września 01, 2026

Kazimierz Ołdakowski - dyrektor Fabryki Broni w Radomiu, jego rodzina i córki.

← Część 3   |   Spis treści   |   Część 4   |   Część 5 - w przygotowaniu

Wspomnienia są nie tylko zapisem osobistych przeżyć, lecz także świadectwem czasów, ludzi i wydarzeń, które kształtowały losy całych rodzin. Irena, rozpoczynając swoją opowieść, podkreśla, że warto wracać do przeszłości szczególnie wtedy, gdy opisane wydarzenia wykraczają poza doświadczenie jednej osoby i mają znaczenie dla historii rodziny oraz narodu. Jej życie, choć z pozoru mogłoby wydawać się zwyczajne, obfitowało w niezwykłe wydarzenia, przypadkowe spotkania i dramatyczne doświadczenia.

Jednym z ważnych wątków wspomnień są losy rodziny Turowskich i Ołdakowskich. Irena Bar-Święch przybliża sylwetki swoich krewnych, szczególnie inżyniera Kazimierza Ołdakowskiego, jego żony Edmundy oraz ich córek - Ireny, Haliny i Zofii. Ich historia splata się z dziejami przedwojennej Polski, wojną, emigracją oraz dramatycznymi wydarzeniami, które dotknęły rodzinę w czasie okupacji.

Opowieść nie kończy się jednak wraz z wojną. Autorka śledzi dalsze losy członków rodziny, pokazując, jak wojenne doświadczenia wpłynęły na ich życie, rozdzieliły ich między Polskę, Stany Zjednoczone i inne kraje, a także jak po wielu latach przypadkowe spotkania i niezwykłe zbiegi okoliczności ponownie łączyły członków rodziny. W ten sposób wspomnienia stają się opowieścią o pamięci, więzach rodzinnych, emigracji, wojnie i nieprzewidywalnych kolejach ludzkiego losu.

Kazimierz Ołdakowski - dyrektor Fabryki Broni w Radomiu

Pisanie wspomnień uważam ma, wtedy sens, gdy dotyczą one niezwykłych wydarzeń albo gdy, mają znaczenie dla historii nie tyle jednostki, co narodu.
Moje życie, życie zdawało by się zupełnie przeciętnej osoby, obfitowało jednak w bardzo wiele wydarzeń zdawało by się nieprawdopodobnych, a jednak działy się one naprawdę. Oto opowieść, która wygląda na scenariusz filmowy, albo materiał dla powieści i czasem trudno uwierzyć w przedziwny zbieg okoliczności w przeznaczenie, los, czy wolę Opatrzności. 

Rodzinę mego Ojca, Wincentego Turowskiego poznałam mając 11-naście lat, w okresie Polski niepodległej, a była to rodzina liczna, gdyż Tata miał dwie siostry i dwóch braci rodzonych, a także kilkoro przyrodniego rodzeństwa, gdyż ojciec mego ojca, Jan Turowski miał jak król Jagiełło cztery żony, z ostatniej Ołdakowskiej narodził się mój Tata Wincenty, najmłodszy z rodzeństwa, 

 ten temat rozwinę, gdy będę pisać o inż. Wincentym Turowskim, synu Jana Adama i Marianny Zuzanny Ołdakowskiej. Brat Marianny, Franciszek był ojcem Kazimierza. Wincenty i Kazimierz byli kuzynami I stopnia.

o losach jego będę opowiadać gdzie indziej, tutaj uwagę poświęcę Ołdakowskim, czyli ciotecznemu bratu mego ojca, Kazimierzowi Ołdakowskiemu i jego trzem córkom Irenie, Halince i Zosi. Kazimierz Ołdakowski syn brata matki mego Ojca, a więc cioteczny brat Wicusia, był inżynierem i dyrektorem fabryki broni w okresie międzywojennym w Radomiu. Oficjalnie fabryka funkcjonowała jako fabryka rowerów i maszyn do pisania W fabryce tej pracował mój brat Jan Turowski, po ukończeniu w 1938 r. wydziału mechanicznego politechniki Warszawskiej, tu odbywał także wszystkie swe miesięczne, wakacyjne praktyki.

