszyłem do rannych. Kroków 80 musiałem biec odkrytym polem, będąc dobrym celem do obstrzału, ponieważ w tym ogniu siadać na konia było bardzo ryzykownym. Ordynans biegł z koniem za mną, a bolszewicy skierowali do nas taki ogień, jakbym był co najmniej Naczelnym Wodzem. Dopadłszy mniej obstrzeliwanego miejsca, wsiadłem na konia i popędziłem do lasu, ale widocznie pędziłem zawolno, aby opędzić kule, bo dopadła mnie jakaś zabłąkana i ulokowała się na wypoczynek w moim lewym udzie. Poczulem narazie uderzenie i gorąco i tylko później stwierdziłem ból w udzie i... mokro w bucie.
Po drodze do lasu zobaczyłem ppor. Wanke przed dużą grupą żołnierzy 157 p.p. którym coś usilnie tłumaczył. Dojechawszy dowiedziałem się, iż Wanke namawia łazików, którzy porzucili okopy, do powrotu na linję. Rozumi się przemówienie Wanke skutku nie miało - trudno wmówić w człowieka, opanowanego paniką, aby poczuł się bohaterem i powrócił do możliwości śmierci, od której przed chwilą zwiał. Tu trzeba mówić nie do uczuć obowiązku i patrjotyzmu, a zmusić siłą, dać odczuć, że jak tam tak i tu może być śmierć z tą tylko różnicą, że tam śmierć zaszczytna, a tu haniebna. Zastosowałem teorję na praktyce z dobrym wynikiem - wydobyłem rewolwer i oświadczyłem tonem stanowczym, iż jeśli natychmiast nie wrócą na linję, strzelę pierwszemu w łeb; Wanke poszedł za moim przykładem i chłopcy, widząc energiczną postawę naszą, choć odciągając się i powoli ruszyli z ppor. Wanko na pozycję. Ja zaś pojechałem do rannych oraz zrobić sobie opatrunek, bo czułem iż w bucie zupełnie mokro od krwi.
Po drodze zawróciłem jeszcze kilkunastu żołnierzy 157 p.p. Po zrobieniu opatrunków rannym, zająłem się własną nogą - stwierdziłem, iż jestem bardzo lekko rannym, ponieważ kula doszła tylko do kości i zetknąwszy się z nią zatrzymała się. Przy pomocy medyka, któremu trzęsły się ręce ze strachu, wydostałem kulę i zabandażowałem nogę. Po opatrunku przeprowadziłem badanie jeńców /pełniłem obowiązki oficera wywiadowczego/, zostawiłem przy rannych st. sanitarjusza, kazałem medykowi wziąć jedną furmankę z niezbędnym materjałem sanitarnym i wraz z nią skierowałem się w stronę bitwy.
Wracałem ponownie pod ogniem bolszewickim, ale już znacznie słabszym, z czego wywnioskowałem, że nasza sytuacja poprawiła się. W sztabie dowiedziałem się, że baon 5 p.p. wraz z częścią naszego oddziału zatkał dziury, zrobioną przez cofnięcie się 157 p.p. i odrzucił bolszewików na stare pozycje. Bolszewicy jeszcze parę razy próbowali nas atakować, ale bez skutku. Widząc pomyślną sytuację dla nas, urządziłem punkt opatrunkowy w chałupie obok d-wa i rozpocząłem opatrywanie rannych. Rannych miałem 12 naszych i 26 bolszewików. Robota szła marnie, bo będąc sam rannym, miałem do pomocy medyka, który ze strachu nie potrafił co kolwiek robić, i jednego sanitarjusza, ale jakoś dałem sobie radę.
Zapytałem jednego z jeńców za co i po co oni prowadzą wojnę - odpowiedział mi, jak odpowiadali i carskie żołnierze: "Komisary prikazali, a za czto - Bog jego znajet".
