Ślub Wincentego Turowskiego i Heleny z Suszyckich, zapoczątkował ich wspólne życie. Wincenty zarabiał 100 reńskich. Czy to rzeczywiście skazywało ich na biedę?
![]() |
| źródło Archiwum Państwowe w Rzeszowie |
Budżet dwóch osób w Rzeszowie w 1906 roku.
Kiedy szuka się przodków, zwykle zaczyna się od dat.
Urodził się wtedy.
Ożenił się wtedy.
Zmarł wtedy.
Ale po pewnym czasie zaczyna mnie interesować coś zupełnie innego:
Jak oni właściwie żyli?
I właśnie takie pytanie pojawiło się podczas poszukiwań Wincentego Turowskiego.
Wiem, że w 1906 roku w Galicji posługiwał się jeszcze guldenami, czyli reńskimi. Jeśli przyjąć, że jego miesięczne dochody wynosiły 100 reńskich, oznaczało to 200 koron miesięcznie, czyli 2400 koron rocznie.
Co właściwie znaczyła taka suma?
Postanowiłam spróbować odtworzyć jeden zwyczajny miesiąc życia Wincentego i Heleny w Rzeszowie w 1906 roku.
Nie chodzi oczywiście o dokładny rachunek, którego nie posiadamy.
To próba odpowiedzi na pytanie:
co można było zrobić z 200 koron miesięcznie?
Mieszkanie
Zacznijmy od tego, co dla każdej rodziny było najważniejsze, od dachu nad głową.
Rzeszów początku XX wieku nie należał do najtańszych miast Galicji. Źródła dotyczące miasta wskazują na stosunkowo wysokie koszty utrzymania, w tym czynsze.
Dla mojego przykładowego budżetu przyjmuję więc około 30 koron miesięcznie na mieszkanie.
Wyobraźmy sobie nie pałac i nie wielką willę.
Raczej dwa lub trzy pokoje w kamienicy, kuchnia, przedpokój, może niewielka łazienka lub wspólne urządzenia sanitarne.
Mieszkanie człowieka wykształconego i dobrze sytuowanego, ale jeszcze nie zamożnego ziemianina.
Czynsz: ~30 K
Jedzenie
Dwójka dorosłych ludzi potrzebowała przede wszystkim jedzenia.
Chleb.
Mąka.
Ziemniaki.
Kasze.
Mięso.
Mleko.
Jaja.
Masło.
Warzywa.
Owoce.
A do tego kawa, herbata, cukier.
W Galicji żywność nie była tania. W materiałach z epoki znajdujemy choćby ceny masła, które w różnych miastach regionu dochodziły do kilku koron za kilogram.
Dla dwóch osób można więc przyjąć budżet około:
45–50 koron miesięcznie.
To dawało możliwość jedzenia przyzwoitego, choć bez codziennych wystawnych uczt.
Wyobraźmy sobie, więc zakupy na rynku.
Może Wincenty wychodził rano do pracy, a Helena robiła zakupy.
Na stole pojawiał się chleb, masło, mleko, jajka.
W niedzielę mięso.
W tygodniu ziemniaki, kasza, warzywa.
A od czasu do czasu coś lepszego.
Żywność: ~50 K
Światło, opał i woda
Dzisiaj często zapominamy, że ogrzewanie domu było wtedy osobnym wydatkiem.
Nie wystarczyło przekręcić termostatu.
Trzeba było kupić opał.
Drewno.
Węgiel.
Do tego nafta lub gaz do oświetlenia, zależnie od mieszkania i ulicy.
Przyjmijmy:
opał i oświetlenie: około 12 K miesięcznie średnio w skali roku.
Zimą wydatek był oczywiście większy.
Latem mniejszy.
Opał i światło: ~12 K
Ubranie
Wincenty był inżynierem i człowiekiem pracującym w środowisku urzędniczym.
Nie mógł chodzić do pracy w byle czym.
Garnitur.
Koszule.
Kołnierzyki.
Krawat.
Buty.
Kapelusz.
Płaszcz na zimę.
A przecież ubrania nie kupowało się co miesiąc.
