września 03, 2026

Na austriackiej ziemi Wiedeń, Graz i powrót do Nosówki

← Część 2   |   Spis treści   |   Część 3   |   Część 4 →

W 1914 roku rodzina Turowskich musiała opuścić Nosówkę w związku z wybuchem I wojny światowej. Wspomnienia małej Ireny opisują mobilizację, przemarsz wojsk, podróż przez Kraków i Kalwarię Zebrzydowską oraz dalszą drogę rodziny.

 "Do obiecującego złoża ropy dowiercono się w Nosówce pod Rzeszowem. Jest ona lekko parafnowa, bez siarki i innych zanieczyszczeń, zalega na głębokości 3 500 m. Wydajność wynosi 120 ton na dobę”... Taką notatkę wypisuję z Gazety Wyborczej „Solidarności” Nr. 86 z 7 IX 1989 s. 2.

Informacja ta kojarzy mi się ze wspomnieniami dzieciństwa i wybuchem I Wojny Światowej. Nosówkę dzierżawił bowiem mój Ojciec Wincenty Turowski w 1914 r. od rodziny Dąbskich. Mieszkaliśmy w obszernym drewnianym, parterowym domku, położonym w dużym ogrodzie, ni to sadzie, ni parku. Niedaleko od domu były stawy, zarosłe szuwarami, zaniedbane, które mój ojciec zamierzał wyszlamować i zarybić.

Wincenty Turowski
Wincenty Turowski

Nad jednym z tych stawów na kilka tygodni przed wybuchem I Wojny siedziałam z Rodzicami i przez okopcony kawałek szkiełka oglądałam niezwykłe na niebie zjawisko, kompletne zaćmnienie słońca, szarzała ziemia, a ludziska wróżyli różne nieszczęścia, zwłaszcza rychły wybuch wojny, co niestety sprawdziło się. Pretekstem było, jak wiadomo zamordowanie Austriacko-Węgierskiego następcy tronu Franciszka-Ferdynanda 28 VI 1914 w Sarajewie. 28 VII 1914 r. Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, a 6 VIII wojnę Rosji – 12 VIII Wielka Brytania i Francja ogłosiły stan wojny z Austrią.

Irena i Jan Turowski
Irena i Jan Turowski

Pamiętam jak ogłoszenie mobilizacji w Galicji zdenerwowało moich Rodziców, zwłaszcza zbrojny konflikt z Rosją zmuszał mego Ojca, jako byłego rosyjskiego poddanego i dezertera z wojska rosyjskiego do opuszczenia Nosówki, a czynił to z wielkim żalem, bo zbiory zbóż zapowiadały się wspaniale. Pierwszymi żołnierzami, których zobaczyłam byli honwedzi , węgierska kawaleria w wysokich czapkach, zdobnych pękami piór kogucich. Pamiętam, jak bogato były sznurowane, złotymi sznurami kurtki, tych kawalerzystów. Rozstasowali się na folwarku, a oficerowie brzęcząc ostrogami, zasiedli do naszego stołu w jadalni.

Rodzice rozmawiali z przybyszami po niemiecku, a ja zapamiętałam jedno najczęstsze wyrażenie „nem tudom” t.j. nie rozumiem nie wiem, bo tego nauczyły mnie służące, wyinstruowane widocznie przez honwedów, którzy rekwirowali obrok dla koni i dla siebie zabierali te zapasy, które znaleźli w piwnicy i spiżarni, a jak przystało na c.k. armię zostawiali na wszystko pokwitowania, czyli plik bezwartościowych papierów. Być może nie ten pierwszy kawaleryjski najazd, mój tata nie myślałby o porzuceniu Nosówki i gdyby nie wpływ proboszcza z Głogowa, naszej parafii, do której jak pomnę jeździliśmy na sumę każdej niedzieli parą srokatych koni ciągnących żółtą bryczkę, a w dni deszczowe i pochmurne czarne pudło karocy, wybitej we wnętrzu ciemnym niebieskim pluszem. Głogowski proboszcz zwykle w czwartki zjawił się w naszym domu, by zagrać z Tatą w preferansa i dwoma jeszcze panami przybyłymi z sąsiednich majątków, albo z lekarzem weterynarii dr. Skucińskim, tęgim, wąsatym panem, który przyjeżdżał z Rzeszowa, gdzie miał dużą dwupiętrową kamienicę przy ul. Krakowskiej, w której w przyszłości mieliśmy zamieszkać, ale to stało się dopiero za lat kilka.