Byłem głodny, a jak polak głodny, to zły. Złość wylałem na d-cę: poprosiłem go, aby kazał przywieźć obiad dla rannych na co otrzymałem odpowiedź iż niebezpiecznie jest podwozić tu kuchnie, a jednocześnie zapraszał mnie na obiad do sztabu; oburzył mnie takim powiedzeniem i, zapominając o subordynacji, rzuciłem mu przy wszystkich: "Pan ma obiad, u ranni mokre i zmarznięte muszą leżeć głodni". Za 15 minut miałem obiad dla wszystkich rannych i jeńców. Kazałem dawać obiad najpierw naszym żołnierzom, a później bolszewikom, ale widząc, że nasi dzielą się z jeńcami, rozporządziłem się dawać wszystkim bez wyjątku i kolejki. Dziwny jest człowiek - przed godziną gotów był zabić jeden drugiego, a po skończonej walce dzieli się z wrogiem ostatnim kawałkiem chleba. Tak, bo to walka narodu, rządu, a nie walka osób. Zachowanie się rannych dowodzi, iż naród nie czuje nienawiści lub niechęci do narodu, a idzie do walki przeciw masie, która jest państwem i rządem wrogim. Dowodzi to, że przy porozumieniu się narodów bezpośrednio lub po zniesieniu granic państw może zaniknąć nazawsze potwór wojny.
Wieczorem dostaliśmy rozkaz, że nas zluzuje 27 p.p. a my odejdziemy do rezerwy na wypoczynek oraz dopełnienie koni. Natychmiast wyprawiłem wszystkich rannych do wsi Sielco, gdzie wraz z taborami mieli czekać na nas. W ciągu nocy 27 p.p. nas zluzował i ze świtem wyruszyliśmy drogą do Kowla. Za Wielickiem dołączyły się nasze tabory i Skonieczny zameldował mi, że w Sielcu zmarło dwuch rannych – jeden bolszewik, którego pochował we wsi, a drugi nasz, pochowany w lesie pod Wielickiem, jako "nieznany żołnierz", ponieważ, podniesiony przez sanitarjuszy naszego oddziału, nie miał przy sobie żadnych papierów i, będąc ciężko rannym, nic nie mówił. Po odpoczynku i oddaniu honorów wojskowych mogile "nieznanego żołnierza, zjedliśmy obiad i ruszyli dalej.
Nocowaliśmy w Radoszynie, gdzie przyjechałem z gorączką 39,5 i, nie szukając już mieszkania sztabu, położyłem się spać w pierwszej lepszej chałupie. Myślałem, że ciepłota podniosła się od rany i uciekcia wczorajszego, ale po paru dniach stwierdziłem z przykrością malarję, która męczyła mnie aż do Lublina i powtórzyła się w Warszawie. Nie zważając na malarję i ranę nie wyjechałem do szpitala, a do ostatniego momentu pozostawałem w oddziale, nie mając w dodatku chininy i nie lecząc malarji. Z Radoszyna wyszliśmy o 12-ej w stronę Kowla, zostawiając w Radoszynie izbę chorych i część rzeczy, po które d-ca na drugi dzień miał przysłać furmanki. Zrobiono było tak z powodu przemęczenia koni taborowych i niemożności zarekwirowania furmanek gospodarskich ponieważ włościanie podczas naszego cofania się w 1920 roku chowały nie tylko konie po lasach i bagnach, ale i wozy lub koła od wozów. Postępowanie włościan tłumaczy się częściowo tem, iż bały się, że będą zmuszeni jechać z furmankami daleko od domu i niewiadomo kiedy powrócą, a częściowo i wrogim usposobieniem do wojska polskiego, bo dużo włościan, a osobliwie na kresach wschodnich, oczekiwało bolszewików jako niosących rządy włościańskie i pełną wolę bez podatków i obowiązków względem państwa. Po skosztowaniu raju bolszewickiego ci sami włościanie napraszali się z końmi i furmankami, obsypując żołnierzy i konie pokarmami podczas odwrotu bolszewików i dopomagali wojsku w wyłapywaniu bolszewików, pilnowaniu jeńców i odstarczaniu ich.
