Pamiętniki Heleny uzupełnione są o linki do życiorysów wymienionych w nim osób, zdjęcia osób i miejsc, oraz moje komentarze, te zapisane są kursywą. Dotyczą okresu 25.01.1900 – 01.11.1906, zachowuję oryginalny język, gramatykę czy styl.
18 letnia Helena przyjeżdża do Boguchwały, majątku stryja Zenona Suszyckiego- Turczynowicz i Jego żony Wandy.
![]() |
| Helena Suszycka-Turczynowicz archiwum prywatne |
Sześć lat minęło od dnia mych zaręczyn!...
Jak dziś pamiętam ten dzień mroźny, ale ładny; pociągiem o 10 tej przyjechał mój narzeczony; prawda bawił parę dni w Krakowie i w dzień Matki Boskiej Gromnicznej, był, ofiarował pierścionek taniutki, szafir z dwoma brylancikami, ale dzień ten nie był dla mnie wesołym, jak być powinno; ta niepewność i niechęć do życia, wpływy zakończenia wszystko to, oddziaływało na mnie…
Zamiar miałam inny; nie zamążpójście, tylko klasztor na myśli, tak, tam chciałam szukać ukojenia, za murami klasztoru szukać pociechy duchowej i zapomnieć o świecie, na którym byłam przybita moralnie...
12 lat jestem w Galicyi: doprawdy nie chcę wierzyć, że tak długo jestem w kraju dla mnie obcym.
Miałam lat 18 jak wyjechałam z Mińska Litewskiego, urodziła się 02.09.1881. Na dworcu kolei Brzesko-Warszawskiej żegnałam ze łzami siostrę Bronię i Wuja L. Leona, brata ojca Adama. Lęk i bojaźń mnie ogarnęły na taką długą podróż, tem bardziej, że to była pierwsza wielka podróż w mem życiu, ale jakoś Pan Bóg dopomógł, że dojechałam szczęśliwie do Warszawy; byłam u konsula austryjackiego (awizowałam paszport), a potem fiakerem dorożką przyjechałam na drugi dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Po gorącej kawie, wsiadłam do wagonu II kl. i jechałam do stacji Granica dziś Maczki w Sosnowcu, tam się bałam zamienienia pieniędzy, ale dopomógł mnie w tem żydek Wiedeński, któremu byłam bardzo wdzięczną. Z granicy jechałam do Trzebini, przyjechałam tam o 2-giej w nocy i musiałam czekać aż do w pół do 6 rano; zawołałam pakiera, aby zaniósł moje rzeczy do poczekalni, gdzie miałam zamiar trochę się zdrzemnąć.
![]() |
| mapa stworzona przez AI na podstawie starych map dróg żelaznych |
Była noc ciemna, więc ten pan wziął mnie pod rękę i szłam tak z 10 minut, zapytałam czy to jeszcze daleko, ale powiedział mi że tuż zaraz będzie. Był domek nie wielki: wejście było ciemne, przez kuchenkę małą, potem na prawo weszłam i trochę się zdenerwowałam, ponieważ zobaczyłam na łóżku dwie kobiety, a może nawet i mężczyznę. Jegomość dodał mi odwagi, mówił bardzo mile i zaprosił mnie do pokoju dużego o dwóch oknach skromnie umeblowanego i poprosił abym się rozlokowała jak najwygodniej, częstował mnie kolacją a potem zaproponował, abym się umyła...
Ta propozycja bardzo niemile mnie dotknęła, dopiero wtedy w oknie przeciwległego domku zobaczyłam dwie głowy, które z ciekawością zaglądały do mnie, właściwie śledziły mnie. Więc dopiero wtedy zorientowałam się, że wpadłam w pułapkę, że czekało mnie coś nie dobrego, to czego się najbardziej w drodze obawiałam...
Zerwałam się i zdobyłam się na energię, powiedziałam, że wracam na stację i zabrałam sama ręczny kuferek wyszłam zła i oburzona. Jegomość ów starał się mnie przekonać, że mi złego nic nie grozi, ale ja odpowiedziałam dosyć szorstko, że na stacji mnie będzie bezpieczniej i wróciłam do poczekalni, jegomość ukłonił się i odszedł...
Usiadłam na kanapie znużona, wystraszona; za chwilę ktoś drzwi otworzył; zlękłam się, myślałam, że znów mnie ten sam Jegomość napastuje, ale tym razem wszedł naczelnik stacji. Przedstawił mi się i powiedział: Bóg panią strzegł, że pani wróciła od tego pana, bo to jest gałgan i nikczemny człowiek, on uwiódł już nie jedną młodą pannę i za to by nawet stracił miejsce na kolei.
Dalej zapytał gdzie jadę i do kogo?, ofiarował się kupić mnie bilet i ulokować
mnie w wagonie; byłam ujęta Jego grzecznością, podziękowałam mu serdecznie i
czekałam z niecierpliwością nadejścia pociągu...