*Skuciński Jan, s. Stanisława i Franciszki, ur. 24 VI 1866 r. w Kaszowie (Wielkie Księstwo Krakowskie). Dyplom lek. wet. uzyskał 9 XI 1889 r. we Lwowie. Był Miejskim Lekarzem Weterynarii w Horodence (1889-1890) i w Kołomyi (1890-1891) oraz Powiatowym Lekarzem Weterynarii w Horodence (1891-1903) i w Rzeszowie (1903-1920?), a równocześnie pracował jako lek. wet. w Sokołowie Młp. (1907-1914). Był inspektorem i referentem weterynaryjnym w Starostwie Rzeszów (1920-1934). Przez wiele lat był również nauczycielem w niższej szkole rolniczej, a także pracował społecznie w organizacjach rolniczych. W latach 1902-1912 był kierownikiem ds. zwalczania pomoru świń i innych chorób zakaźnych zwierząt. W roku 1947 był referentem weterynaryjnym przy wydziale powiatowym w Rzeszowie. Zmarł 29 IX 1960 r. w Rzeszowie. źródło SŁOWNIK BIOGRAFICZNY LEKARZY WETERYNARII WOJ. PODKARPACKIEGO 1871 – 2025

W 1914 roku, w sierpniu zaczęło się pakowanie kufrów i waliz, a ponaglał moich Rodziców do wyjazdu także list wuja Tadeusza Kępińskiego (ojciec Antoniego, znanego psychiatry i mąż siostry Mamy Ireny), który był we Lwowie urzędnikiem Namiestnictwa, czyli najwyższego urzędu galicyjskiego. W liście tym wuj donosił, że został już z całym urzędem ewakuowany do Wiednia i radził, by moi Rodzice też przyjechali do stolicy Austrii, który na pewno będzie bezpiecznym schronieniem.

Archiwum prywatne
archiwum prywatne
Archiwum prywatne
archiwum prywatne
Archiwum prywatne
archiwum prywatne

Rodzice udali się jednak pociągiem z Rzeszowa do Krakowa, a stamtąd mieli oczywiście ruszyć do Wiednia, tam też został zaadresowany nasz bagaż, ale podczas wojny niczego nie da się przewidzieć i zaplanować. W Krakowie wyrzucono po prostu cywilów z pociągu, więc Rodzice debatowali na potęgę tuż obok dworca pod pomnikiem Straszewskiego , co robić dalej o podróży do Wiednia nie można było marzyć, a Kraków był przepełniony uciekinierami, brakowało chleba i mleka, które było tak potrzebne dla mającego niespełna rok mojego brata Janka. Chyba z tych względów mój Tata zdecydował, by pojechać do swego kolegi ze studiów rolniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim, właściciela majątku Twierdza pod Wadowicami. Jakim cudem udało się na przepełnionym dworcu krakowskim wytropić memu Ojcu pociąg odchodzący do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie dowiedziałam się nigdy, ale pamiętam, że był to pociąg niezwykły, bo wojskowy, znaleźliśmy jednak miejsce w towarowym wagonie, zajętym przez żołnierza z koniem, zamiast ławek na podłodze leżały wiązki słomy, zamiast okien, malutkie okratowane pod sufitem umieszczone okieneczka, a wentylację zapewniały tylko zaryglowane drzwi, Pociąg właściwie nie toczył się, ale wlokąc się i przystając, co chwila w polu napawał obawą, że nigdy do celu nie dojedzie. Na jakieś stacji, chyba w Skawinie, zatrzymał się bardzo długo. Wokół pociągu było pełno żołnierzy, przy torach rozlokowały się kuchnie polowe, wozy, konie. Na tej stacji wysiadła z małym Jankiem na ręku, jego niania Antosia, dziewczyna chyba 17-letnia, zagadali ją żołnierze, a tu raptem pociąg ruszył, moja Mama podniosła krzyk. Ojciec wyskoczył z wagonu, ale na szczęście nie odjechaliśmy daleko, tylko na boczny tor i jeszcze noc całą przestał nasz skład na bocznicy, pozbawiony lokomotywy, którą dopiero nad ranem przyczepiono i już bez dłuższych postojów dojechaliśmy około południa do Kalwarii Zebrzydowskiej. I tu zaczęła się nowa mitręga i poszukiwania innego środka lokomocji. Dworzec jak okiem sięgnąć zastawiony był pociągami osobowymi, towarowymi, na wielu wagonach widniały znaki czerwonego krzyża, na noszach transportowali sanitariusze w białych fartuchach rannych z obandażowanymi głowami, rękami, po raz pierwszy słyszałam jęki, a raczej wycia ludzi cierpiących, obolałych, po raz pierwszy zobaczyłam inwalidów, opierających się o drewniane podpory – kule, – czułam zapach mdły karbalu i rannych i zgnilizny, trupi zapach, trwających, głośno i daleko bitew, słowo "wojna" nabrało w moich dziecinnych uszach coraz bardziej konkretny kształt, oprócz honwedów z pióropuszami i ich pięknych koni, pojawili się brudni, sponiewierani, chorzy, kalecy, ludzie w porwanych żołnierskich mundurach. Wielką ulgą było dla nas postanowienie Ojca, by dalszą drogę do Twierdzy pana Marcelego Heggenbergera, brata   Bronisławy , po mężu Stachiewicz, pierwsza żona znanego malarza Piotra Stachiewicza , odbywać chłopskim, a raczej jakby cygańskim wozem nakrytym płócienną budą, wymoszczonym słomą, po raz pierwszy jechałam takim pojazdem, wraz z kojcem załadowanych gęsi, które swym gęganiem urozmaicały kilkogodzinneą drogę, a Twierdza okazała się godna swej nazwy.