Rannych wszystkich wysłałem do Hołób. Kowel powitaliśmy późnym wieczorem, gdzie natychmiast dały nam znać z D-wa Załogi, że 27 p.p. nie wytrzymał nacisku bolszewików pod Nawozem, dał im możność przerwać front i cofnął się za Mielnicę, którą bolszewicy już zajęli i są oczekiwani narano w Radoszynie. Musząc ratować izbę chorych i pozostawione rzeczy, daliśmy koniom taborowym wypocząć parę godzin i wysłali furmanki zpowrotem do Radoszyna. Nad ranem o godz. 3-ej furmanki przywiozły rzeczy i izbę chorych. Musiałem wstać, aby wyprawić izbę chorych do Chełma, zostawiając przy sobie tylko jedną furmankę z punktem opatrunkowym, ponieważ Kowla bronić nie przywidywało się. Spałem w tę noc zaledwie parę godzin, ale po wysłaniu izby chorych już nie kładłem się, bo oddział nasz musiał zajmować odcinek obrony Kowla, mając za zadanie osłaniać odwrót z Kowla i wyjść z niego ostatnim po wysadzeniu mostów i podpaleniu stacji kolejowej. Nasz wypoczynek w rezerwie wzięli djabli. Kowel opuściliśmy w dnie i nad ranem po zniszczeniu mostów i podpaleniu stacji, odchodząc powoli i odstrzeliwując się bolszewikom, robiąc małe wypady i nie pozwalając nieprzyjacielowi naprawiać mostów.
Do Lubomla szliśmy z bardzo małemi wypoczynkami i tylko w Lubomlu dali nam wypocząć 4-e godziny. Czułem się bardzo zmęczonym i osłabionym, męczyła mnie malarja i dokuczała rana. Malarja rozpoczynała się u mnie o godz. 13-ej i trzęsła mną do 7-ej. Nie zwracając uwagi na ból w nożnej i malarję jechałem konno, bo nie chciałem, aby żołnierze myśleli, że oficerowie pozwalają sobie jechać furmankami, gdy żołnierze muszą iść, ponieważ konie były wyczerpane. Marsz do samego Bugu był szalony: odpoczywaliśmy na dobę 3-y godziny, po 1 1/2 godziny na obiad i kolację oraz sen, jednocześnie walcząc bez przerwy z bolszewikami, którzy posuwały się za nami trop w trop. Przeszliśmy Bug, zatrzymując się w Dorohusku. Bardzo chciałem widzieć nasze przejście przez Bug, który tyle razy w historji naszej odegrywał rolę, ale nad ranem czułem się tak wyczerpanym, że położyłem się na wozie i jechałem pół drzemiąc, pół przytomny. Obudziłem się i odzykałem przytomność już w Dorohusku, gdzie miał być dany nam dłuższy wypoczynek. Tu nocowaliśmy, co prawda w pogotowiu bojowym. Wieczorem w Dorohusku był alarm, ponieważ jakiś poznańczyk wyskoczył na ulicę jak warjat z krzykiem, że bolszewicy przeszli Bug, a faktycznie był to Bałachowicz ze swą bandą Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883–1940) był dowódcą wojskowym pochodzenia białoruskiego, znanym przede wszystkim z udziału w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r..
Po nocnym wypoczynku w Dorohusku, wyruszyliśmy do Chełma gdzie i przybyli wieczorem zatrzymując się w koszarach. Cofając się z Kowla bardzo pośpiesznie musieliśmy położyć część taboru i między nim kasę oddziału. Pomiędzy zabrało do pakunku siodła i kieszeni, a meldując d-cy, że rozkaz wykonałem i podniosłem w Kowlu wóz kasowy i jeszcze kilka wozów, zapomniałem powiedzieć o gotówce i dokumentach kasowych. Na mój meldunek dostałem rozkaz sporządzić protokół szczegółowy po przyjściu do Chełma. Sporządzając protokół, napisałem w nim, że wóz kasowy wraz z kasą został porzucony w Kowlu z braku koni pociągowych i bardzo szybkiego odwrotu, ale zawartość kasy t.j. gotówka i dokumenty kasowe zostały zabrane przez Lekarza oddziału, pełniącego obowiązki adjutanta, do siodła i kieszeni i zwracają się przy protokóle. D-ca, przeczytawszy protokół, zrobił duże oczy i, patrząc na mnie jak na warjata, powiedział, iż inny na moim miejscu wykorzystałby sytuację i zarobił. Widziałem wyraźnie, że liczy mnie za głupiego i może żałuje, że kluczy od kasy były u mnie, a nie u niego. Byłem zadowolony, że uratowałem pieniędzy oddziałowe i to los chciał, aby klucze w ten moment znajdowały się u mnie, a nie u kogo innego.