Kazimierz Ołdakowski archiwum prywatne
Edmunda i Irena archiwum prywatne
Wuj Kazimierz Ołdakowski wraz ze swoją żoną Edmundą z Gruszczyńskich, miał trzy córki, najstarsza Irena, która chyba w 1932 lub później nieco zdała maturę w warszawskim gimnazjum. Pod opieką mego stryja Władysława Turowskiego (brat Wincentego), kolejarza na emeryturze, pojechała na trzydniową, tanią wycieczkę do Kopenhagi była to nagroda od jej rodziców za zdaną maturę. Wycieczka kosztowała 100 zł od osoby, a stała się nieoczekiwanym początkiem dziwnych przygód. Irenę wchodząca po trapie na statek „Kościuszko” w Gdyni, dostrzegł cudzoziemiec i jak to się mówi, zakochał się od pierwszego wejrzenia i nim statek dopłynął do Danii, zdążył się oświadczyć dziewczynie. Stryj Włodek jako opiekun uznał oświadczyny za kawał, a co gorsza, powiedział Irenie, że ten cudzoziemiec chce ją po prostu wywieźć do Ameryki, bo podał się za Amerykanina, a w USA sprzeda ją do lunaparku. Nie wierzył zapewnieniom Amerykanina, nazwiskiem Yost, że on że jest dyplomatą i po załatwieniu zleconych mu spraw w Kopenhadze, a następnie w Szwecji zamierza zaraz zjechać do Radomia, by wziąć ślub z Ireną, a tymczasem, gdy Irena ze swym szanownym, podejrzliwym opiekunem wróciła w rodzinne pielesze, zastała ku swemu zdziwieniu matkę Yosta, po którą syn depeszował i na ślub zapraszał, jako ukochany jedynak. I tak pomaturalne wakacje miały niezwykłe zakończenie dla Ireny, która stała się panią Yost, żoną dyplomaty amerykańskiego i wraz z jego mamą wyjechała do USA, a na pociechę, by nie tęskniła zbyt za krajem, zabrała ze sobą swą dawną nianię, dziewuszkę z pod Radomia, zaledwie o kilka lat od siebie starszą. Irena szybko pozwoliła się zamerykanizować, do znajomości języka francuskiego i niemieckiego, dodała angielski, po dwóch latach odwiedziła Rodziców w Radomiu wraz z mężem, a w Warszawie na przyjęciu adorowana po angielsku przez ministra spraw zagranicznych Becka, zaskoczyła go zupełnie odpowiadając po polsku „bo ja jestem z Radomia, a mój tata to inżynier i dyrektor fabryki”. Nikomu wówczas nie przychodziło na myśl, jak tragicznie skończy się dyrektorstwo Kazimierza Ołdakowskiego.  
Charles Woodruff Yost archiwum prywatne

Rok 1939 - Wojna, Ołdakowski wraz z moim bratem Jankiem rozmontowują najbardziej precyzyjne maszyny, pełen worek diamentów ze zdemontowanych szlifierek inż. Janek Turowski na polecenie Ołdakowskiego wywozi na rowerze z Radomia i gdzieś na granicy rumuńskiej, mając sytuację bez wyjścia zakopuje na zawsze, gdy Niemcy stracili ponad rok, by z powrotem uruchomić fabrykę broni.

Jan Turowski archiwum prywatne

Poszukują obu inżynierów, i Janka i Kazimierza, po roku dopadli ukrywającego się w Warszawie Ołdakowskiego, który osaczony przez Gestapo wyskoczył oknem z czwartego piętra. Janek ukrywał się jeszcze dwa lata m.in. w Krakowie i także nie doczekał końca wojny. zmarł w 1943 r. Natomiast córki Ołdakowskiego Halina, zwana Lilką, która w okresie wybuchu wojny miała za sobą ukończone 2 lata Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej oraz Zosia będąca jeszcze w gimnazjum, dzięki staraniom dyplomaty Yosta, odleciały do USA, do Waszyngtonu witane serdecznie przez Irenę, ale niestety lekceważone i poniżane przez szwagra, który bojąc się o swą karierę bez osłonek urągał ich polskości. 

Irena ( 1915-2006), Halina (1916-1965), Zofia (1924-2000)

Lilka zabrała Zosię, dostała pracę w Chicago jako kreślarka, pracowała przy rozbudowie miasta, utrzymując młodszą siostrę Zosię -!

Tak się złożyło, że po wojnie, gdy na zaproszenie moich przyjaciół p. Koplińskich byłam w USA, na jednym weekendów spotkałem się z Lilką i dowiedziałem się o losach obu sióstr, a później miałam okazję kilka razy gościć Lilkę w Krakowie, a były to lata 60-te. Uniwersytet Jagielloński urządzał kursy języka polskiego w okresie wakacji dla cudzoziemców. Lilka cierpiąc nostalgią za krajem i nie mogąc pogodzić się z trybem amerykańskiego życia, rok po roku przyjeżdżała na te kursy, a także starała się o przedłużenie pobytu i utrzymywała się dzięki dawaniu lekcji angielskiego, które urządzali w swoim lokalu w Warszawie baptyści.