![]() |
| źródło Wikipedia |
Dojeżdżałam do Krakowa; patrzyłam z ciekawością na okolice starego Grodu Polskiego i smutno zrobiło się w mojej duszy, ale czego, to nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy; może ta niepewność co mnie trochę dodawała lęku i bojaźni, bo przecież jechałam na zawsze i nie wiedziałam jak mnie tam będzie i czy będą ze mnie zadowoleni? Bo w liście Stryjenka pisała: „Dostaniesz na sukienki 10 reńskich a za to będziesz zajmowała się gospodarstwem”...
W Krakowie przesiadałam się do ostatniego wagonu i miałam wprost dojechać do Jasła...
Do przedziału wszedł pan już starszego wieku w okularach i zapytał w którą stronę jadę „Czy czasem nie do Państwa Suszyckich, których znam doskonale?”, więc powiedziałam, że to jest mój Stryj, przedstawił mi się i swoje pozdrowienia oświadczył dla Stryjostwa...
Konduktor oznajmił stację: Jasło! Trochę się zlękłam, w głowie mnie się zakręciło i nawet uczułam, że mnie krew ucieka z głowy, język mnie zesztywniał i nie mogłam słowa przemówić; na nieszczęście w przedziale nie było nikogo; myślałam że zemdleję, ale całą siłą woli przemogłam siebie i dostałam z koszyczka pomarańczę, zjadłam parę kawałków i trochę przyszłam do siebie...
Myślałam że to jest z powodu tak długiej i uciążliwej podróży, przecież jechałam już trzecią dobę a oka nie zmrużyłam ani na chwilę...
Nareszcie Jasło! krew mnie uderzyła do głowy, wyjrzałam w okno i widzę stacyjkę małą, ale dobrze utrzymaną, wysiadłam z przedziału i zaczęłam wołać pakiera osoba nosząca walizki, w tem zobaczyłam mężczyznę już trochę siwego, ale rysy twarzy przypominały mnie mego Ojca, więc podeszłam i powiedziałam, że jestem Hela Suszycka, a pan odpowiedział, że jest moim Stryjem, więc ucałowałam Go w rękę i zaraz poszliśmy do fiakra dorożki, a pakier niósł za nami rzeczy. – Stryj po zapytał mnie jak jechałam czy długo? i czy dobrze; opowiedziałam jakie miałam zajście w Trzebini, na co mnie Stryj nic nie odpowiedział i tak w milczeniu jechaliśmy z 5 minut.
Fijakier stanął przed niedużą 2-wu piętrową kamienicą. Weszłam do bramy, a potem na schody i Stryj zadzwonił, natychmiast otworzył lokaj w strzeleckiej liberyi. Rozebrałam się i Stryj wszedł wprowadził mnie do dużego pokoju: wzrokiem szukałam Stryjenki i wzrok mój padł na łóżko, w którem leżała kobieta lat pod 50 o rysach arystokratycznych i dużych piwnych oczach. Podeszłam do łóżka, ale w tem spod łóżka wyskoczył mały piesek biały z czarnym o długiej sierści i szczekał zajadliwie, niezważając na niego przywitałam się ze Stryjenką, ucałowałam w rękę, a Stryjenka mnie w twarz i zapytała czy jestem bardzo znużona, powiedziałam, że trochę i poprosiłam czy nie mogłabym się gdzie umyć. Stryjenka wskazała mnie pokoik na prawo od wejścia.
![]() |
| Zenon i Wanda archiwum prywatne |
Obiad się skończył Stryjenka kazała mnie się przespać, więc poszłam do mego pokoiku i jak długa wyciągnęłam się na łóżku; nie upłynęło kwadransa, jak zasnęłam snem twardym...
Sen mi przerwał Stryjaszek, który wszedł i powiedział, żebym szła na podwieczorek, zerwałam się, przegładziłam swe włosy i znów w tem samym pokoju była herbata; po podwieczorku Stryjostwo rozpytywali co słychać w Mińsku i jaka pogoda...
Wieczorem o godzinie 6-tej weszli państwo Angermanowie; ona mała, ospowata, ucałowała mnie przyjemnie, a on średniego wzrostu, jak na mężczyznę to nawet przystojny, oświadczył że, ma na imię Klaudiusz, imię jednego z królów rzymskich. Rozpoczęła się gra w karty. Mania Maria (tak było na imię pani Angermanowej) rozpytywała mnie się jak podróż mi się udała, Stryjenka zaczęła opowiadać o mojej przygodzie i zaczęła mnie pouczać, ja zarumieniłam się i powiedziałam, że nie chcę już więcej o tem wspominać, pan Angerman powiedział: „cóż może tam było coś złego?”, ale mówiąc to zrobił uśmiech ironiczny, co na mnie zrobiło przykre wrażenie. Stryjenka spostrzegła to i starała się to załagodzić i troskliwie zaczęła dalej rozpytywać się jak jechałam, czy spałam; podziwiała moją bezsenność i jakoś byłam tem trochę ujęta i dosyć miłe wrażenie Mania na mnie zrobiła.