W Chełmie nas wcielili do załogi miasta i wyznaczyli odcinek do obrony. Tabory i izba chorych zostały wysłane do Krasnegostawu. D-wo oddziału przeniosło się bliżej do linji odcinka. W ten dzień dostaliśmy rozkaz od d-cy grupy, aby cały sztab oddziału stawił się na swój odcinek celem objazdu go wraz z d-cy grupy. Na oznaczoną godzinę byliśmy na odcinku i stali na koniach, oczekując na d-cę grupy, wtem nad naszemi głowami pękła szrapnel rodzaj pocisku artyleryjskiego przeznaczonego przede wszystkim do rażenia ludzi odłamkami i konie rzucają się raptownie wbok. Instyntowne duchenie się koni uratowało nam życie, ponieważ drugi szrapnel, a za nim granat pękli na tem miejscu, gdzie staliśmy przed chwilą. Muszę tu zaznaczyć że artelerja bolszewicka strzela bardzo dobrze i jeśli podczas wojny nie niszczyła ogniem pocisków naszych miast to może po to, aby mieć co rabować.
W Chełmie staliśmy kilka dni, prowadząc tylko obstrzeliwanie pozycji przeciwnika ogniem karabinowym. Po odejściu bolszewików od Chełma, ściągnęliśmy nasze tabory z Krasnegostawu, załadowali się do pociągu i wyjechali do Minkowic pod Lublinem na wypoczynek. W Chełmie ppor. Tomankiewicz wyszukał jakąś panią, byźp siostrę szpitala austryjackiego, która zaproponowała nam, iż pojedzie z nami, jako gospodyni kasyna oficerskiego. Pomysł ten był nienajgorszy, bo choroby żołądkowe dokuczały nam solennie od jedzenia co Bóg da. Przed wyjazdem z Chełmu Skonieczny urządził mi niespodziankę - przywiózł z Krasnegostawu jakąś pannę, którą zaangażował do izby chorych w charakterze sanitarjuszki. Dowiedziałem się o tem i kazałem Skoniecznemu niezwłocznie zwolnić sanitarjuszkę.
Do Minkowic jechałem zupełnie chory, dokuczała mi malarja, która w Minkowicach silnie rozwinęła się, ale nic jej zrobić nie mogłem z braku chininy. Rana w tym czasie już prawie zagoiła się, w każdym razie nie dokuczała mi. Jakoś po obiedzie melduje mi goniec kancelaryjny, że chce ze mną widzieć się jakaś pani w osobistym interesie. Wychodzę do niej, będąc pewnym, że to chora, i widzę przed sobą typa na buzi którego napisano, iż jest "z miasta". Pytam o co chodzi i otrzymuję odpowiedź, że chce ze mną rozmawiać nie bez świadków, że w domu niem ani jednego wolnego pokoju i tam dowiaduję się, że mam przed sobą sanitarjuszkę Skoniecznego, który wbrew memu rozkazowi przywiózł do Minkowic ją, podając się za doktora. Ukarałem Skoniecznego za niewykonanie rozkazu i sanitariuszka Skoniecznego, który wiedział o moim rozkazie i nie zameldował o niewykonaniu go, a podoficerowi inspekcyjnemu poleciłem sanitarjuszkę wysłać do Krasnegostawu pierwszym pociągiem.
Odpoczynek nasz w Minkowicach skończył się odebraniem rozkazu wysłać wszystkie tabory i konie do Lubartowa, a samym najbliższą drogą odmaszerować w pełnym bojowym rynsunku do Bystrowic gdzie na nas mają czekać samochody ciężarowe i przewieźć też do Lubartowa. Przeklinałem ten rozkaz, bo miałem gorączkę do 40, ale oddziału i teraz nie porzuciłem i pomaszerowałem z nim, prowadzony pod ręce przez kolegów. Do Lubartowa przyjechałem zupełnie chory i prawie nieprzytomny tak że ppor. Szewczenko musiał doprowadzić mnie do mieszkania i rozebrać.
Rano o 5-ej z rozkazu D-wa 1-ej Dywizji legjonów, do której zostaliśmy przydzieleni, wyruszyliśmy z Lubartowa w tyły bolszewików. Było to 17 lub 18.VIII. T.j. w tym czasie kiedy rozpoczynała się nasza ofenzywa pod Warszawą. Marsz ten kosztował nam dużo nerwów i zdrowia. Mnie w dalszym ciągu męczyła malarja i męczyła jak nigdy dotychczas a oprócz tego od marszu pieszo rozbolała się ranna noga i były dnie, że jechałem podtrzymywany z obu stron przez Gregorowicza i Wanke.