Po raz pierwszy spotkałam Lilkę na wystawie książek, które urządzałam w Bibliotece Jagiellońskiej, ale gdy chciałam z nią rozmawiać, położyła palec na ustach i dopiero gdzieś w kącie, wytłumaczyła, że uchodzi za najlepszą na kursie amerykańską studentkę i nie chciała by ją zdekonspirować. Wiele razy spotkałam ją podczas kursowego okresu, a po raz ostatni zobaczyłam ją w 1964 r. w Rzymie niedaleko Colosseum, tam stał nasz autokar, wysiadając wpadłam wprost w ramiona Lilki, a stało się to dzięki zbiegowi okoliczności. Lilka mieszkała w izdebce włoskiej rodziny robotniczej, naprzeciw klasztoru SS Urszulanek, wśród których żyło kilka Polek, często korzystała z uprzejmości tego klasztoru, gdy chciała z kimś rozmawiać przez telefon i tego ranka poszła do zakonnic, a usłyszała w korytarzu dwie rozmawiające po polsku kobiety, zapytała skąd są, a gdy usłyszała, że z Krakowa to kontynuowała rozmowę, okazało się, że są pracownicami Uniwersytetu i Biblioteki Jagiellońskiej, i że przyjechały z wycieczką w której ja też biorę udział. Umówiłam się jeszcze na następne spotkanie z Lilką, ale niestety już do niego nie doszło. W rok później Lilka zmarła na raka podczas pobytu w Szwajcarii.

Losy jej młodszej siostry Zosi poznałam przez dziwne zbiegi okoliczności.
Była wtedy Lilka w Krakowie opowiadała, że Zosia wyszła za mąż za węgierskiego księcia o nazwisku włoskim Bevilaqua, z zawodu dziennikarza, któremu udało się umknąć z Węgier w 1956 r., uniknąć krwawej rozprawy, którą szczęśliwie piastował jego ojciec profesor astronomii w Budapeszcie. 

Lawrence Bevilaqua (1917-2000) nie był księciem, należał do węgierskiej inteligencji, syn Béla Dániel i Yolanda.

W r. 1965 lub 1966 do moich rąk dotarła kwerenda z USA tycząca zagadnień związanych z Kopernikiem i astronomią. Byłam wówczas kierownikiem Oddziału Informacji Naukowej w Bibliotece Jagiellońskiej. Prócz kwerendy list zawierał wycinek amerykańskiej gazety na którym zobaczyłam ze zdumieniem Bevilaqua, nazwisko mego wuja Kazimierza Ołdakowskiego i przeczytałam krótkie pośmiertne wspomnienie zawierające życiorys z podkreśleniem patriotycznej postawy tego inżyniera podczas wojny, myślałam o zachowaniu tego wycinka jako rodzinnej pamiątki, a tymczasem do Jagiellonki nadszedł list z USA od autora kwerendy astronomicznej. Autor prosił o zwrot życiorysu Kazimierza Ołdakowskiego, dołączonego przez pomyłkę, gdyż jest to życiorys jego teścia, który napisał na prośbę swojej żony Zofii i podał do kilku dzienników w USA. Podpis na liście był wyraźny: Bevilaqua - i tak zamknęło się koło, oczywiście zwrot artykułu otrzymał, przez chwilę zastanawiałam się czy nie podać krótkiej informacji o sobie jako krewnej Kazimierza Ołdakowskiego, ale zrezygnowałam z tego pomysłu wobec Zofii, była małą dziewczynką, gdy ją znałam i chyba nie pamiętała. Nawiązanie rodzinnych stosunków, wydawało mi się zbędne. 

Sprawa związków z rodziną Ołdakowskich nie była jednak skończona. W Olsztynie bowiem po wojnie mieszkała Jasia Chamska Janina Maria (1910-1999), której matka  Regina Stanisława była rodzoną siostrą Kazimierza Ołdakowskiego. Cudem wraz ze swą córką Jasią przeżyła Powstanie Warszawskie, osiedliły się najpierw w Częstochowie, gdzie Jasia jako polonistka pracowała kilka lat w liceum. Po śmierci matki przeniosła się do Olsztyna i zmieniła pracę, urzędniczki w banku Polskim. Spotkałam Jasię kilka razy podczas wakacji nad morzem w Gdyni, dzięki mieszkającym tam krewnym. Podczas długich pogwarków rodzinnych dowiedziałam się, że Lilka przyjeżdżając do Polski interesowała się spadkiem po swym ojcu, willi w Kazimierzu nad Wisłą, zamieszkiwali ją obcy ludzie i chyba w owym czasie nie było żadnych możliwości dochodzić praw spadkowych. Nie wiem czy Jasia Chamska żyje, jej adres w 1982 r. Olsztyn…, ona jako krewna po matce Ołdakowska miała prawo do dziedzictwa w Kazimierzu nad Wisłą, obecnie w stanie zaprzepaszczenia, ale czy warto...

← Część 3   |   Spis treści   |   Część 4   |   Część 5 - w przygotowaniu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.