Marceli Heggenberger – archiwum prywatne
Marceli Heggenberger – archiwum prywatne

Duży, murowany dwór wielopokojowy był już zajęty i zamieszkany przez kilka   energicznych pań, kuzynek pana Marcelego z rodzinami. Zapamiętałam z tamtych dni, wspólne obiady na dużej jadalni, wielookiennej, oraz zbieranie dojrzałego czerwonego głogu, który owe panie obierały z zapałem usuwając z każdego owocu ziarenka i z tego smażyły konfitury. Kręciły się po domu w tą i z powrotem i po całym domu gwarno, sprzeczając się ze sobą, a także z Marcelkiem, no i z moimi Rodzicami, którzy dla świętego spokoju postanowili opuścić Twierdzę i góralską furką dojechaliśmy najpierw do Poronina, a potem do Zakopanego. Siąpił jesienny deszczyk, mgła zasnuwała Tatry, dopiero po dwóch dniach, gdy zabłysło słońce po raz pierwszy w życiu ujrzałam góry – cud o jakim nie mogłam nawet śnić. Mieszkaliśmy w góralskiej chacie u stóp Gubałówki, w pobliżu cmentarza przy ul. Kościeliskiej. Szczyty gór pokrywał już śnieg, ale w południe w słońcu, na tle błękitu nieba czerniał ogromny krzyż, zwieńczenie Giewontu. Było już bardzo zimno, więc kupiono mi sukienny niebieski płaszczyk, haftowany białymi szarotkami, który zwano guńką, a nikt się nie spodziewał, że ten regionalny strój stanie się przyczyną kłopotów w przyszłości. Mój zachwyt budziły nie tylko widoki gór, ale i szum wiatru w kamieniach rwących potoków, góralska muzyka i zawodzące śpiewy, zapach świerków, limb, cudny, dziwny kolorowy nieznany dotąd świat. A jesień choć dość zimna, była, pogodna, złocista, więc wybrałam się w góry w towarzystwie guwernantki, którą zatrudnili rodzice, poszła ze mną się pouczyć na pobliską Gubałówkę. Tak jak bywało w dolinach nosiłam jeszcze sandałki i skarpetki, no i gunikę z szarotkami. Moja, opiekunka, którą kazano mi nazywać „Fräulein” tj. panienką, była ślązaczką i miała obowiązek nauczyć  mnie niemieckiego (chyba z uwagi na dalszą drogę do Wiednia), niestety owa dama idąc ze mną na Gubałówkę zagadała się z jakimś Panem i straciła mnie z oczu, a ja szłam szlakiem, coraz wyżej i wyżej, a ponieważ sandałki ślizgały się po igliwiu, więc wyrzuciłam je czym prędzej, ale i skarpetki okazały się złe na tej pierwszej wspinaczce, bo igliwie przez nie wbijało się w moje stopy, usiadłam więc na pierwszym spotkanym pieńku, by jakoś uporządkować nieznośne skarpetki. W lesie było coraz ciemniej i gdyby nie dwóch drwali, którzy zanieśli mnie do Rodziców zaniepokojonych moją nieobecnością, nie wiem jak wyglądałby mój zakopiański leśny nocleg na Gubałówce. Niefortunnie moja opiekunka została zwolniona z trzymiesięczną pensją.


 

← Część 2   |   Spis treści   |   Część 3   |   Część 4 →

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.