Z Lubartowa wyruszyliśmy w mglisty, zimny poranek, opary którego przenikały do ciała nieprzyjemnym, wilgotnym zimnem. Marszrut nasz był wyciągnięty na Parczew, Rudno, Kołombród, Włodawę, Międzyrzecz. Szliśmy przeważnie nocami, zachowując możliwą ciszę, posuwając się jak można szybciej i ostrożniej, ponieważ weszli już w rozlokowanie wojsk bolszewickich. Bolszewicy o tyle nie oczekiwały naszego posunięcia się w ich tyły, że na jednem z odpoczynków naszych w szarą godzinę poranku opuścił się do nas samolot bolszewicki, będąc pewnym, że znajduje się wśród swoich, a dostawszy się do niewoli był bardzo zdziwiony, że rozkazy, które wiózł dla wojsk bolszewickich, musiał doręczyć nam wraz z samolotem i sobą. Nasz wypad tak zdezorjentował bolszewików, że w jednem miejscu oddał się do niewoli nam oddział kozaków ze 100-u szabel t.z. Sotnia i poddał się 2-m naszym zuchom: dwuch łazików naszego odziału zostali w wiosce, którą przeszliśmy, aby napić się mleka i, pozostawiwszy konie w podwórzu, sami weszli do chałupy; za chwilę wpada gospodarz z krzykiem: "uciekajcie panowie, bo bolszewicy idą". Chłopcy zamiast uciekać usadawiają się za opłotkami i zaczynają obstrzeliwać nadchodzącą sotnię częstym ogniem, a chłopa pakują na konia i każą pędzić oddział i zawiadomić d-cę o kozakach. Po otrzymaniu meldunku, d-ca wysłał do wsi nasz konny oddział i kazał atakować kozaków, ale atak był zbędnym, ponieważ kozacy oddały się do niewoli, straciwszy głowę od niespodzianego zjawienia się naszych oddziałów w tyłach bolszewickich jednak Włodawę jednak wjechałem wraz z oddziałem, ponieważ d-ca czekał pod miastem do świtu, aby znienacka, ale napewniaka zająć Międzyrzecz.
Zajęcie Międzyrzecza było dla bolszewików też wielką niespodzianką, bo zabraliśmy na stacji kolejowej przy rannym śniadaniu cały sztab dywizji bolszewickiej, której, niestety, nie pamiętam. Po zajęciu Międzyrzecza, objeżdżając miasto, znalazłem grupę jeńców około 50-iu żydów, otoczonych posterunkami naszego oddziału. Jeńcy były ubrane we wszystko nowe i zachowywały się dość spokojnie, nawet poniekąd wyzywająco, a żydzi miejscowi znosiły im jedzenie. Zainteresowałem się tą grupą: badanie wykazało, iż żydzi są z Międzyrzecza i okolic i wstąpiły do armji czerwonej na ochotnika. Wachmistrz S-ka zwrócił się do mnie z prośbą o pozwolenie zamienić buty naszych żołnierzy na buty jeńców-żydów; pozwoliłem zamienić nie tylko buty, ale i inne części garderoby, a wachmistrzowi powiedziaem, iż nie będziemy mieć czasu na odstarczenie tych jeńców do sztabu frontu, a i ludzi nie mamy na wystawienie konwoju. Iż wachmistrz zrozumiał moje powiedzenie i zakłopotanie adjutantkie z powodu braku ludzi do konwoju dowodzi to, że o żydach-zdrajcach swej ojczyzny już więcej nie słyszałem i w spisach jeńców oni nie figurowały. Z zachowania się wachmistrza wyczułem, że dał on im dobrą nauczkę i puścił na cztery wiatry, a kilku dla przykładu może i "w wschod wywiózł".