Dlatego warto rozłożyć koszt odzieży w czasie.
Przyjmijmy:
około 10 K miesięcznie jako średnią na ubrania i obuwie.
W niektórych miesiącach nic.
W innych nagle znacznie więcej, na przykład kiedy trzeba było kupić nowe buty albo zimowy płaszcz.
A do tego ubrania Heleny.
Odzież: ~20 K
Życie towarzyskie
I tutaj zaczyna się najciekawsza część.
Czy Wincenty i jego żona mogli wyjść do restauracji?
Tak.
Czy mogli pójść do kawiarni?
Oczywiście.
Czy mogli kupić gazetę?
Tak.
Czy mogli pozwolić sobie na książki, teatr czy koncert?
Przy takim dochodzie również.
Nie codziennie.
Ale od czasu do czasu zdecydowanie.
Załóżmy więc:
10 koron miesięcznie na kulturę, prasę i rozrywkę.
Jedna niedzielna kawa.
Gazeta.
Czasem teatr.
Może kolacja poza domem.
Może spotkanie ze znajomymi.
Kultura i rozrywka: ~10 K
Podróże i komunikacja
Rzeszów nie był wielką metropolią.
Ale kolej już istniała.
Można było pojechać do Krakowa, Lwowa czy innych miast Galicji.
Trzeba było odwiedzać stryjostwo w Boguchwale.
Oczywiście nie co tydzień.
Ale dobrze sytuowany urzędnik mógł sobie pozwolić na okazjonalny wyjazd.
Do tego dochodziły codzienne drobne wydatki związane z przemieszczaniem się.
Przyjmijmy:
około 8 koron miesięcznie średnio w skali roku.
Podróże i komunikacja: ~8 K
Lekarz, apteka, nieprzewidziane wydatki
I tutaj współczesny budżet zaczyna przypominać ten sprzed 120 lat.
Bo zawsze coś się wydarza.
Lekarz.
Lekarstwo.
Naprawa butów.
Naprawa zegarka.
Stłuczona szyba.
Prezent dla kogoś z rodziny.
Opłata urzędowa.
Drobny wydatek, którego nie sposób przewidzieć.
Dlatego odłożyłabym na tę kategorię:
około 10 koron miesięcznie.
Zdrowie i nieprzewidziane wydatki: ~10 K
A co ze służącą?
Tutaj warto się zatrzymać.
W rodzinach inteligenckich i urzędniczych zatrudnianie pomocy domowej było czymś znacznie bardziej powszechnym niż dzisiaj.
Ale przy dwóch osobach nie było to konieczne.
Jeżeli Wincenty i jego żona chcieli żyć oszczędniej, mogli prowadzić gospodarstwo sami.
Jeżeli jednak ich pozycja społeczna i zawodowa wymagała większego standardu, można było zatrudnić młodą pomoc domową.
W naszym podstawowym budżecie nie wpisuję pełnej pensji służącej, ponieważ nie mam dowodu, że Turowscy ją zatrudniali póki nie pojawiły się dzieci.
To ważne.
Nie chcę dopisywać do historii rodziny czegoś, czego nie wiem.
I teraz najważniejsze - policzmy
Przyjęty przeze mnie przykładowy miesięczny budżet wyglądałby mniej więcej tak:
| Wydatek | Kwota |
|---|---|
| 🏠 mieszkanie | 30 K |
| 🍞 żywność | 50 K |
| 🔥 opał i światło | 12 K |
| 👔 ubrania i obuwie | 20 K |
| 🎭 kultura, prasa, rozrywka | 10 K |
| 🚂 podróże i komunikacja | 8 K |
| 🩺 zdrowie i nieprzewidziane wydatki | 10 K |
| Razem | 140 K |
| Dochód | 200 K |
| Pozostawało | 60 K |
I właśnie ta ostatnia liczba jest najbardziej interesująca.
Około 60 koron miesięcznie pozostawałoby w takim modelu na oszczędności i większe, nieregularne wydatki.
To aż 720 koron rocznie.
Oczywiście jest to model.
Nie wiem, ile naprawdę kosztowało ich mieszkanie.
Nie znam rzeczywistych wydatków na żywność.