O 8 Angermanowie. odeszli
do domu.
A Stryjenka dopiero wtedy zaczęła opowiadać w krótkich słowach, że to jest
córka Stryjostwa, ale nie rodzona, przybrana, i jak wydała ją za mąż i że teraz
ma jednego syna, a drugi jest w drodze...
O 9tej Stryjenka kazała
mnie iść spać, powiedziałam dobra noc i odeszłam do mego pokoju...
Na drugi dzień obudziłam się, był już dzień biały; spojrzałam na swój mały
czarny zegareczek; była siódma godzina; zerwałam się, umyłam się, uczesałam,
zmówiłam pacierz, drzwi się otworzyły i weszła Stryjenka w halce ciepłej
granatowej i czerwonym flanelowym kaftanikiem; zapytała mnie, jak spałam, i czy
jeszcze jestem znużona, odpowiedziałam, że nie, więc Stryjenka zabrała mnie,
wprowadziła do jadalnego pokoju, w którem stał duży ładny kredens, Stryjenka
otworzyła jedną środkową szafkę i wskazała mnie, że tam jest herbata i cukier,
dalej na dole znajdowała się porcelana, potem różne inne sprzęty gospodarskie.
4 Luty 1912
A potem powiedziała: Czy wiesz, że jestem z domu Zawadzka i czy pamiętasz z historyi o Książętach Ruskich…., więc jeden z tych książąt, a mianowicie Ruryk miał córkę, którą wydał za szlachcica Zawadzkiego. Dziwnie mnie to się wydało, że Stryjenka chciała przede mną wypowiedzieć o pochodzeniu domniemanej książęcej rodziny, bo pamiętam z historyi, należy to tylko do legendy, tak mówią o tych rzeczach...pochodzenie zmyślone, Wanda Zawadzka (1844-1921), była córką malarza Antoniego i Zofii Bortnowskiej, długo też poza rodziną krążyła legenda, źe Maria jest córką, zmarłej siostry Wandy.
Po śniadaniu Stryjenka zaprowadziła mnie do kuchni, tam się przywitała mnie kucharka Walerka, która powiedziała, że zupełnie jestem podobna do swego Ojca, którego widziała przed paru miesiącami. (Rodzice moi byli u Stryjostwa) bawili prawie tydzień, Stryjenka wtedy zapytała Ojca, które z dzieci najlepiej lubi, Ojciec odpowiedział, że Helę, dla tego właśnie Stryjenka chciała, żebym przyjechała....
Obiad podano, był zwykle o 12, przy dużym stole siedziała na pierwszym miejscu, Stryjenka, po prawej stronie od Stryjenki, Stryjaszek a po lewej ja. Jadłam nie dużo, byłam zamyślona, mało mówna i w tej zadumie wzrok mój spoczął na Stryju; znalazłam wielkie podobieństwo do mego Ojca, którego nie widziałam parę miesięcy, tylko słyszałam od Broni, że chory wyjechał do Cioci Elżbiety Kanow siostra ojca i stryja...
Smutno mi się zrobiło i przykro, zamyślenie moje przerwała Stryjenka zapytując, o czem tak myślę, czy nie o tym kawalerze w Trzebini, ukłuło mnie to zapytanie. Odpowiedziałam, że nie...
Obiad się kończył, Stryjenka powiedziała, że pójdziemy do miasta po sprawunki; ubrałam się w czapeczkę czarną barankową, z białym gołąbkiem i czarny żakiet watowany. Stryjenka zganiła mój strój, najbardziej nie podobał się Stryjence ten biały gołąbek na mojej czapce, powiedziała, że porządne panienki tak się nie ubierają, tylko kokoty i dla tego ten pan mnie do siebie zaprowadził... a z całego stroju pozostała tylko sukienka dobra, byłam w brązowej sukience t.j. w moim mundurku gimnazjalnym. Dostalałam naganę, że byłam w pantoflach i skarpetach, ale Stryjenka nie we, jakie mam na nogach odciski, nie mogłam trzewików włożyć, odrzekłam na to oskarżenie Stryjenki….
Wyszłyśmy na miasto, które nie bardzo miłe wrażenie na mnie zrobiło, może dla
tego, że wszyscy spoglądali na mnie jak na nowo przybyłą, słyszałam nawet
zapytania „kto to taki?”.
Byłyśmy we dwóch sklepach po jakieś drobiazgi i potem z powrotem poszłyśmy inną
drogą przez ogród publiczny.
Po spacerze Stryjenka zaczęła oglądać moją garderobę; wszystko było
skrytykowane, pozostała tylko dobra ta brązowa sukienka, a resztę Stryjenka
kazała darować kucharce i dziewczynie co była do pomocy: obejrzałam jeszcze raz
moją garderobę i zostawiłam różową batystową spódniczkę; żal mi było ją
oddawać, to była cała sukienka, stanik był z brokatowany, w której tak przyjemnie i wesoło się bawiłam, zostawiłam, mówiąc, że mi się ona przyda na lato.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.