W Międzyrzeczu miałem dużo pracy z badaniem jeńców i papierów sztabu bolszewickiego. Między innemi papierami sztabu znalazłem rozkaz do armji czerwonej, w którym Główne D-wo Sowieckie oddaje Warszawę w rozporządzenie "zwycięskiej armji roboczo-włościańskiej" na 3-y dni, dzieląc ją na rejony dla każdej dywizji i wykaz komisarzy politycznych. Wśród papierów oficerów znalazłem kilka krajowych. Tuż po zlikwidowaniu siły zbrojnej bolszewickiej w Międzyrzeczu i po pełnym objęciu miasta w nasze posiadanie, wpadł do nas, jak przypuszczam, celowo, skarbnik dywizji bolszewickiej, który wracał ze sztabu armji z większą gotówką. Rewidując go zabrałem mu wszystkie pieniędzy skarbowe, które oddałem naszym żołnierzom, i zegarek niklowy-skarbowy, który z pozwolenia d-cy zatrzymałem sobie, ponieważ nie miałem zegarka. Osobiste pieniędzy i rzeczy skarbnika pozostawiłem mu. Skarbnik owy był przed wojną skarbnikiem Banku Państwowego w Piotrogrodzie i został zmobilizowany do czerwonej armji. W Międzyrzeczu z rozkazu 3-ej armji nasz oddział skończył swe istnienie, jako zbędny przy obecnej, pomyślnej dla nas sytuacji. "Murzyn zrobił swoje, murzyn może odeść".
Żołnierze zostali przydzieleni do pułków 1-ej dywizji i 157 p.p. wraz z oficerami i taborami i tylko d-ca, ppor. Gregorowicz, jako b. adjutant, ja i podchrz. Karwowski z częścią kancelistów zostali wyznaczeni do Komisji Likwidacyjnej oddziału.
W Międzyrzeczu byliśmy kilka dni, czekając na tabory i męcząc się straszną malarją, która położyła do łóżka i d-cę. Chciałem pojechać do jednego majątku ziemskiego pod Międzyrzeczem, w którym podczas wojny światowej spędziłem parę tygodni w otoczeniu serdecznej i miłej rodziny właściciela, ale nie miałem sił jechać.
Z Międzyrzecza, zebrawszy prawie wszystkie tabory, oprócz wozu mundorowego i izby chorych, które gdzieś zaginęły, i, zdawszy je d-wu 1-ej dywizji, wysłaliśmy konie wierzchowe i rzeczy osobiste do Lublina szosą, a sami wyjechali tamże pociągiem t.j. parowozami, transportami, sanitarnemi pociągami i t.p.
W Lublinie dopóki nam był wyznaczony lokal w hotelu, zamieszkaliśmy u d-cy, który miał tu mieszkanie i które w ten czas było wolne, ponieważ rodzina d-cy w obawie przed bolszewikami, wyjechała. W Lublinie, mając już nareście chininę, zabiłem malarję w parę dni, d-ca zaś jeszcze kilka dni chorował. W Lublinie siedzieliśmy nic nie robiąc, bo likwidacja miała być przeprowadzona w Warszawie. Łaziłem z ppor. Gregorowiczem po mieście, przesiadywałem w Wiktorji hotel Wiktoria i ogrodzie miejskim, który znałem jeszcze z czasów Wojny Światowej i który bardzo lubiłem za jego ciszę i wygląd lasu.
3-go września mieliśmy jechać do Warszawy, ale wyjechali 4-go, ponieważ d-ca został awansowany na kapitana i prosił nas na obiad do siebie. 5-go byliśmy w Warszawie, gdzie przy 32 baonie zapasowym miał być zlikwidowany nasz oddział, który żył krótko, ale bitnie i krwawo.
Za cały czas pobytu na froncie nie odebrałem ani jednego listu od rodziny lub krewnych i nic nie wiedziałem co dzieje się z żoną i dziećmi. W czasie odwrotu, a tem bardziej ofenzywy nie mogłem nawet marzyć o pojeździe do Tarnopola i urlopy były zupełnie wstrzymane - podczas walk wszystko dla Ojczyzny, osobiste sprawy, uczucia i życie odchodzą na drugi plan. Jak tylko przyjechałem do Lublina, natychmiast wysłałem ordynansa Korotko do Tarnopola po wiadomości, ale, niestety, dojechał tylko do Lwowa, bo za Lwowem był jeszcze Budenny. Bałem się, że Katia została w Tarnopolu u bolszewików i mogła narazić się na nieprzyjemność, a nawet na niebezpieczeństwo.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.