Nie wiem, czy mieli pomoc domową.
Nie wiem, ile wydawali na podróże.
Ale nawet przy tych zastrzeżeniach obraz jest dość wyraźny.
Czy za 100 reńskich można było żyć?
Tak. I to całkiem dobrze.
Jeżeli rzeczywiście Wincenty dysponował w 1906 roku dochodem 100 reńskich miesięcznie, czyli 200 koron, to dla bezdzietnego małżeństwa oznaczało to prawdopodobnie stabilne i komfortowe życie inteligencji miejskiej.
Nie był to majątek.
Nie była to fortuna.
Nie był to poziom arystokracji.
Ale zdecydowanie nie była to też pensja pozwalająca jedynie „przeżyć od pierwszego do pierwszego”.
Były pieniądze na mieszkanie.
Było jedzenie.
Były ubrania.
Było życie towarzyskie.
Była możliwość podróżowania.
I co najważniejsze, pojawiała się możliwość oszczędzania.
60 koron - mała fortuna?
Oczywiście nie można po prostu przeliczyć 60 koron z 1906 roku na dzisiejsze złotówki.
To byłoby mylące.
Ale można spojrzeć na tę kwotę inaczej.
Jeżeli w naszym modelu po pokryciu zwykłych kosztów zostawało około 60 koron, Wincenty mógł przeznaczyć je na:
oszczędności.
Albo większy zakup.
Albo podróż.
Albo pomoc rodzinie.
Albo inwestycję w swoją przyszłość.
I tutaj pojawia się pewna ciekawa myśl.
Być może właśnie takie zarobki pozwalały młodemu, wykształconemu człowiekowi budować swoją pozycję.
Najpierw praca.
Potem coraz wyższe stanowisko.
Potem własne mieszkanie lub lepszy dom.
Rodzina.
Dzieci.
Kariera.
A przecież był dopiero rok 1906
Kiedy patrzę na tę historię z perspektywy genealogicznej, najbardziej fascynuje mnie jedno.
1906 rok wydaje się nam bardzo odległy.
Ale życie Wincentego wcale nie musiało wyglądać wtedy tak inaczej od naszego.
Rano wstawał.
Ubierał się do pracy.
Jadł śniadanie.
Wychodził z domu.
Spotykał ludzi.
Wracał wieczorem.
Jego Helusia robiła zakupy.
Rozmawiali.
Czytali gazetę.
Może chodzili do kawiarni.
Może odwiedzali znajomych.
Może planowali podróż.
A pod koniec miesiąca ktoś siadał przy stole i liczył pieniądze.
Tyle na czynsz.
Tyle na jedzenie.
Tyle na opał.
Tyle trzeba odłożyć.
Dokładnie tak samo jak dzisiaj.
Tylko zamiast złotówek czy euro były korony i reńskie.
A za 100 reńskimi kryje się człowiek
I chyba właśnie dlatego warto czasem spojrzeć na genealogię nie przez pryzmat dat, ale przez pryzmat codzienności.
Bo kiedy widzę:
„Wincenty Turowski - 100 reńskich miesięcznie, Rzeszów, 1906”
to nie widzę już tylko liczby.
Widzę człowieka, który mógł wrócić z pracy, zdjąć płaszcz, odłożyć kapelusz i usiąść przy stole z żoną.
Może rozmawiali o wydatkach.
Może o przyszłości.
Może o dzieciach, przecież jeszcze ich nie mieli.
Może o tym, czy stać ich będzie na wyjazd.
A może o czymś zupełnie zwyczajnym.
I właśnie w tym jest chyba największa magia genealogii.
Za każdą datą stoi życie.
Za każdą pensją, codzienne wybory.
Za każdym mieszkaniem, czyjś dom.
A za każdym nazwiskiem, człowiek.
Wincenty Turowski przestał być dla mnie tylko nazwiskiem z drzewa genealogicznego, ojcem mojej babci.
Jeżeli Jesteście ciekawi dalszego, wspólnego życia Helusi i Wicusia, zapraszam do pamiętnika ich córki Ireny.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
To sekcja komentarzy, szanujmy się wzajemnie.